Witam,
jestem tu nowa, ale coś mi mówi że często będę tutaj zaglądać. Trzy
dni temu dowiedziałam się, że mam hashimoto i w związku z tym mam
parę pytań. Najpierw może jednak napiszę parę słów o tym jak w ogóle
u lekarza się znalazłam.
Od 8 miesięcy zażywam Bromergon bo mi w badaniach wyszło, że mam
hiperprolaktynemię. Badania robiłam bo chcieliśmy starać się o
dziecko. Poza podwyższonym poziomem prolaktyny nie mam i nie miałam
żadnych innych objawów charakterystycznych dla hiperprolaktynemii,
ale skoro lekarka stwierdziłam że mam brać lek, to brałam.
Niedawno robiłam badania okresowe i lekarka zapytała mnie o zażywane
leki. Gdy powiedziałam o Bromergonie zapytała mnie o wagę (na
pierwszy rzut oka widać, że mam nadwagę

) i czy nie zauważyłam
przyrostu wagi od czasu zażywania Bromergonu. W domu na spokojnie
zrobilam retrospekcję i wyszło mi że tyć zaczęłam wkrótce po
rozpoczęciu zażywania Bromergonu, w ciągu 4 miesięcy przytyłam o 15
kg, mimo zachowywania zasad zdrowego żywienia opartych na diecie
Montignac. Postanowilam więc odstawić Bromergon i zapytać ginki czy
może mi to na coś innego zamienić. Zrobiłam też badanie żeby
zobaczyć jaki mam jej obecny poziom. Wynik zwalił mnie z nóg 146
ng/ml - nigdy nie miałam takie wyniku, nawet na początku. Poszłam
więc do ginki a ta stwierdziła, że coś jest nie tak skoro mimo
leczenia nagle mam taki wynik (badanie robione 2,5 miesiąca
wcześniej pokazywało 13,9 ng/ml) i że powinnam iść do endokrynologa.
Dostałam skierowanie do poradnii endokrynologii ginekologicznej przy
klinice uniwersyteckiej oraz polecenie zrobienia sobie (oczywiście
płatnych) badań: TSH, FT4, anty TPO, anty TG.
Badania zrobiłam, wyniki poniżej:
TSH 1,560
FT4 1,32
anty TPO <10,0
anty TG 181,00
W poniedziałek z tymi wynikami poszłam do kliniki, nie będę
komentować panujących tam warunków, gigantycznych kolejek i sposobu
w jaki się traktuje pacjenta. Po 4 godzinach oczekiwania znalazłam
się w gabinecie i po niespelna 5 minutowej wizycie, która
ograniczyła się do obejrzenia moich wyników i zadaniu paru pytań
wyszłam z diagnozą - hashimoto i skierowaniem na ponowne badanie
prolaktyny i terminem wizyty za 2 dni.
Kolejna wizyta była równie "długa", lekarka stwierdziła, że to
hashimoto i wypisała mi recepty. Nie odpowiedziała mi na żadne z
pytań o tą chorobę (wizyta na tym forum sprawiła, że cokolwiek się o
tej chorobie dowiedziałam), nie zaleciła USG, nawet mojej szyji nie
dotknęła. Kazała mi przyjść za miesiąc zbadac prolaktynę i na własną
rękę (czyli odpłatnie) hormony tarczycy.
Nie muszę tłumaczyć że wyszłam stamtąd zszokowana takim obrotem
sprawy i wystraszona luzackim moim zdaniem podejściem. Mój niepokój
pogłębił się po wykupieniu lekarstw i przeczytaniu towarzyszących im
ulotek. Dostałam: Bromergon (na moje sugestie że mi on nie służy bo
skutki uboczne w postaci tycia są za duże, usłysząłam że na pewno
się obżeram i nie jem warzyw i owoców!), Euthyron N25, Selen 100,
Lutenyl.
I w związku z tym mam pytanie do osób bardziej zaznajomionych z
tematem, czy na pewno powinnam brać te lekarstwa? czy mogę zaufać
lekarzowi, który tak traktuje pacjenta? czy te leki na pewno mi
pomogą? czy powinnam mieć zrobione jeszcze jakieś badania w celu
potwierdzenia hashimoto? gdzie mam szukać jakichś inforamcji co
robić?
Dodam jeszcze, że moja mama miała problemy z tarczycą (niestety wiem
tylko tyle, że miała wole rosnące do wewnątrz), a wg lekarki na
pierwszy rzut oka widać u mnie objawy niedoczynności w postaci
hashimoto: sucha skóra, łamliwe włosy, pomarańczowy kolor skóry,
senność, większe zmęczenie rano.
Bardzo proszę o odpowiedź i info co powinnam zrobić.