Witajcie

Chciałbym jeśli można zachęcić wszystkich do pewnych konkluzji na temat
siebie, a dokładniej na temat tego jak pewne wydarzenia (poruszane w wątkach
np. nwo) wpłynęły na Was i Kim jesteście dzisiaj.
Może ja zacznę od siebie.
Nie zmieniłem się aż tak bardzo, ciesze się, że znalazłem wiele odpowiedzi na
wiele swoich pytań. Dalej jestem optymistą!. Zawsze
byłem/jestem/mamnadziejebędę człowiekiem dociekliwym. Uważam, że wszystko ma
swój sens i posiada nitki wiążące. Oczywiście, jest mi ciężko dotrzeć do nitek
wiążących wydarzenia na poziomie metafizycznym, ale jest szansa poznać wiele
mechanizmów, idei (niestety niezbyt humanitarnych), które odgrywają kapitalne
znaczenie w naszym fizycznym reality.
Wiele osób na pewno zarzuca mi pesymizm, zarzuca mi to, że poruszam tematy,
które niekoniecznie oddziaływają pozytywnie na czytających.
Otóż, kochani tak jest ale tylko pod warunkiem, że faktycznie czytający są tak
przywiązani do naszego fizycznego Matrixu, że z jednej strony nie chcą a z
drugiej boją się "zawalenia tego domu z kart". Tego domku, który jest celem
narzucanym nam przez media, wychowanie. W pewnym sensie jest to dla mnie
zrozumiałe. Jeśli nie zbudujemy silnych duchowych związków z samym sobą, to
wówczas po czytaniu np. moich artykułów pojawi się pesymizm.
Niestety większość technik rozwoju duchowego jest podejmowana dla celów
fizycznych czy materialnych. Do tych celów zaliczam zarówno dążenia stricte
materialne jak dom, samochód, dużo pieniążków na koncie ale i wiele innych,
które wiążą się z oddziaływaniem naszych zmysłów np. uczucia (wizualizacja,
afirmacja doskonałych partnerów itp.). Oczywiście nikomu tego nie zabraniam,
ale chyba nie o to chodzi, aby się coraz bardziej przywiązywać do życia
ziemskiego
Moje wrażenia są takie, że jeśli chcę poznać prawdę, jeśli interesuje mnie jak
się to wszystko kręci, to muszę popracować/pracować nad swoim przywiązaniem do
rzeczy/ludzi/zdarzeń. Nie oznacza to obojętności, ale jest pewnym etapem
dającym nam przedsmak prawdziwej wolności. Umysł obciążony odruchami (mówiąc
nieładnie „Pawłowa”

będzie zawsze się czegoś obawiał – czytając takie informacje.
Bądźmi wolni, nie bójmy się – bo naprawdę nie ma się czego bać.
Bo czegoż tu można się bać? Że świat zniszczy się poprzez wojnę nuklearną?
Jesteśmy nieśmiertelni – a dokładniej nasza dusza jest nieśmiertelna i nasze
życie tu na ziemi to tylko przystanek na naszej drodze.
Zawsze jeśli się czegoś boicie czy też obawiacie pomyślcie o potędze
wszechświata i o tym że jest siła wyższa, która zawsze ma nas w swojej opiece

Jest to nieskończone dobro, a cała nasza lekcja ma sens, i nie jest istotne
czy my ten sens dostrzegamy już teraz czy dopiero go dostrzeżemy w
przyszłości. Nie bójmy się poznawać prawdę o świecie, daje to więcej niż się
można spodziewać, oprócz wiedzy daje to pewne duchowe możliwości, nienamacalne
fizycznie, ale nadejdzie czas kiedy się to „ujawni” i odegra ważną rolę w
życiu każdego świadomego człowieka.
Jeszcze raz przypominam słowa Jana:
„Poznaj prawdę, a prawda Cie wyzwoli”
Przypowieść o świetle: Mk 4, 21-25
„Czy wnosi się zapaloną lampę po to, aby ją postawić pod garncem lub pod
łóżkiem? Czy może raczej, by postawić ją na świeczniku? Nie ma bowiem nic
tajemnego, co by nie miało być ujawnione. Nic też nie może być tak ukryte, aby
nie wyszło na jaw. Kto ma uszy do słuchania, niech słucha!”
Ps. Mskaiq – odniosę się ponownie do Twoich wypowiedzi. Ja naprawdę podzielam
Twoje zdanie dotyczące roli miłości, tej prawdziwej energii miłości w naszym
świecie. Ale są dwie sprawy. Pierwsza to to, że miłość nie zakazuje nam szukać
prawdy i się z nią utożsamiać, a druga sprawa, że śmiem wątpić, czy my ludzie,
skażeni przez dziesiątki lat przez „system” jesteśmy w stanie takie energie w
sposób bezwarunkowy kreować i ukierunkowywać.
Nie wątpię, że kiedyś będziemy to umieli, ale na razie rozmawiamy teoretycznie.
Agnitum