baba2
12.01.04, 21:56
Hugo Wiktor Strona 53/496
Nędznicy, T.II
lecił starej umeblować pokój i alkierzyk tak, jak to widzieliśmy. To ona
napaliła w piecu i przygotowała wszystko w ów wieczór, kiedy tu przybyli.
Mijały tygodnie. Dwie istoty pędziły w nędznej izdebce życie pełne szczęścia.
Od świtu Kozeta śmiała się, szczebiotała, nuciła. Dzieci, podobnie jak ptaki,
mają swój poranny śpiew.
Czasami Jan Valjean ujmował i całował jej małą, czerwoną i popękaną od
odmrożeń rękę. Biedna mała, przyzwyczajona do bicia, nie wiedziała, co to ma
znaczyć, i odchodziła zawstydzona.
Czasami Kozeta poważniała i przyglądała się swej czarnej sukience. Nie nosiła
już łachmanów, nosiła żałobę. Wydobywała się z nędzy i wchodziła w życie.
Jan Valjean uczył ją czytać. I nieraz, gdy dziecko głośno sylabizowało,
myślał, że on uczył się czytać na galerach z tym zamiarem, by później czynić
źle. Zamiar ten odmienił się i oto uczy czytać dziecko. Wówczas stary
galernik uśmiechnął się zadumanym uśmiechem aniołów.
Czuł, że to było wyższe zrządzenie, że była to wola kogoś, kto nie jest
człowiekiem, i tonął w zadumie. Dobre myśli, podobnie jak i złe, mają swe
niezgłębione przepaści.
Uczyć Kozetę czytać i pozwalać jej się bawić — w tym zamykało się prawie całe
życie Jana Valjean. Opowiadał jej też o matce i uczył ją pacierza.
Ona mówiła mu „ojcze" i nie znała dlań innego imienia.
Godzinami patrzył, jak ubierała i rozbierała swoją lalkę, godzinami słuchał
jej szczebiotu. Życie wydawało mu się teraz ciekawe, ludzie — dobrzy i
sprawiedliwi, nie miał o nic żalu do nikogo i nie bał się dożyć później
starości, skoro to dziecko go kocha. Widział przed sobą całą przyszłość
rozświetlaną przez Ko-