Witajcie,
Czuję, że najwyższy czas założyć własny wątek, bo wiele Wam zawdzieczam, a moja historia jest nieco odmienna od większości tu opisywanych.
Otóż klasyczne objawy wczesnej boreliozy miałam 8 lat temu, w maju 1999. Był rumień o nieregularnym kształcie i średnicy kilkunastu cm pod kolanem lewej nogi. Do tego utrzymujące się przez parę tygodni objawy grypopodobne. Kleszcza nie spotkałam. Zaczęłam wędrówkę od lekarza rodzinnego, potem dermatolog. Pani zapytała, czy nie użarł mnie kleszcz, a gdy zaprzeczyłam, przypisała rulid na 2 tygodnie. Tego dnia mąż przypomniał mi, że na początku kwietnia byliśmy na Ślęży, pod Wrocławiem. Ponieważ wiedziałam już wtedy o istnieniu boreliozy, bo w moim środowisku zawodowym było kilka przypadków, a także wiedziałam, że Ślęża była od dawna obszarem endemicznego jej występowania - dotarłam do szpitala zakaźnego, gdzie lekarz z izby przyjęć napisał mi zaświadczenie o wykluczeniu boreliozy (bo rumień w boreliozie wygląda inaczej

). Rulid pomógł mi, rumień zniknął, a ja poczułam się lepiej.
Ciąg dalszy nastąpił po 2 miesiącach, w lipcu 1999, gdy na łydce tej samej nogi pojawił się wielki rumień typu "bawole oko". Wtedy sama już wiedziałam, że to borel, co zostało potwierdzone testem Elisa w obu klasach. Lekarka z przychodni przyszpitalnej na Koszarowej chciała zaaplikować mi Doxy-, ale ponieważ wybierałam się na wakacje do Włoch - skończyło się na Ospenie przez około miesiąc. Czułam się OK. Po około pół roku zrobiłam Elisę, w której wyszedł w dalszym ciągu wynik dodatni w obu klasach. Powiedziano mi, że będzie opadać. Poczułam się bezpiecznie i przestałam interesować się boreliozą.
W 2003, pod wpływem informacji, że mój kolega znów leczy boreliozę, zrobiłam Elisę ponownie. Czułam się wówczas "zgodnie z normą wiekową". Wynik był wysoki w obu klasach. Zostałam skierowana na leczenie szpitalne. Dostałam dożylnie Doxy- przez 2 tygodnie, a potem to samo doustnie przez kolejne 2 tyg. Nie poczułam poprawy samopoczucia.
Po 6 miesiącach ponowna Elisa znów dała wynik wysoko pozytywny. Zakaźnicy zaczęli namawiać mnie na ponowną kurację dożylną, a ja opierałam się argumentując, że nie chcę, bo nie czuję się chora. Stawy mnie nie bolały, a jeżeli to słabo. Zrobiłam przy pośrednictwie naszego szpitala zakaźnego WB w Białymstoku. Ponieważ wynik z Białegostoku nie przyszedł na czas, kiedy miałam położyć się w szpitalu, dałam się zapuszkować i dostawałam przez 2 tygodnie Lendacin. Po 4 wlweie poczułam się o 20 lat młodziej, zeszła ze mnie mgła. Po szpitalu brałam jeszcze jakiś inny abx doustnie. Wynik WB przyszedł pod koniec tej kuracji. Był pozytywny. Stwierdzono Bb i B. garinii. Lekarka skomentowała go, że wprawdzie wydałam 300 zł, ale przynajmniej wiem, że nie grozi mi neuroborelioza, bo mam ten gatunek bakterii, który powoduje objawy stawowe (!!!). Nie wsłuchiwałam się więc w swoje objawy, bo stawy tylko czasem odzywały się, ale nigdy nie zwaliło mnie to z nóg.
Parę miesięcy później (w listopadzie 2004) nagle, na wylew typu tsunami, zmarł mój tato, który uchodził za zdrowego i opiekował się chorą, niepełnosprawną mamą. Od tego momentu działałam na 2 domy i swoją pracę. Miałam tak dużo na głowie, że nie myślałam jak się czuję. Kolejne 1,5 roku to pasmo szybko postępujących chorób mamy. W międzyczasie postanowiłiśmy rozmnożyć naszą bokserkę. Na skutek błędu w sztuce, popełnionego przez 2 weterynarzy, straciliśmy sunię i wszyskie jej dzieci.Było to dla mnie traumatycznym przeżyciem. W tym samym czasie znacznie pogorszył się stan mamy i dalej było już tylko gorzej. W czasie nieziemskich upałów umierałyśmy razem, w domu.Był lipiec 2006.
Po kilkunastu miesiącach beznadziei i coraz gorszego samopoczucia zrobiłam ponownie test Elisa. Znów podwójnie dodatni wynik. Wobec braku objawów stawowych został zignorowany w przyszpitalnej przychodni. W czercu 2007 trafiłam na forum i zaczęłam studia borelologiczne. Założyłam wątek "Nadwrażliwość na chemikalia"
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=26140&w=65206704&a=65206704
Tak naprawdę to dzięki wpisowi Nataszkam zrozumiałam, że mam wszystkie objawy opisane w Wikipedii, może za wyjątkiem problemów z jądrami i prostatą ;-00.
Od sierpnia leczę się u Dr Beaty w Krakowie. Początkowo (45 dni) brałam Biotraxon, Azitrox i Tini-. Na szczęście moja lekarka rodzinna zgodziła się na wlewy w przychodni od poniedziałku do piątku. W czasie weekendów pielęgniarka z przychodni przychodziła prywatnie do domu. To był warunek przeprowadzenie tej kuracji, bo nie udźwignęłabym finansowo prywatnych kroplówek przez cały czas. Od początku stosuję dietę przeciwgrzybiczą. Po 2 tygodniach przejaśniło mi się w głowie i w ogóle poczułam się lepiej. Kolejny zestaw leków, oprócz Biotraxonu, to Rolicyn (30 dni)i Tini- w pulsach. W czasie tej kuracji nastąpił jakby regres. Przeszłam więc na Tetra- (30 dni) i Tini w pulsach.
W trakcie tego etapu kuracji zrozumiałam, że podgryza mnie grzybek i dlatego w drugim miesiącu leczenia czułam się byle jak. Sumienniej pilnuję teraz probiotyków, biorę Floconazol, zżarłam całe opakowanie Candida Clear. Piję nalewkę z czosnku (brrr!). Po drodze miałam też problemy z odpornością. Leukocyty spadły do 3,8 tys, po 2 tygodniach Iskialu było już 3,6 tys. Martwiłam się, bo lekarka rodzinna postraszyła mnie białaczką indukcyjną i koniecznością przerwania kuracji. Udało mi się jednak kupić Cordyceps, który okazał się rewelacyjny. Po 2 tygodniach stosowania już miałam 4,2 tys. leukocytów.
Wczoraj skończyłam Biotraxon, po 105 wlewach. Nie było łatwo z żyłami. Czasem byłam kłuta motylkami po 3-4 razy, bo żyły pękały. Po pewnym czasie zauważyłam, że pijąc 2-4 g rozpuszczonej witaminy C, żyły mają się dobrze.
Jestem dumna, że udało mi się przejść tą kurację dożylną. Pomiędzy herxami, niedramatycznymi, czuję się naprawdę znakomicie. Mam dużo energii i "chce mi się chcieć"! Skończyła się nadwrażliwość na chemikalia. Ustąpiły zlewne poty.
Teraz do Tetra- i Tini- dostałam Zamur. Dzisiaj zaczęłam go brać, więc czekam na herxa.
Przepraszam, że tak się rozpisałam. Zrobiłam to, by podziękować założycielowi i moderatorom forum oraz wszystkim jego uczestnikom. Dziekuję Nataszkam za wpis w moim początkowym wątku, bo on otworzył mi oczy, że jednak nie jestem bezobjawowa. Wcześniej wszystko przypisywałam wiekowi, stresowi etc. To dzięki Wam zrozumiałam tą parszywą chorobę. Początkowa panika zaowocowała podjęciem leczenia u wspaniałego lekarza, Dr Beaty. Jestem pod nieustającym wrażeniem Jej wiedzy i poświęcenia. No i w ogóle stałam się .... forumozależna

. Codziennie wchodzę tu, zaraz po sprawdzeniu poczty, lub nawet przed!
Postanowiłam teraz nie tylko czytać, ale i pisać o postępach leczenia. Może ktoś wykorzysta mój casus i podejmie starania o własne zdrowie. Wśród moich przyjaciół i znajomych jest baaaaardzo wiele osób, które miały epizod w boreliozą. Najczęściej uważają, że to przeszłość. Są też tacy, którzy nie mieli rumienia, tylko multum kleszczy, i uważają, że ich problem nie dotyczy. Wszyscy oni, podobnie jak ja przez kilka lat, lekceważą tę chorobę. A przecież nikt nie ulubi być lekceważonym.....
Pozdrawiam Wszystkich bardzo serdecznie.
Dzięki że jesteście

)
Anka