leszek.sopot
29.09.05, 16:31
Big Brother polityczny w wykonaniu PO i PiS z punktu widzenia mediów chyba spełnił swoje założenia: były żarty, wymiana uprzejmości, uszczypliwości a na końcu mocny akcent - zerwanie rozmów. Widowisko więc nie nudziło i u odbiorcy mogło wywołać wiele różnorodnych emocji. We mnie wzbudziło niesmak. Dlaczego - zapytałem sam siebie - czuję niesmak?
Wystąpienie PiS było logiczne i zrozumiałe - we wszystkich sprawach tłumaczenia były zrozumiałe, natomiast gdy słuchałem Rokity i Komorowskiego nie wiedziałem o co im chodzi. Zrozumiałem w końcu, że chodzi im o wygraną w wyborach Tuska i dlatego ustawiają się we wszystkich sprawach w konflikcie z PO, a dodatkowo ubierają swe wypowiedzi w fałszywe uśmiechy. Stąd odmowa przedstawienia osoby z ramienia PO odpowiedzialnej za kształtowanie rządu i mogącego być wicepremierem. Dodatkowo przypuszczam, że arogancja PO jest obroną przed ujawnieniem kłamstwa o tym, że Rokita ma w szufladach przygotowany dokładny plan rozporządzeń rozpisany na ministerstwa i stąd ich nacisk na przedstawienie planu rządzenia przez PiS. Rokita chce być tylko recenzentem chyba po to aby pokazać swą wyższość nad Kaczyńskim i Marcinkiewiczem. Przykry był to widok, że POPiSowi nie zależy na współprcy ale na stałej rywalizacji. Całą ich współpracę opozycyjną w minionej kadencji Sejmu i zapowiedzi o tym jak to będą wspólnie świetnie rządzić można dziś uznać tylko za tanią propagandę obliczoną z jednej strony na destrukcję rządu Belki, a z drugiej strony na wzbudzenie nadziei elektoratu i sukces wyborczy.
Mam takie nieodparte odczucie, że nie zderzyła się podczas tych rozmów idea solidaryzmu z liberalizmem, ale cynizm Rokity i Komorowskiego z otwartością Kaczyńskiego i Marcinkiewicza, którzy nic nie ukrywali. Chyba gdyby cokolwiek PiS nie przedstawił to zderzyłoby się to z gierkami politycznymi i cynizmem PO.