addam.ka
07.04.05, 20:12
Jest 7 kwietnia 2005, dzień przed pogrzebem Papieża. Godzina osiemnasta z
minutami, wybieram się do jednego z hipermarketów, słusznie przewidując, że w
dniu kulminacyjnym największej od lat żałoby narodowej pieczywa ni sera nie
uświadczę nigdzie. Dla ewentualnych oburzonych, komentujących moje wywody,
podaję zawczasu listę zakupów: chleb biały, chleb ciemny, dwie paczki sera
żółtego w plasterkach, dwa kartony soku, woda mineralna, papier toaletowy,
żarcie dla królika (bo trzymam w domu taką niebogę…). Koniec. I przechodzimy
już do rzeczy.
W okolicach południa tego samego dnia, korzystając z wolnej chwili w pracy
wyskrobałem maila do przyjaciółki w Stanach, w którym wyraziłem się, że być
może moje poprzednie spostrzeżenia na temat histerii narodowej były nieco
zbyt cyniczne. Los jest jednak złośliwy – moje ekspiacje za chwilę zostaną
zweryfikowane.
Przed hipermarketem samochodów miliard. Nie dziwi, skoro ja sam też się
wybrałem w oczekiwaniu na nadchodzące, chwilowe trudności z zaopatrzeniem.
Wchodzę. I wpadam głową wprost w rozkwakany, rozdeptany, rozdziobany tłum.
Żałoba narodowa, a jakże. Pełne kosze zakupów, łokcie w ruch, twarożków
zabrakło już dawno, dwie baby w beretkach przepychają się przy koszu z
przecenionymi gaciami męskimi, rozmiar do wyboru. Zmęczona panienka ciągnie
potwornej wielkości paletę z chipsami i słyszę jednym uchem komentarz
puszczony do koleżanki z coca-colą: „Ale impreza !”. Piwo noszone zgrzewkami,
przy stoisku z alkoholem ustawiła się kolejka jak przed Sylwestrem. Tylko mi
confetti do kompletu brakuje, mogłoby być czarno-fioletowe, żeby zachować
nastrój chwili. Przypomina mi się, jak dzień wcześniej nie wytrzymałem i
powiedziałem jednej pani w sklepie, że skoro tak bardzo przeżywać chce Ten
Dzień, to może sobie wziąć urlop, niekoniecznie potrzebuje do tego odgórnie
zarządzonego wolnego. No chyba, że jej urlopu szkoda.
Pani się obraziła.
To taka dygresyjna, do smaku.
A tymczasem, dookoła tłum, kolorowy, roześmiany, zadowolony z życia. Zaduma i
zamyślenie na twarzach maluje się jedynie przy wspomnianym stoisku z wódką,
gdzie to trzeba dokonać istotnego, moralnego wyboru: Wyborowa czy Bols.
Wódka w większych ilościach obecna chyba w każdym koszyku, w który uda mi się
zajrzeć.
Mam ochotę stanąć na środku i zacząć wrzeszczeć. Albo walić dookoła, po
łbach, tą wodą mineralną, bo akurat najcięższa z dobytku. Już widzę tę żałobę
jutrzejszą, te stypy przed telewizorami. Najpierw pewnie będzie smutnawo, co
bardziej wymuskani może nawet pokuszą się o „Requiem” Mozarta w miejsce Ich
Troje. Ale potem nosy opuchną, policzki się zaczerwienią, krawaty rozluźnią i
dalejże, Góralu, czy ci nie żal, za zdrowie Papieża, i na drugą nóżkę, i
heja, za balony pani Mani... W końcu mamy długi weekend, w sobotę można
wytrzeźwieć.
Janie Pawle, Karolu najdroższy. Kochaj nas tam dalej. Możliwe, że kiedyś
zmądrzejemy, wytrzeźwiejemy, nauczymy się żyć, pracować, cieszyć się i
cierpieć nie na pokaz, ale prawdziwie, chociaż przy okazjach takich, jak ta,
doprawdy coraz trudniej mieć na to nadzieję. Ale czy nie nadziei właśnie nas
próbowałeś nauczyć ?