koniczyna80
25.11.08, 14:05
U mojej córeczki wykryto dysplazję stawów biodrowych kiedy miała
miesiąc.Pierwsze pytanie lekarza brzmiało czy w mojej lub męża
rodzinie ktoś na to chorował bo jest to dziedziczne. Ja w wieku
dwóch lat miałam operację stawów i przeszłam długi proces leczenia,
ale wracając do tematu, lekarz zalecił małej szelki Pawlika, które
nosiła ok 6 tygodni. Leczenie to nie przyniosło efektu, mało tego
bioderko z większa wadą uległo poprawie a z mniejszą wadą pogorszyło
się. Po tych 6 tygodniach dostałam skierowanie do szpitala, tam mała
leżała na wyciągu ok 4 tygodni ( dziecko praktycznie ma cały czas
leżeć na pleckach z nóżkami w górze które są stopniowo poszerzane aż
dziecko zrobi szpagat - jest to warunek żeby móc założyć gips) po
tym czasie została zagipsowana od pasa w dół na kolejny miesiąc.Po
zdjęciu gipsu kolejny aparat, który nosiła przez 2 miesiace z tym
że przez pierwszy miesiąc nie wolno go było zdejmować w drugim zaś
już tylko do kąpieli. Lekarz ani razu nie wspomniał że leczenie może
nie przynieść efektu. Wszystko było w porządku do ostatniej wizyty
kontrolnej na której usłyszałam że jedno biodro jest zwichnięte. Tak
więc po 4 miesiącach leczenia słyszę że albo idę znów z dzieckiem do
szpitala na wyciąg w gips itp. lub po roku na operację. Pójdę do
szpitala mimo że teraz będzie dużo gorzej bo dziecko ma pół roku a
trzeba będzie znów unieruchomić jej nóżki na kilka miesięcy.
Najbardziej boję się że znowu może się nie udać.