czy to prawda?

IP: *.chello.pl 03.12.06, 21:53
"Wierzyłam księdzu" ["FiM", ale to jest fakt]
Autor: grgkh
Data: 02.12.06, 20:05 + dodaj do ulubionych wątków

+ odpowiedz

------------------------------------------------------------------------------
--
Za obietnicę opieki oddała księdzu pieniądze, biżuterię i... własne
mieszkanie.
Gdy stała się już zupełnie niedołężna, poprosiła o pomoc. Wyśmiał ją.

Podwarszawski Ursus. Kobieta, staruszka... Helena Mieszczyńska, 86 lat. Dawno
temu zmarł jej mąż. Od tego czasu mieszka sama. Nie
ma żadnej rodziny.
- Pewnego dnia odwiedził mnie ksiądz - opowiada. - To było 17 lat wstecz.
Przyszedł tutaj proboszcz po kolędzie. I mówi: - Takie
duże mieszkanie pani ma i tylko sama mieszka?
- Bo mąż zmarł, ale dałabym to mieszkanie w zamian za opiekę.
- O... To świetnie, to ja pani dam opiekę!
Zgodziła się. W zamian za obietnicę opieki przekazała księdzu swoje
mieszkanie. W formie darowizny. Ksiądz sprawę załatwił szybko.
Mieszczyńska opiekować się miała jego gospodyni.
- Jak rodzoną mamusią! - zapewniał uradowany duchowny.

© © ©

Jesteśmy w posiadaniu dwóch dokumentów, które regulują sprawę własności owego
mieszkania. Z pierwszego testamentu, spisanego
notarialnie w 1989 roku, wynika, że formalnie spadkobierczynią lokalu jest
proboszczowa gospodyni - Stanisława J. - "z
wdzięczności za sprawowaną opiekę".

Ale jest i drugi dokument. Notarialna umowa sprzedaży. Wynika z niej, że
Mieszczyńska w 1993 roku SPRZEDAŁA! opiekunce SWOJE
mieszkanie za 157 milionów starych złotych i przyjęła pieniądze. W zamian
gospodyni księdza Stanisława J. zobowiązała się "nie
czynić przeszkód Helenie Mieszczyńkiej w dożywotnim zamieszkiwaniu przez nią
w przedmiotowym lokalu - na prawach członka rodziny".
UWAGA! Słowa o zapewnianiu opieki w tym drugim dokumencie już nie ma. Co
oczywiste, staruszka nigdy nie widziała na oczy
jakichkolwiek pieniędzy.

O tym, co pani Helena podpisała, zorientowała się dopiero w domu:
- To on, ksiądz, napisał akt sprzedaży, a potem kazał mi podpisać.
Podpisałam, bo na prawie się nie znam, a przecież księdzu
wierzyłam. Mówił, że tak trzeba... z tymi pieniędzmi. Jak on może teraz tak
kłamać, że ja jakieś pieniądze wzięłam - mówi, nie
mogąc opanować zdenerwowania i łez.
Okazuje się jednak, że to nie wszystko, co straciła.
- Miałam jeszcze sto tysięcy w banku, bo mąż chciał mi zabezpieczyć starość,
gdybym miała małą rentę. Jak powiedziałam to
księdzu, to szybko ze mną pojechał do banku i te sto tysięcy wziął do
kieszeni, że niby na kościół dałam. Jeszcze mi zabrał moje
ostatnie pamiątki - obrączki. Po mężu i moją... Dałam mu na przechowanie w
takim srebrnym pudełeczku. A on zrobił sobie z tego
pierścień i się tym chwalił. Wcale się mnie o nic nie pytał - płacze.

© © ©

A co z obiecaną dożywotnią opieką? Co z księżowską gospodynią?
- Ona bardzo rzadko przychodziła, tak jakby chciała zobaczyć, czy jeszcze
żyję. I tylko z łaski posprzątała, jak już bardzo
poprosiłam. Albo mówię: - Bielizna leży trzy miesiące nie prana, a ona na
to: - Proboszczowi pół roku nie piorę i dobrze.
- Taka to byta ta opieka, że ja wszystko sama robiłam, gdy jeszcze trochę
chodziłam. Dokuczała mi bez przerwy i krzyczała na mnie,
złośliwa, wstrętna baba. W końcu, gdy już nie mogłam wcale się poruszać,
przestała w ogóle przychodzić. Nawet szklanki wody nie
miał mi kto podać.

© © ©

Gdyby nie stała pomoc życzliwych sąsiadów, opłacanej opiekunki z ośrodka
pomocy społecznej i wolontariatu, pani Helena
Mieszczyńska nie miałaby najmniejszych szans na dalsze życie. I na płacz:
- On w sutannie jest, ale to szatan. Mówi, że ja zapomniałam, że ja teraz
głupia jestem, jakaś wariatka. Raz zapytał, gdy byliśmy
sam na sam: - Co to? Ma pani 86 lat i jeszcze żyje? On tylko chce pieniądze.
To one są dla niego ważne i nic więcej!

© © ©

To, że Roch W., proboszcz parafii Matki Bożej Fatimskiej w Warszawie-Ursusie
kocha pieniądze, potwierdzają nam sąsiedzi. No i że
stosuje różne zagrywki i stawia ludzi przed faktami dokonanymi, by wyciągnąć
jak najwięcej kasy. Ale to oczywiście może być tylko
subiektywne uczucie owieczek. Postanowiliśmy sprawdzić.
Udało nam się spotkać z proboszczem, ale jedyne słowa, jakie zechciał z
siebie wydusić, to:
- Ja nie mam absolutnie nic w tej sprawie do powiedzenia!
I tyle go widzieliśmy. Na rozmowę nie zgodziła się też gospodyni księdza -
Stanisława J.

© © ©

W chwili gdy oddawaliśmy ten artykuł do druku, pani Helena Mieszczyńska
zmarła.

DANIEL PTASZEK



    • joolanta Re: czy to prawda? 04.12.06, 11:34
      a o co chodzi?
Pełna wersja