kaczy.i.indyczy
02.08.09, 20:44
www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_10.html#4
Modlitwa jako aktualizacja wiary
Modlitwa i wiara nie stanowią rzeczywistości odrębnych, wzajemnie jedynie od
siebie uzależnionych czy istniejących obok siebie. Modlitwa pozostaje zawsze w
bardzo ścisłym związku z rzeczywistością wiary, jest spotkaniem człowieka z
Bogiem w wierze, jest ostatecznie postacią urzeczywistniania się wiary. Jeżeli
wiara jest przylgnięciem do Chrystusa i powierzeniem się Jemu, to modlitwa
jest samym oddaniem się i poświęceniem się Chrystusowi, aby w nowy sposób
zostać przez Niego przyjętym i przemienionym. Jeżeli wiara jest uznaniem
własnej bezradności i oczekiwaniem wszystkiego od Boga, to modlitwa jest
egzystencjalnym wołaniem duchowego ubóstwa i wewnętrznej pustki człowieka, by
Duch Święty wypełnił ją swą obecnością i mocą. W miarę rozwoju wiary modlitwa
staje się czystsza i żarliwsza. Jako aktualizacja wiary, naznaczonej
dynamizmem nawrócenia, modlitwa - podobnie jak Eucharystia czy Słowo Boże -
prowadzi człowieka ku przemianie, ku nawróceniu.
Przykład Chrystusa
Kiedy czytamy karty Ewangelii, szybko spostrzegamy, że Dobra Nowina zbija nas
z tropu. Treść Ewangelii jest tak różna od naszych tendencji naturalnych, że
wydaje się nam nieustannym paradoksem. Ewangelia odwraca nasze ludzkie
pojęcia. Czynił to również sam Chrystus.
Ludzkość czekała na Niego tysiące lat. Wszystko było nastawione na ten
ewenement w dziejach świata, jakim było przyjście Mesjasza, przyjście Tego,
który dokona dzieła Odkupienia. Kiedy zaś po tak długim okresie oczekiwania
Jezus przychodzi, objawia się jedynie pasterzom i mędrcom. Później przez
trzydzieści lat żyje w odosobnieniu i niedziałaniu, przynajmniej w takim
sensie, w jakim tego działania od Mesjasza oczekiwano. W oczach świata lata te
wydają się latami zmarnowanymi. Jeśli bowiem czeka się na kogoś tysiące lat,
to przecież powinien on dać z siebie jak najwięcej. - Oto rzesze czekają, a
Chrystus "marnuje" trzydzieści lat w Nazarecie. Gdy zaś skończył się ten okres
dla ludzkiego aktywizmu zmarnowany i Chrystus ukazał się nad Jordanem,
proklamowany przez samego Ducha Świętego, znów Jego postawa zbija nas z tropu:
Jezus wycofuje się i idzie na pustynię. Tego też zupełnie nie rozumiemy.
Chcielibyśmy wręcz wziąć Go za rękę, jak to uczynił kiedyś Piotr Apostoł, i
powiedzieć: Panie, co robisz? Tam rzesze czekają, a Ty znów idziesz się
modlić, przecież modliłeś się tyle lat. Jednak Ten, który później powie:
"Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało" (Łk 10, 2), zostawi żniwo i
pójdzie na pustynię, by przez czterdzieści dni nieustannie się modlić. Czy to
nas nie zadziwia?
Ewangelista Marek pisze: "Wstawszy wczesnym rankiem, gdy było jeszcze całkiem
ciemno, wyszedł z domu i udawszy się na samotne miejsce, modlił się tam" (Mk
1, 35). Zwróćmy uwagę na ten szczegół: "gdy było jeszcze całkiem ciemno", a
więc była jeszcze noc. Chrystus, chcąc się modlić, okradał się ze swojego snu.
Zdumieni znów chcielibyśmy zawołać: Panie, czy naprawdę potrzebujesz tej
modlitwy w nocy, kosztem zdrowia? Dzień apostolskiej pracy Jezusa był
wyczerpujący. Również wieczorem schodzili się ludzie z całego miasta czy
okolicy, przynosząc chorych i opętanych. Kiedy kończyła się Jego codzienna
praca, trudno powiedzieć. Może o północy, bo rzesze niechętnie Go opuszczały.
Po takim ciężkim dniu i wyczerpującym wieczorze Jezus okrada się jeszcze ze
swojego krótkiego snu.
Tymczasem gdy mówimy o ciągłym obleganiu Jezusa przez rzesze, to musimy
powiedzieć, że było ono ściśle powiązane z Jego odosobnianiem się na
modlitwie. Tu kryje się niezwykle ważne wskazanie również dla ciebie: aby
twoje kontakty z ludźmi mogły być owocne, musisz umieć przedtem odosobnić się.
Musisz docenić moment pustyni w twoim życiu. Jak wielką rolę pełniła ona w
życiu świętych. Wystarczy pomyśleć, jak bardzo potrzebował odosobnienia na
pustyni Jan Chrzciciel, jak decydującą rolę odegrał okres Manresy w życiu św.
Ignacego Loyoli czy pustelnia w Subiaco w życiu św. Benedykta. Współczesnemu
człowiekowi, zarażonemu aktywizmem, wydaje się, że musi coraz więcej dawać -
ale co ma dawać? Można by sądzić, że Chrystus, tak przecież ściśle zjednoczony
z Ojcem, nie potrzebował już modlić się. On jednak czynił to nawet kosztem
snu. I tak będzie zawsze. Oblężenie przez ludzi będzie zawsze wynikiem
odejścia na spotkanie z Bogiem. Jeżeli zaś z twojej strony nie będzie odejścia
na modlitwę i skupienie, lecz jedynie ucieczka od ludzi w świat własnych
spraw, wówczas nastąpi inne oblężenie - przez własny egoizm. To też będzie dla
ciebie pustynia, ale nie ta życiodajna, jak w przypadku Chrystusa czy
świętych; będzie to pustynia zniszczenia, a nie życia. (por. A. Pronzato, Ho
voglia di pregare, 64 n).
Pierwszeństwo modlitwy
Tu rodzi się i staje przed tobą zasadnicze pytanie: ile miejsca poświęcasz w
swoim codziennym życiu modlitwie? Jakie miejsce zajmuje modlitwa na liście
twoich najważniejszych czynności? Przed czym ją stawiasz i po czym? Czy jest
ona na pierwszym miejscu, jako najważniejsza, czy może stanowi margines twoich
życiowych spraw? Jak wygląda twój dzień skupienia i twój rachunek sumienia, a
więc to spojrzenie w siebie w obliczu Boga? Z odpowiedzi na tego rodzaju
pytania będzie wynikało, co w twoim życiu jest ważniejsze od Boga.
W tym miejscu od razu może pojawić się obiekcja, że w nawale przytłaczających
obowiązków bardzo trudno jest ci znaleźć czas na modlitwę. Kardynał Lercaro,
arcybiskup Bolonii, mówił na spotkaniu z księżmi z właściwym sobie ferworem i
żarem o konieczności codziennej półgodzinnej medytacji. Po konferencji, w
trakcie dyskusji, wstał jeden z młodych księży i powiedział: Oczywiście,
proszę Eminencji, w teorii jest to jasne i proste - trzeba odprawiać
rozmyślanie�, ale kiedy? Bo mój dzień tak oto wygląda: Wstaję o godz. 630, o
700 Msza św., spowiedź, potem lekcje religii, obiad, a po nim zajęcia z
chłopcami z oratorium, wizyty u chorych, praca w kancelarii parafialnej,
rozmowy duszpasterskie. Wieczorem mam zajęcia z młodzieżą mniej więcej do
północy. I gdzie znaleźć miejsce na półgodzinną medytację, jeżeli ledwie
mieszczę się z brewiarzem? - Masz rację, powiedział kardynał, rzeczywiście,
nie masz czasu na półgodzinną medytację. Twoje zajęcia tak cię "zaduszają", że
nie masz kiedy się modlić. Nie możesz pozwolić sobie na półgodzinną medytację,
musisz odprawiać ją nie przez pół, ale przez półtorej godziny (A. Pronzato, Ho
voglia di pregare, 113). Oczywiście, nie chodziło tu o jakieś błyskotliwe,
paradoksalne sformułowanie. Tragizm naszego chrześcijańskiego aktywizmu polega
na tym, że czynności rzeczywiście nas zaduszają. Ten młody, gorliwy kapłan,
poświęcający się dla Boga i dusz, był tak zduszony aktywizmem, że potrzebował
większego antidotum.