Dodaj do ulubionych

Modlitwa jako aktualizacja wiary

02.08.09, 20:44
www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_10.html#4
Modlitwa jako aktualizacja wiary

Modlitwa i wiara nie stanowią rzeczywistości odrębnych, wzajemnie jedynie od
siebie uzależnionych czy istniejących obok siebie. Modlitwa pozostaje zawsze w
bardzo ścisłym związku z rzeczywistością wiary, jest spotkaniem człowieka z
Bogiem w wierze, jest ostatecznie postacią urzeczywistniania się wiary. Jeżeli
wiara jest przylgnięciem do Chrystusa i powierzeniem się Jemu, to modlitwa
jest samym oddaniem się i poświęceniem się Chrystusowi, aby w nowy sposób
zostać przez Niego przyjętym i przemienionym. Jeżeli wiara jest uznaniem
własnej bezradności i oczekiwaniem wszystkiego od Boga, to modlitwa jest
egzystencjalnym wołaniem duchowego ubóstwa i wewnętrznej pustki człowieka, by
Duch Święty wypełnił ją swą obecnością i mocą. W miarę rozwoju wiary modlitwa
staje się czystsza i żarliwsza. Jako aktualizacja wiary, naznaczonej
dynamizmem nawrócenia, modlitwa - podobnie jak Eucharystia czy Słowo Boże -
prowadzi człowieka ku przemianie, ku nawróceniu.



Przykład Chrystusa

Kiedy czytamy karty Ewangelii, szybko spostrzegamy, że Dobra Nowina zbija nas
z tropu. Treść Ewangelii jest tak różna od naszych tendencji naturalnych, że
wydaje się nam nieustannym paradoksem. Ewangelia odwraca nasze ludzkie
pojęcia. Czynił to również sam Chrystus.

Ludzkość czekała na Niego tysiące lat. Wszystko było nastawione na ten
ewenement w dziejach świata, jakim było przyjście Mesjasza, przyjście Tego,
który dokona dzieła Odkupienia. Kiedy zaś po tak długim okresie oczekiwania
Jezus przychodzi, objawia się jedynie pasterzom i mędrcom. Później przez
trzydzieści lat żyje w odosobnieniu i niedziałaniu, przynajmniej w takim
sensie, w jakim tego działania od Mesjasza oczekiwano. W oczach świata lata te
wydają się latami zmarnowanymi. Jeśli bowiem czeka się na kogoś tysiące lat,
to przecież powinien on dać z siebie jak najwięcej. - Oto rzesze czekają, a
Chrystus "marnuje" trzydzieści lat w Nazarecie. Gdy zaś skończył się ten okres
dla ludzkiego aktywizmu zmarnowany i Chrystus ukazał się nad Jordanem,
proklamowany przez samego Ducha Świętego, znów Jego postawa zbija nas z tropu:
Jezus wycofuje się i idzie na pustynię. Tego też zupełnie nie rozumiemy.
Chcielibyśmy wręcz wziąć Go za rękę, jak to uczynił kiedyś Piotr Apostoł, i
powiedzieć: Panie, co robisz? Tam rzesze czekają, a Ty znów idziesz się
modlić, przecież modliłeś się tyle lat. Jednak Ten, który później powie:
"Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało" (Łk 10, 2), zostawi żniwo i
pójdzie na pustynię, by przez czterdzieści dni nieustannie się modlić. Czy to
nas nie zadziwia?

Ewangelista Marek pisze: "Wstawszy wczesnym rankiem, gdy było jeszcze całkiem
ciemno, wyszedł z domu i udawszy się na samotne miejsce, modlił się tam" (Mk
1, 35). Zwróćmy uwagę na ten szczegół: "gdy było jeszcze całkiem ciemno", a
więc była jeszcze noc. Chrystus, chcąc się modlić, okradał się ze swojego snu.
Zdumieni znów chcielibyśmy zawołać: Panie, czy naprawdę potrzebujesz tej
modlitwy w nocy, kosztem zdrowia? Dzień apostolskiej pracy Jezusa był
wyczerpujący. Również wieczorem schodzili się ludzie z całego miasta czy
okolicy, przynosząc chorych i opętanych. Kiedy kończyła się Jego codzienna
praca, trudno powiedzieć. Może o północy, bo rzesze niechętnie Go opuszczały.
Po takim ciężkim dniu i wyczerpującym wieczorze Jezus okrada się jeszcze ze
swojego krótkiego snu.

Tymczasem gdy mówimy o ciągłym obleganiu Jezusa przez rzesze, to musimy
powiedzieć, że było ono ściśle powiązane z Jego odosobnianiem się na
modlitwie. Tu kryje się niezwykle ważne wskazanie również dla ciebie: aby
twoje kontakty z ludźmi mogły być owocne, musisz umieć przedtem odosobnić się.
Musisz docenić moment pustyni w twoim życiu. Jak wielką rolę pełniła ona w
życiu świętych. Wystarczy pomyśleć, jak bardzo potrzebował odosobnienia na
pustyni Jan Chrzciciel, jak decydującą rolę odegrał okres Manresy w życiu św.
Ignacego Loyoli czy pustelnia w Subiaco w życiu św. Benedykta. Współczesnemu
człowiekowi, zarażonemu aktywizmem, wydaje się, że musi coraz więcej dawać -
ale co ma dawać? Można by sądzić, że Chrystus, tak przecież ściśle zjednoczony
z Ojcem, nie potrzebował już modlić się. On jednak czynił to nawet kosztem
snu. I tak będzie zawsze. Oblężenie przez ludzi będzie zawsze wynikiem
odejścia na spotkanie z Bogiem. Jeżeli zaś z twojej strony nie będzie odejścia
na modlitwę i skupienie, lecz jedynie ucieczka od ludzi w świat własnych
spraw, wówczas nastąpi inne oblężenie - przez własny egoizm. To też będzie dla
ciebie pustynia, ale nie ta życiodajna, jak w przypadku Chrystusa czy
świętych; będzie to pustynia zniszczenia, a nie życia. (por. A. Pronzato, Ho
voglia di pregare, 64 n).



Pierwszeństwo modlitwy

Tu rodzi się i staje przed tobą zasadnicze pytanie: ile miejsca poświęcasz w
swoim codziennym życiu modlitwie? Jakie miejsce zajmuje modlitwa na liście
twoich najważniejszych czynności? Przed czym ją stawiasz i po czym? Czy jest
ona na pierwszym miejscu, jako najważniejsza, czy może stanowi margines twoich
życiowych spraw? Jak wygląda twój dzień skupienia i twój rachunek sumienia, a
więc to spojrzenie w siebie w obliczu Boga? Z odpowiedzi na tego rodzaju
pytania będzie wynikało, co w twoim życiu jest ważniejsze od Boga.

W tym miejscu od razu może pojawić się obiekcja, że w nawale przytłaczających
obowiązków bardzo trudno jest ci znaleźć czas na modlitwę. Kardynał Lercaro,
arcybiskup Bolonii, mówił na spotkaniu z księżmi z właściwym sobie ferworem i
żarem o konieczności codziennej półgodzinnej medytacji. Po konferencji, w
trakcie dyskusji, wstał jeden z młodych księży i powiedział: Oczywiście,
proszę Eminencji, w teorii jest to jasne i proste - trzeba odprawiać
rozmyślanie�, ale kiedy? Bo mój dzień tak oto wygląda: Wstaję o godz. 630, o
700 Msza św., spowiedź, potem lekcje religii, obiad, a po nim zajęcia z
chłopcami z oratorium, wizyty u chorych, praca w kancelarii parafialnej,
rozmowy duszpasterskie. Wieczorem mam zajęcia z młodzieżą mniej więcej do
północy. I gdzie znaleźć miejsce na półgodzinną medytację, jeżeli ledwie
mieszczę się z brewiarzem? - Masz rację, powiedział kardynał, rzeczywiście,
nie masz czasu na półgodzinną medytację. Twoje zajęcia tak cię "zaduszają", że
nie masz kiedy się modlić. Nie możesz pozwolić sobie na półgodzinną medytację,
musisz odprawiać ją nie przez pół, ale przez półtorej godziny (A. Pronzato, Ho
voglia di pregare, 113). Oczywiście, nie chodziło tu o jakieś błyskotliwe,
paradoksalne sformułowanie. Tragizm naszego chrześcijańskiego aktywizmu polega
na tym, że czynności rzeczywiście nas zaduszają. Ten młody, gorliwy kapłan,
poświęcający się dla Boga i dusz, był tak zduszony aktywizmem, że potrzebował
większego antidotum.
Obserwuj wątek
    • kaczy.i.indyczy Re: Modlitwa jako aktualizacja wiary 02.08.09, 20:46
      Jeśli spojrzysz na siebie w świetle wiary, zrozumiesz, że im bardziej jesteś
      przytłoczony czynnościami, tym więcej czasu powinieneś poświęcać na modlitwę. W
      przeciwnym razie będziesz pusty, będziesz miał tylko wrażenie, że coś dajesz,
      ale będzie to iluzja. Nie można dawać tego, czego się nie ma. Można by
      powiedzieć temu młodemu księdzu, który dyskutował z kardynałem Lercaro: Co z
      tego, że poświęca ksiądz tyle czasu na pracę duszpasterską, że tyle czasu
      poświęca chłopcom w oratorium, że składa wizyty chorym, że spowiada i ma rozmowy
      duszpasterskie - wszystko to jest jak czerpanie wody sitem. Umęczony,
      zapracowany, zabiegany ksiądz, przelewający wodę sitem, nie zdający sobie sprawy
      z tego, kto właściwie decyduje o wszystkim. Powiedzenie, że kapłan ten nie ma
      wiary, byłoby za mocne, ale wiara ta jest niewątpliwie marna. Swoją postawą
      zdaje się mówić: To ja, człowiek, tworzę historię, choćby na odcinku swojego
      podwórka - parafialnego czy innego; to ja decyduję, kto będzie wierzył, to
      wyłącznie od mojej pracy zależy zbawienie innych. Tymczasem wszystko to zależy
      od Boga; to On decyduje i On może dać siłę. Jeśli włącza cię do swojej pracy, to
      nie dlatego, że jesteś w tym niezastąpiony. Ile to już razy Pan Bóg pokazywał,
      że doskonale daje sobie radę bez nas. Jeżeli dostrzegłeś to w swoim życiu, to
      otrzymałeś wielką łaskę. My tylko dlatego jesteśmy Bogu potrzebni, że On sam
      tego chciał. On może zbawiać ludzi bez żadnych katechez, czego często jesteśmy
      świadkami. Przychodzą przecież do kościoła i do konfesjonału ludzie, którzy nie
      wysłuchali żadnej lekcji religii, a ziarno Boże zakiełkowało w ich duszach. Pan
      Bóg nie potrzebuje ludzkiej ingerencji, ale mimo to chce włączać nas w dzieło
      zbawienia świata. Gdy jednak sądzimy, że to od nas i od naszej pracy wszystko
      zależy, wtedy przelewamy wodę sitem. Przy wielkim zapracowaniu łatwo zapomnieć,
      że przede wszystkim trzeba najpierw przyjść na audiencję do Kogoś, od Kogo
      rzeczywiście wszystko zależy, Kto trzyma w swym ręku losy świata i losy każdego
      z nas.

      W świetle wiary najważniejszą czynnością naszego dnia jest modlitwa. To ona musi
      zajmować pierwsze miejsce wśród innych czynności. Kontakt z Bogiem decyduje o
      wartości i znaczeniu naszej pracy. Jej skuteczność zależy od tego, co jest jakby
      na zapleczu, a więc od twoich, może bardzo obolałych od klęczenia kolan.

      Nie ważne jest, co robisz - powie Jan Paweł II - ważne jest, kim jesteś. Ważne
      jest, czy jesteś, jak Papież, człowiekiem wiary i modlitwy. Chrześcijanin, jako
      uczeń Chrystusa, kiedy przestaje być człowiekiem modlitwy, staje się
      nieprzydatny dla świata, staje się solą zwietrzałą, godną podeptania przez ludzi
      (por. Mt 5, 13).

      Problem modlitwy jest w naszym chrześcijańskim powołaniu problemem zasadniczym.
      Modląc się, nie tylko sami składamy hołd Chrystusowi, ale wielbimy Go w imieniu
      świata, który albo nie potrafi, albo nie może, albo nie chce się modlić. Jedno
      jest pewne: jeśli nie będziemy się modlić, nikt nas nie będzie potrzebował.
      Świat nie potrzebuje pustych dusz i serc. Gdy pytamy, jaka jest relacja między
      modlitwą i czynem, to trzeba podkreślić pierwszeństwo modlitwy i ofiary w
      stosunku do działania. Dzieciom, które katechizujemy w domu czy w szkole, dajemy
      Boga na tyle, na ile przedtem wypraszamy to na kolanach. Problem relacji między
      modlitwą i działaniem można ująć w stwierdzeniu: wszelkie autentyczne działanie
      rodzi się z modlitwy i kontemplacji. Bo wszystko, co wielkie na tym świecie,
      pochodzi od Boga, wszystko, co wielkie na tym świecie, rodzi się z ofiary i
      modlitwy.



      Rodzaje modlitwy

      Problem modlitwy jest problemem centralnym dla każdego chrześcijanina. Na tyle
      jesteś chrześcijaninem, na ile potrafisz się modlić. Modlitwa, a później jej
      poszczególne etapy, znaczą i określają twoją bliskość czy też oddalenie od Boga.
      Etapy twojej drogi do Boga są określane etapami modlitwy. Na każdym z nich jest
      inna forma i inny rodzaj modlitwy - bo modlitwa to wyraz twojej więzi z Bogiem.

      W twoim życiu może pojawić się etap modlitwy suchej, ogołoconej z uczuć. Wtedy
      trudno jest się modlić. Może więc zrodzić się pokusa rezygnacji; myśl, że taka
      modlitwa nie ma sensu. Tymczasem to właśnie wtedy twoja modlitwa może mieć
      szczególną wartość. Zaczniesz ją bowiem podejmować coraz bardziej już tylko dla
      Boga.

      Bardzo wymowna jest opowiedziana przez jednego ze świętych przypowieść o
      królewskim grajku, o ich wzajemnej miłości i dramacie grajka. Bo dramatem dla
      muzyka jest tracenie słuchu. A tak się stało z tym królewskim grajkiem. Zaczął
      on tracić słuch i wkrótce przestał słyszeć. Wtedy muzyka przestała go pociągać,
      a granie stało się wręcz udręką. Król zaś wciąż pragnął słuchać jego muzyki.
      Grajek więc grał dalej - ale teraz już tylko dla króla.

      Kiedy modląc się odczuwasz obecność Boga, czujesz się dobrze. Wtedy modlitwa
      może cię pociągnąć. Ty zaś możesz być przekonany, że modlisz się tylko do Boga.
      Jednak pełniejszą prawdę o swojej modlitwie odkryjesz, gdy podobnie jak muzyk,
      który utracił słuch, staniesz się "głuchy" w relacji z Bogiem. Przekonasz się
      wtedy, że modląc się dla Boga, modliłeś się też w jakiejś mierze� dla siebie; że
      twoja modlitwa nie była w pełni bezinteresowna i czysta.

      Kiedy zaczniesz doświadczać oschłości na modlitwie, nie ulegaj pokusie
      rezygnacji. To wtedy bowiem, kiedy nic nie czujesz, modlisz się tylko dla Króla.

      Modlitwy trzeba się ciągle uczyć. Jest ona wciąż stojącym przed nami zadaniem.
      Aktualna forma modlitwy nie może nam wystarczać. Powinniśmy ciągle iść dalej i
      stale ją rozwijać. Mówiąc o modlitwie, najczęściej mamy na myśli modlitwę słowa.
      W tej formie modlitwy szczególny ciężar gatunkowy powinniśmy położyć na akty, w
      których korzymy się przed Bogiem, wyrażamy naszą wdzięczność czy prosimy o
      świętość. Modląc się modlitwą słowa, musimy pamiętać, że powinniśmy się modlić o
      to, czego oczekuje od nas Bóg. Nie może ona być modlitwą przegadaną. Pan Jezus
      wyraźnie przestrzega, żebyśmy nie modlili się jak poganie, którzy "myślą, że
      przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani" (Mt 6, 7).

      Wiara ma decydujący wpływ na intensywność i treść modlitwy. Jeżeli wiara zmienia
      naszą mentalność i każe nam stawiać Boga na pierwszym miejscu, to w miarę jej
      rozwoju nasza modlitwa będzie upraszczała się coraz bardziej. Będzie coraz
      bardziej poddana działaniu Ducha (zob. Rz 8, 26-27) i coraz bardziej pochłonięta
      sprawami Królestwa: "Starajcie się najpierw o Królestwo (Boga) i o Jego
      sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane" (Mt 6, 33). Słowo "naprzód"
      jest tu bardzo istotne. Chodzi o to, by Bóg był postawiony na pierwszym miejscu
      i byś troskę o siebie i o rezultaty swojego działania - nie rezygnując z
      własnych wysiłków - pozostawił Temu, którego wolą jest obdarzać cię miłością bez
      granic. W swej modlitwie będziesz wówczas realizował wezwanie Jezusa skierowane
      do św. Katarzyny ze Sieny: "Ty myśl o Mnie, a Ja będę myślał o tobie".
      • kaczy.i.indyczy Re: Modlitwa jako aktualizacja wiary 02.08.09, 20:47
        Poza modlitwą słowa, która może mieć formę modlitwy błagalnej, dziękczynnej czy
        modlitwy uwielbienia, istnieje pewien prostszy sposób naszego kontaktu z Bogiem.
        Pan Bóg chce, żebyśmy nasz sposób modlenia się coraz bardziej upraszczali.
        Jeżeli jest postulatem ewangelicznym, żebyśmy modlili się stale, to nasza
        modlitwa musi się upraszczać, bo w sposób trudny nie będziemy w stanie modlić
        się długo. W naszym życiu wewnętrznym przychodzi taki czas, że łatwiej jest nam
        myśleć o Bogu niż mówić do Niego, i wtedy przechodzimy do modlitwy prostej i
        skupionej na Bogu myśli, którą można nazwać pamięcią na obecność Bożą. Jest to
        prostsza forma modlitwy niż modlitwa słowa. Wymaga ona o wiele mniej wysiłku.
        Wystarczy, że myśl swoją skierujesz ku Jezusowi i uświadomisz sobie, że Ten,
        który cię kocha, jest przy tobie. Podobnie w ramach przygotowania do Komunii św.
        wystarczy, że w godzinach poprzedzających jej przyjęcie będziesz kierował swoją
        wolę i pełną miłości myśl ku Eucharystii. Modlitwa myśli może być wyrazem wiary,
        polegającym na tym, że będziesz starał się myśleć myślami Jezusa czy Maryi. To
        powinna być myśl pełna pogody i radości. Przecież "przyczyną naszej radości"
        jest Maryja. Stąd nasz optymistyczny - w sensie nadprzyrodzonym - sposób
        myślenia jest jakby włączaniem się w myślenie samej Maryi. Modlitwa myśli jest
        czymś prostym, choć wymaga czuwania i troski, aby była ona w naszym życiu
        zjawiskiem możliwie najczęstszym. Dlatego staraj się po prostu pamiętać i myśleć
        o tym, że Jezus cię kocha, że kocha tych, których ty kochasz i tych, o których
        troszczysz się. Taka modlitwa wiary będzie przynosiła ci pokój wewnętrzny.

        Pan Bóg może chcieć uprościć naszą modlitwę jeszcze bardziej. Może chcieć,
        żebyśmy w ogóle zamilkli. Tak bowiem, jak modlimy się słowami czy myślą, tak
        możemy również modlić się milczeniem. Nie każdy jednak aprobuje taką formę
        modlitwy. Wielu ma wątpliwości, czy nie jest to czas zmarnowany, ponieważ w tym
        przypadku po prostu nic się nie dzieje. Jednak takie milczące trwanie, czy to
        przed Najświętszym Sakramentem, czy w obecności Matki Bożej, jest dość
        zaawansowaną formą modlitwy. Karol de Foucauld napisał, że "modlić się to
        patrzeć na Jezusa miłując Go". Ta forma modlitwy może przybrać formę tak zwanej
        modlitwy prostoty albo prostego wejrzenia. Jeżeli jesteś z kimś i musisz tego
        kogoś zabawiać słowami, to znaczy, że jest on dla ciebie w mniejszym czy
        większym stopniu kimś obcym. Wobec osoby bliskiej możesz zachować milczenie i
        ono nie będzie krępujące. To właśnie tak wymowne w swej prostocie milczenie jest
        kryterium bliskości dwóch osób. Jezus chce, żebyśmy i przed Nim umieli się tak
        wyciszyć, byśmy po prostu patrzyli na Niego i trwali przed Nim bez zbędnych już
        słów.

        Może być i tak, że również modlitwa milczenia stanie się dla nas za trudna.
        Wtedy może pojawić się jeszcze inna forma modlitwy - modlitwa gestu. Przecież
        można modlić się na przykład uśmiechem, nawet gdyby to w pierwszej chwili
        wydawało się nam dziwne. Bóg przecież naprawdę chce, żeby nasz kontakt z Nim był
        bardzo prosty, by to był kontakt dziecka z Ojcem, dziecka z Matką. Jeżeli się
        kogoś kocha, to uśmiechem można doskonale nawiązać kontakt z drugim człowiekiem,
        można mu tyle powiedzieć. Dlaczego więc nie mielibyśmy się uśmiechać do Boga i
        do Maryi? Jest to modlitwa gestu. Uśmiech jest gestem symbolicznym, w którym
        wyrażamy komuś naszą bliskość, wdzięczność, miłość, radość. Jest to forma
        symbolu, w którym można bardzo wiele zawrzeć, tak że każdy uśmiech może za
        każdym razem znaczyć coś innego. Nie musisz więc wysilać się, żeby wszystko
        wyrażać słowami. Bóg wie, że się do Niego uśmiechasz i wie, dlaczego to robisz.
        Twój uśmiech wobec Boga i płynąca z wiary radość są par excellence modlitwą.

        Święta Teresa z Lisieux ukazuje nam jeszcze inną, wzruszającą postać modlitwy
        gestu symbolicznego. Około dwa tygodnie przed śmiercią, gdy była już bardzo
        ciężko chora, ofiarowano jej piękną różę z klasztornego dziedzińca. Zaczęła
        obrywać ją z płatków i obsypywać nimi swój zakonny krucyfiks z wielką
        pobożnością i miłością. Następnie każdym płatkiem ocierała rany przebitych dłoni
        i stóp Jezusa. Tym symbolicznym gestem - jak wyznała - pragnęła zmniejszać ból
        Ukrzyżowanego Pana, osuszać Jego łzy (zob. Żółty zeszyt, 14 IX 1897). Innym
        razem - relacjonuje Celina - "ujrzawszy, że końcami palców dotyka delikatnie
        korony cierniowej i gwoździ Jezusa, spytałam: «Co ty robisz?» Wtedy z twarzą
        zdumioną, że mnie to dziwi, odparła: «Wyjmuję gwoździe i zdejmuję Jego cierniową
        koronę!»" (Pisma, t. II, 295). Takiego gestu nie można niczym zastąpić. Modlitwa
        ta wyrażała jej pragnienie, by ulżyć Jezusowi ukrzyżowanemu. Była wyrazem
        szczególnej miłości ku Temu, który był ukrzyżowanym przez grzechy Oblubieńcem
        jej duszy.

        Św. Leopold Mandiă z Padwy, wielki spowiednik naszych czasów, który spędzał
        codziennie wiele godzin w konfesjonale, modlił się gestem pustych dłoni. Kiedy
        spowiadał, trzymał ręce przed sobą na kolanach, chcąc jakby w ten sposób
        powiedzieć Jezusowi: "Widzisz Panie, nie jestem w stanie pomóc temu, który koło
        mnie klęczy. Ja mu nic nie mogę dać. Napełnij te ręce swoją łaską". Gdyby chciał
        ciągle to Jezusowi powtarzać, to ustałby z wysiłku, zresztą w przypadku
        słuchania spowiedzi nie byłoby to możliwe. Ty też możesz w różnych sytuacjach
        modlić się taką postawą ubogiego w duchu, trzymać ręce w taki sposób, ze
        świadomością, że jest to ciągle gest prośby, aby Jezus te puste ręce napełnił
        swoimi łaskami i żeby uczynił ciebie narzędziem swojego działania.



        Modlitwa człowieka ubogiego

        Istnieje ścisłe powiązanie między wiarą i modlitwą, a także między pokorą i
        modlitwą. Ktoś powiedział: modlitwy uczysz się najlepiej w chwilach, gdy nie
        możesz się modlić. Zupełnie odwrotnie niż nam się wydaje. Kiedy jest ci bardzo
        trudno się modlić, kiedy modlitwa ci nie wychodzi, wówczas otrzymujesz od Boga
        jakąś niezwykłą szansę uczenia się jej. Tajemnicą modlitwy jest głód Boga,
        powstający w nas o wiele głębiej od poziomu naszych uczuć i mowy. Człowiek,
        którego pamięć i wyobraźnię trapi tłum bezużytecznych, a nawet złych myśli czy
        obrazów, może czasem pod ich naciskiem modlić się dużo lepiej w swym udręczonym
        sercu niż ten, którego umysł pławi się w jasnych pojęciach i łatwych aktach
        miłości. Doświadczenia te rodzą w naszym sercu modlitwę wiary człowieka
        ubogiego. Na modlitwie powinniśmy być ubodzy i bezradni. Jeśli nie będziemy
        umieli się modlić, wówczas sam Duch Święty zstąpi do naszej ubogiej duszy i
        będzie modlił się w nas, "w błaganiach, których nie można wyrazić słowami" (Rz
        8, 26).

        Możesz przeżywać różne trudności na modlitwie, ale pamiętaj - to właśnie one
        sprawiają, że twoja modlitwa jest modlitwą człowieka ubogiego. Powinieneś więc
        dziękować za to, że ich doświadczasz. Trudności te mogą być różnego rodzaju,
        mogą one np. wynikać ze zmęczenia. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus pisze: "Winnam
        trapić się, że zasypiam (od 7 lat) podczas modlitwy i dziękczynienia - ale się
        nie smucę!� Sądzę, że małe dzieci podobają się swoim rodzicom zarówno wtedy,
        kiedy śpią, jak i kiedy nie śpią [�]. Pan widzi naszą słabość i wie, iżeśmy
        proch" (Pisma I, 221). Tak więc zmęczenie może stać się tym tworzywem, przy
        pomocy którego Pan będzie kształtował w tobie modlitwę człowieka ubogiego,
        ubogiego w duchu. A może będziesz mógł wykorzystać więcej takich sytuacji, które
        sprawią, że twoja modlitwa zacznie być modlitwą człowieka ubogiego?
      • kaczy.i.indyczy Re: Modlitwa jako aktualizacja wiary 02.08.09, 20:48
        Jeśli modlitwa przychodzi ci bardzo łatwo, to też jest dar od Boga, którym nie
        trzeba gardzić. Właściwy jednak rozwój modlitwy dokonuje się poprzez to
        przedzieranie się ku Bogu, które jest wyrazem głodu Boga, stanowiącego istotę
        modlitwy; poprzez pragnienie, żeby wejść z Nim w kontakt, otworzyć się na Niego
        i pozwolić, aby On - Bóg, Duch Święty, modlił się w tobie. Samo to pragnienie
        jest dla modlitwy czymś najbardziej istotnym; czy więc ważne są rezultaty? Ważne
        jest, że pragniesz, że bardzo chcesz się modlić. Im większy będzie w tobie głód
        Boga, tym lepiej. Tak więc przez modlitwę powinieneś przedzierać się ku Bogu i
        trzeba, byś to przedzieranie się ukochał. Pan Bóg przyjmie wszystkie twoje
        pragnienia, choćby ci się wydawało, że nie mają one większej wartości. On kocha
        podarunki ubogie, nie chce pięknych kwiatów, woli małe, takie z łąki, byle
        jakie, bo one nie karmią naszej pychy. Pośród wszystkich podarunków - powiedział
        ktoś - Bóg najbardziej lubi podarunki ubogie, podarunki, które nie są dla
        człowieka przedmiotem dumy. Właśnie o to chodzi również w przypadku modlitwy.
        Bóg przyjmuje każdy twój podarunek, choćby nie był on wart więcej niż mała
        garstka prochu. On nada każdemu z nich wartość bezcenną przez sam fakt, że je
        przyjmie. Twoja modlitwa może być właśnie taka jak garść prochu, a stanie się
        bezcenna, ponieważ On - Bóg, twój kochający cię Ojciec przyjmuje ją. Przyjmuje z
        taką radością, z jaką matka przyjmuje byle jaki kwiatuszek małego dziecka,
        ponieważ liczy się sam gest, a nie to, co zostało ofiarowane.

        Może też być tak, że nie będziesz miał co złożyć Bogu na modlitwie. Wtedy oddasz
        Mu to twoje "nic", tę twoją zupełną bezradność. Oddawaj Panu wszystko, oddawaj
        siebie samego do dyspozycji takim, jakim jesteś: małym, bezradnym, ubogim w
        duchu. To będzie ta najlepsza modlitwa, najlepsza, ponieważ zgodna z pierwszym
        błogosławieństwem. Modlitwa człowieka ubogiego to modlitwa człowieka, który jest
        pusty w sensie pustki domagającej się zejścia Pana, zstąpienia Ducha Świętego.
        Gdy Bóg widzi taką duszę ogołoconą z własnej mocy, wtedy zstępuje do niej ze
        swoją mocą. Błogosławieni ubodzy w duchu, błogosławieni, którzy modlą się
        modlitwą człowieka ubogiego.
      • kaczy.i.indyczy Różaniec Maryi 02.08.09, 20:49
        Różaniec Maryi

        W uroczystość Macierzyństwa Matki Bożej, w Nowy Rok, Jan Paweł II w bazylice
        Świętego Piotra w Rzymie modlił się: "Bądź pozdrowiona, któraś uwierzyła, bądź
        pozdrowiona. Ewangelista mówi o Tobie: «Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i
        rozważała je w swoim sercu». Ty jesteś pamięcią Kościoła, Kościół od Ciebie się
        uczy, Maryjo, że być Matką, to znaczy być żywą pamięcią, to znaczy zachowywać i
        rozważać w sercu sprawy radosne, bolesne, chwalebne. Maryja te sprawy, to znaczy
        sprawy Syna i sprawy Jej samej jako Matki obok Syna, w sprawach Syna,
        zachowywała, pamiętała i rozważała je w swoim sercu. Była pamięcią w Kościele
        pierwotnym, pozostała pamięcią we wszystkich wiekach dziejów Kościoła".

        W myśl słów Ojca Świętego Maryja jest pamięcią Kościoła. W Jej życiu było
        zwiastowanie, ofiarowanie Syna w świątyni i odnalezienie dwunastoletniego
        Jezusa. Jeśli Ewangelia mówi, że Ona wszystko to rozważała i zachowywała w swoim
        sercu, to znaczy, że Ona modliła się tymi wydarzeniami. To tak jakby odmawiała
        swój różaniec, bez przesuwania paciorków, powracając wciąż pamięcią do tego
        wszystkiego, co było ważne w życiu Jej Syna i Jej własnym. Maryja nie mogła
        przecież zapomnieć choćby tego pierwszego z najważniejszych wydarzeń w Jej
        życiu, jakim było zwiastowanie anielskie. Ona żyła i wydarzeniami radosnymi, i
        tymi, które wiązały się z męką i zmartwychwstaniem Jej Syna. To była Jej modlitwa.

        Jeżeli modlisz się na różańcu, to modlisz się Jej modlitwą. Jesteś jakby obrazem
        Matki Bożej. Naśladujesz Ją w tym zachowywaniu i rozważaniu tajemnic Syna i
        Matki. Ona jest pamięcią Kościoła, pamięcią każdego z nas o tamtych
        wydarzeniach. Każde z tych wydarzeń ma być dla nas czymś żywym. Rozważając je,
        nawiązujesz kontakt z tymi tajemnicami i one stają się dla ciebie kanałem łaski.
        Umiłować różaniec to umiłować Ewangelię, to umiłować również Maryję i wszystkie
        te sprawy, które Ona zachowywała i rozważała w swoim sercu, które były treścią
        Jej życia.
        • kaczy.i.indyczy Człowiek nieustannej modlitwy 02.08.09, 20:50
          Człowiek nieustannej modlitwy

          Niezwykłym człowiekiem modlitwy był Guy de Larigaudie. Człowiek, któremu, jak
          się wydaje, Bóg niczego nie odmówił: wielki podróżnik (przejechał po raz
          pierwszy samochodem z Francji do Indochin), przywódca młodzieży francuskiej;
          ktoś, kto ukochał Boga całym sercem, dlatego mógł w pełni ukochać również
          bliźnich i świat. Pod jego fotografią widniał znamienny napis: "uśmiechnięta
          świętość". Jego religijną postawę cechowała przede wszystkim pełna wiary
          modlitwa afirmacji świata, zachwyt dla jego piękna. Przecież jeśli kocha się
          Boga, kocha się również świat. "Wszystko - zanotował w swoich zapiskach - trzeba
          ukochać: orchideę, niespodziewanie rozkwitającą w dżungli, pięknego wierzchowca,
          gest dziecka, dowcip czy uśmiech kobiety. Trzeba podziwiać wszelką piękność�
          odkrywać ją, nawet jeśli nurza się w błocie i podnosić do Boga" ("Znak" 42
          [1957], 621). Oczywiście, nie znaczy to, by w jego życiu nie było zmagań i
          ofiar, by nie było prób wiary i odważnych decyzji - bo przecież świętość nie
          może być czymś łatwym. "Czuć w głębi siebie wszelki brud, rozpustę i wrzenie
          instynktów ludzkich, a jednak trwać ponad tym, nie zanurzając się - tak jak
          kroczy się po wyschniętym trzęsawisku, pozwalając unosić się dzięki jakiejś
          swoistej lekkości [�].

          - Była to chyba Metyska. Miała wspaniałe ramiona i tę zwierzęcą piękność
          mieszańców o grubych wargach i ogromnych oczach. Była piękna, szaleńczo piękna.
          Prawdę mówiąc, pozostawało tylko jedno. Nie uczyniłem tego. Wskoczyłem na konia
          i odjechałem galopem, płacząc z rozpaczy i wściekłości. Ufam, że w dniu sądu,
          jeśli zabraknie czegokolwiek, co mógłbym ofiarować Bogu - dam Mu niby wiązankę
          wszystkie te pocałunki, których ze względu na miłość do Niego nie chciałem
          poznać" (s. 622 n).

          Czystość jest możliwa, jeśli jest zbudowana na fundamencie modlitwy. "Jest
          możliwa, piękna i wzbogacająca, jeśli opiera się na zasadzie pozytywnej: żywej,
          całkowitej miłości Boga, gdyż tylko ona jedna zaspokoić potrafi ogromną potrzebę
          miłości, której pełne jest serce człowieka" (s. 623).

          Guy de Larigaudie kocha ryzyko, taniec, śpiew. Jest doskonałym pływakiem,
          narciarzem. Bierze wszystkie radości, ale poprzez wszystko, czego doznaje, co
          przeżywa, płynie nieustanny rytm przepełnionej wiarą rozmowy z Bogiem. "Nie
          mogły zrozumieć piękne cudzoziemki - wyznaje - że nawet przy najbardziej
          porywającej muzyce tanecznej serce moje dotrzymuje taktu modlitwie i że modlitwa
          ta jest silniejsza aniżeli ich wdzięk i powab" (s. 624 n). W swojej modlitwie o
          piękno prosił: "Boże mój, spraw, by siostry nasze - dziewczęta miały harmonijne
          ciała, by były uśmiechnięte i ubrane ze smakiem. Spraw, żeby były zdrowe i aby
          dusza ich była czysta, aby były czystością i wdziękiem naszego ciężkiego życia.
          By wobec nas były proste, macierzyńskie, bez nieszczerości i kokieterii. Spraw,
          by nic złego nie wśliznęło się między nas. I żebyśmy - chłopcy i dziewczęta -
          byli jedni dla drugich źródłem nie upadków, lecz bogacenia się. Między Tahiti i
          Hollywood - wspomina dalej - na koralowych plażach i pokładach parowców
          trzymałem w ramionach, w rytmie tańca najpiękniejsze kobiety świata. Nie
          zamierzałem zerwać żadnego z tych ofiarowujących się czy pałających żądzą
          zdobycia kwiatów. A przecież nie rezygnowałem z tego dla jakichkolwiek względów
          ludzkich - dla jednej tylko miłości Bożej" (s. 631).

          Mówiąc o Eucharystii, wyznaje: "Codzienna Komunia św. była dla mnie każdego
          ranka obmyciem się w wodzie życia [�], była pożywnym posiłkiem przed dalszym
          etapem drogi, była czułym spojrzeniem, które daje odwagę i ufność. Przeszedłem
          przez świat jak przez ogród otoczony murem. Szukałem przygód na pięciu
          kontynentach [�], a ja jestem ciągle w zamknięciu. Przyjdzie jednak dzień, gdy
          będę mógł zaśpiewać pieśń miłości i wesela. Usuną się wszystkie zapory. A ja
          zdobędę Nieskończoność" (s. 631).

          Jak wyglądała modlitwa wiary tego współczesnego świętego? "Patrząc [�] na
          najbardziej nędzny film - pisał - można [�] modlić się machinalnie: za aktorów,
          reżysera czy statystów, za publiczność, która się bawi lub nudzi, za swego
          sąsiada z prawej czy z lewej strony" (s. 628).
          W modlitwie odnajduje dla siebie moc w trudnych chwilach wymagających tak bardzo
          wierności wobec Pana. "Przychodzą ciężkie godziny - wyznaje - gdy pokusa grzechu
          tak mocno i nieodparcie trzyma całe ciało, że tylko machinalnie - brzeżkiem ust
          i niemal nie wierząc zdolni jesteśmy mówić: Boże mój, mimo wszystko kocham Cię,
          lecz Ty zlituj się nade mną. I są wieczory, gdy siedząc czy to w głębi kościoła
          - i nawet nie mogąc się modlić [�], umiemy zaledwie powtarzać to biedne zdanie,
          którego czepiamy się jak deski ratunku: jednakże kocham Cię, Boże mój.

          Ścinając końcem szpicruty chwasty, żując źdźbło trawy, goląc się rano, bez
          znużenia powtarzać można Bogu, że kocha się Go bardzo. [�] Śpiewem opowiadać
          całe swe życie minione i marzenia, które się snuje na przyszłość - i tak mówić
          do swego Boga. I mówić Mu także, tańcząc z radości w blasku słońca na plaży czy
          sunąc na nartach po śniegu. Mieć zawsze blisko siebie Boga jak towarzysza i
          powiernika" (s. 627).

          "Tak bardzo przyzwyczaiłem się do obecności Boga w sobie, że w głębi serca
          zawsze mam modlitwę, która dochodzi niemal do warg. Ta zaledwie świadoma
          modlitwa nie ustaje nawet w półśnie, któremu towarzyszy kołysanie pociągu czy
          pomruk okrętowej śruby, nawet w uniesieniu ciała czy duszy, nawet w gorączce
          miasta czy napięciu uwagi w czasie pochłaniającego zajęcia. Gdzieś w głębi mnie
          jest toń nieskończenie spokojna i czysta i nie mogą jej dotknąć ani cienie, ani
          wiry powierzchni" (s. 625). "Całe moje życie było jednym długim poszukiwaniem
          Boga. Wszędzie i o każdej godzinie, na każdym miejscu świata tropiłem Jego
          ślady. Śmierć będzie dla mnie tylko cudownym spuszczeniem ze smyczy" (s. 621).

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka