justaga
30.04.10, 18:06
Nie ma krwi, nie ma efektów specjalnych, a coś wbija w fotel .
Początek filmu „Paranormal Activity” wydaje się banalny. Piękny dom z basenem,
niewielkim ogródkiem i sportowym autem na podjeździe. W domu młodzi zakochani Katie
(Katie Featherston) i Micah (Micah Sloat). Obserwujemy ich życie jak w wideoblogu, których
tysiące w Internecie – bohaterowie myją zęby, czytają, jedzą. Nic się nie dzieje, ale tylko do
czasu.
Nocą Katie słyszy bowiem dziwny dźwięk, jakby stukot, szept... Micah kupuje kamerę i
włącza ją w ich sypialni, a każdego ranka ogląda film z minionej nocy. Bawi się w detektywa,
stara się wszystko racjonalnie wytłumaczyć: skrzypnięcie drzwi to wiatr, odgłos kroków to
pewnie niedomknięte okno. Ale metoda zawodzi, co dostrzega także widz, który czuje się
tak, jakby siedział w sypialnianej szafie i obserwował przez szparę coraz bardziej niesamowite
nocne życie tej pary. W pewnym momencie chce się uciekać z tej szafy jak najdalej. Ale nie
można, gdyż tytułowa paranormalna siła każe patrzeć do końca. Nie ma krwi, nie ma
efektów specjalnych, a coś wbija w fotel.
Reżyser Oren Peli, niewątpliwie zafascynowany „The Blair witch Project” i „Egzorcyzmami
Emily Rose”, nakręcił tani, bo za kilkanaście tysięcy dolarów, film o zwykłych ludziach. I ta
zwyczajność przeraża najbardziej. Prosty, genialny pomysł, prawdziwa gra aktorów,
perfekcyjnie stopniowane napięcie – to wszystko sprawia, że film nie daje nam spokoju
także po wyjściu z kina i powrocie do domu. Może u nas też coś za chwilę zaskrzypi?
źródło : klik
Trailer
POLECAM !