Witam wszystkie kotki, które jakimś cudem tu zajrzą
Jakiś czas temu, kiedy na religii poruszono temat bierzmowania doszłam do wniosku, że po prostu nie chcę przyjąć sakramentu. Nigdy nie czułam się silnie związana z Bogiem, nie odmawiałam "paciorka" wieczór w wieczór, a moja rodzina też jest "niepraktykująca" (co znaczy: do kościoła przychodzą kiedy już naprawdę muszą, np. na chrzciny, śluby czy komunie). Tak jakoś wyszło, że najpierw sceptycznie podchodziłam do wiary, a później całkowicie się odcięłam. Na religię chodzę, bo mimo że nie wierzę, to naprawdę szanuję siostrę, która prowadzi lekcje, a raczej otwarte dyskusje z uczniami.
Tak czy inaczej - nie wierzę. Starałam się porozmawiać o tym z mamą, ale dla niej jest tylko jedno wyjście "wierzyć trzeba". Tylko, że nie czuję się dobrze z myślą, że pójdę do bierzmowania, żeby umacniać więź z Jezusem, której tak naprawdę nie czuję, dlatego, że "bierzmowanie muszę mieć, a po nim róbta co chceta".
Myśląc o całej tej sprawie dokopałam się też do apostazji, czyli całkowitego porzucenia wiary chrześcijańskiej. Skoro z Kościołem i Bogiem nie łączą mnie cieplejsze uczucia, to pomyślałam, że jak tylko stuknie mi osiemnastka warto byłoby iść właśnie w tym kierunku. I oczywiście mama stwierdziła, że gadam głupoty, i że podpiszę ten akt a później co, jak do ślubu będę chciała w białej sukience iść, albo dziecko ochrzcić?
Właściwie nie mam pojęcia jak to będzie, ja jestem uparta, więc jak się zaprę to do bierzmowania nie pójdę, a i świstek za trzy latka podpiszę. Problem polega na tym, że nijak nie potrafię porozmawiać o tym z mamą.
I pytanie: Czym teraz dla ludzi jest wiara i Bóg, skoro najsilniejszy argument, wobec którego powinnam być wierząca to "bo tak trzeba"?