sowca
21.11.07, 22:06
Dzisiaj po raz enty przeczytałam całą Emilkową trylogię i jak zwykle
przeraziła mnie gorzka, depresyjna atmosfera III tomu. Razem z
Emilką przeżywałam jej rozczarowania, jej nieszczęśliwą miłość, jej
przygotowanie do ślubu Tadzia i Ilzy, wreszcie dobrnęłam do
szczęśliwego zakończenia... i tu - też zresztą jak zwykle - coś mnie
zaczęło gnieść.
Pierwsza kwestia, która o ile dobrze pamiętam, była już trochę
poruszona w wątku o bohaterach "Emilki": dlaczego właśćiwie
książka zakonczyła się własnie w taki sposob? Czytelnik śledzi z
zapartym tchem kolejne perypetie Emilki, aż tu nagle - pyk! Tadzio
przyjezdza, gwizdze jak kos, Emilka biegnie i "żyli długo i
szczęsliwie". To zakonczenie wydaje mi się zrobione totalnie na
siłę. Nawet nie chodzi mi o to, że Emilka wyszła za mydełkowatego
Tadzia, tylko o to, że zakonczenie zupełnie nie pasuje do reszty
powieśći. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, ze LMM chciała swoją książkę
zakonczyc zupelnie inaczej, choc nie mam pomyslu, jak.
Drugą kwestią są dalsze lata życia Emilki. Bardzo żałuję, że nie
zostały opisane. Ciekawi mnie bowiem, czy Emilka była szczęśliwa z
tą miłością swego życia. Czy dalej pisała i tworzyła? Czy miała
dzieci? Czy nie czuła się nieswojo mieszkając w domu, ktory kupił
dla niej człowiek przez nią skrzywdzony, czy mogła być w tym domu
naprawdę szczęsliwa? Czy w codziennym życiu Tadzio okazał się tym
wyśnionym ideałem?
Moja teoria na ten temat jest, szczerze mówiąc, raczej mroczna, choc
podejrzewam, ze bierze się głównie z antypatii do tadzia :P. Nie
wyobrażam sobie szczęścia Emilki u jego boku. Myślę, że w zetknięciu
z brutalną codziennością ideał sięgnął bruku.