nowey777
17.12.07, 14:42
Wielu uczonych coraz częściej poddaje krytyce hipotezę Wielkiego Wybuchu:
Nie było żadnego Big Bangu, w wyniku którego narodził się świat. Pomysł
gigantycznej eksplozji jest naukowo nie do obrony - twierdzi grupa fizyków i
astronomów, którzy spotkali się na konferencji "Kryzys w kosmologii".
W nauce o kosmosie szykuje się prawdziwa rewolucja. A przecież wszystko było
już tak dobrze poukładane. Dzieje świata relacjonowano ze zdumiewającą
dokładnością, minuta po minucie. Na początku był Wielki Wybuch. Wcześniej nie
było nic. Ta nicość nagle zrodziła materię i energię, przestrzeń i czas. A
ślady gigantycznej eksplozji obserwujemy do dziś.
"To cudowne móc opisać, jaki był Wszechświat pod koniec pierwszej sekundy,
pierwszej minuty czy pierwszego roku" - zachwycał się fizyk z Uniwersytetu
Cambridge, Steven Weinberg, laureat Nobla, w książce "Pierwsze trzy minuty",
która stała się bestsellerem w późnych latach 70. "Po upływie pierwszej setnej
części sekundy temperatura rodzącego się Wszechświata wynosiła około stu
miliardów stopni Celsjusza. Był to żar tak wielki, że nie mogły w nim istnieć
nawet jądra atomowe. Cząstki elementarne materii i antymaterii, elektrony,
pozytony i fotony dopiero powstawały z czystej energii tego pierwotnego
wybuchu" - opisywał Weinberg to, co tysiące uczonych dawno uznało za jedyną
prawdę.
Przeciwnicy teorii Wielkiego Wybuchu wywodzą się ze znakomitych centrów
badawczych, jak Uniwersytet Cambridge w Wielkiej Brytanii, Instytut Maksa
Plancka w Niemczech, Lawrence Livermore National Laboratory w Stanach
Zjednoczonych czy Kalifornijski Instytut Technologiczny. Ich protestów nie
można pominąć. Zwłaszcza że teorii pęczniejącego Wszechświata zarzucają
lekceważący stosunek do obserwacji. Za każdym razem, twierdzą, gdy nie zgadza
się ona z pomiarami, zwolennicy Big Bangu wymyślają kolejne hipotezy, które
spieszą z pomocą.
W ten sposób najpierw dodano do tej teorii kosmiczną inflację, która w ułamku
pierwszej sekundy miała spowodować tak gigantyczne rozdęcie Wszechświata, aby
dopiero co stworzona energia i materia mogły się jednolicie "rozsmarować" w
przestrzeni. Założenie takie było potrzebne, aby wyjaśnić, dlaczego dzisiejszy
kosmos jest mniej więcej jednakowy w każdym kierunku.
Następną akcję ratunkową podjęto, aby wytłumaczyć, dlaczego gwiazdy krążące
bardzo szybko wokół centrum galaktyk nie urywają się z tej grawitacyjnej
uwięzi i nie odlatują w przestrzeń, aby pędzić życie na swobodzie. Materii w
galaktykach wydawało się za mało, by stworzyć odpowiednio duże przyciąganie.
Wymyślono więc ciemną materię, która miała wypełniać galaktyki i swoją siłą
ciążenia trzymać gwiazdy w cuglach. Choć minęło ćwierć wieku od powstania tej
koncepcji, nikt nigdy nie wytropił ciemnej materii ani nie zdołał jej stworzyć
w laboratorium. Tym niemniej kosmolodzy ufający w teorię Wielkiego Wybuchu
twierdzą, że jest jej pięć razy więcej niż normalnej świecącej materii, którą
obserwujemy w postaci gwiazd, planet, pyłów międzygwiezdnych i galaktycznych.
I tworzą ją nieświecące czarne dziury oraz białe karły, czyli zgasłe już gwiazdy.
Kolejnym pomysłem dla podtrzymania teorii rozszerzania się Wszechświata jest
ciemna energia. Uznano, że jest jej nawet więcej niż ciemnej materii, choć
jeszcze mniej o niej wiadomo. W ogólnym bilansie kosmicznej energii i materii
przypisano jej 65 proc. całości. Wprowadzono ją do tych rachunków, rzec można,
z sufitu, gdy przed kilkoma laty okazało się, że pewne obiekty kosmiczne,
supernowe, zachowują się tak, jakby przestrzeń kosmiczna pęczniała coraz
szybciej. Aby wytłumaczyć, skąd może pochodzić ten dodatkowy impet powodujący
ucieczkę galaktyk, powołano do istnienia ciemną energię. Przypisano jej
niezwykłe własności. Nie tylko ma się wciąż tworzyć z niczego, ale też
przejawia się jako siła odpychająca. I to ona właśnie ma rozpychać galaktyki.
Wszystkie te hipotetyczne założenia atakują przeciwnicy Wielkiego Wybuchu. Ich
krytycyzm opiera się przede wszystkim na wynikach najnowszych obserwacji
dokonywanych za pomocą instrumentów badawczych o nieznanej dotąd czułości i
zdolności sięgania niemal do krańców widzialnego Wszechświata.
Podważane jest nawet najważniejsze z założeń teorii Wielkiego Wybuchu,
mianowicie rozszerzanie się całego Wszechświata, które ma być skutkiem
początkowej eksplozji. Koncepcja ta zrodziła się w późnych latach 20.
ubiegłego stulecia. Amerykański astronom Edwin Hubble zauważył mianowicie, że
ze światłem dalekich gwiazd dzieje się coś dziwnego. Promieniowanie
docierające od nich do Ziemi jest wyraźnie "przesunięte ku czerwieni". Jak
wiadomo, białe światło jest mieszaniną fal promieniowania o różnej długości.
Najkrótsze z nich widzimy jako światło błękitne, najdłuższe - jako czerwone.
Hubble stwierdził, że im dalej znajduje się gwiazda, tym bardziej jej światło
ulega "poczerwienieniu". Zjawisko to nazwano przesunięciem ku czerwieni
(angielski termin: "red shift"). Stało się ono zaczynem teorii Wielkiego Wybuchu.
Początkowo przesunięcie światła dalekich gwiazd ku czerwieni wydawało się
zagadką. Zwłaszcza że było ono tym większe, im większa odległość dzieliła
Ziemię od badanego obiektu. Przypomniano sobie jednak pewną cechę dźwięku
odkrytą przez Christiana Johanna Dopplera w połowie XIX w. Doppler zauważył,
że gwizd oddalającego się pociągu słyszymy jako dźwięk coraz niższy. Zaczęto
się zastanawiać, czy może podobna zmiana zachodzi też w falach światła
docierającego do nas z gwiazd. Przesunięcie ku czerwieni byłoby dowodem, że
gwiazda lub galaktyka oddalają się od nas. Fale światła w pęczniejącej
przestrzeni ulegają rozciągnięciu, wnioskowano, a na skutek tego wydłużenia
barwa światła czerwienieje. Od tego wyjaśnienia do koncepcji Wielkiego Wybuchu
był już tylko krok. Skoro bowiem każda galaktyka oddala się dziś od każdej
innej, oznacza to, że w przeszłości musiały być blisko siebie. Tak zrodził się
pomysł wielkiej eksplozji, w której powstał świat.
Założenie, że Wszechświat nieustannie się rozszerza, może się okazać fałszywe.
Uczeni porównali światło równie odległych od Ziemi gwiazd supernowych i gromad
galaktyk. Skoro jedne i drugie są tak samo daleko od nas, przesunięcie ich
światła powinno być identyczne. A nie jest. Poczerwienienie światła nie może
więc być wskaźnikiem odległości jakiegoś obiektu od Ziemi i miernikiem jego
oddalania się. - To gwóźdź do trumny teorii Wielkiego Wybuchu - uważa prof.
Hilton Ratcliffe z Astronomicznego Stowarzyszenia Południowej Afryki.
Widocznie przesunięcie światła gwiazd czy galaktyk ku czerwieni nie jest wcale
wynikiem pęcznienia przestrzeni i ucieczki galaktyk. Może być rezultatem
wewnętrznej natury fal światła, swoistego "zmęczenia" promieni podczas długiej
wędrówki, jak twierdzi dr Eric Lerner, fizyk plazmowy, prezydent Lawrenceville
Plasma Physics w USA.
Także inne założenia teorii Wielkiego Wybuchu okazują się niezgodne z
rzeczywistością. Jeśli bowiem Wszechświat rozszerza się od momentu swych
narodzin, czyli przez około 14 mld lat, to najdalsze z jego krańców powinniśmy
widzieć takimi, jakimi były w swej młodości. Bo światło od nich musi biec do
nas około 13 mld lat. Skoro zaś widzimy je takimi, jakie były wkrótce po
powstaniu świata, powinny być pełne młodych gwiazd. Tymczasem nowy teleskop
NASA Spitzer Space Telescope, który sięgnął po krańce widzialnego kosmosu,
znalazł tam nie nowe, a stare gwiazdy, które w większej części zużyły swoje
jądrowe paliwo i wysyłają już tylko promieniowanie podczerwone. I to jest
także zła wiadomość dla zwolenników teorii Wielkiego Wybuchu.
Czy to jednak wystarczy, aby uznać, że umiłowana przez większość kosmologów
idea rozszerzającego się Wszechświata nie odpowiada realiom? - W każdym razie
czas na poważne śledztwo co do słuszności tej teorii - uważa prof. Ricardo
Scarpa z Europejskiego Południowego Obserwatorium w Santiago de Chile. Prof.
Scarpa prowadzi obserwacje za pomocą wspaniałego, olbrzymiego teleskopu, który
poz