fan_gazety
16.06.05, 19:34
Trochę długi ten post, ale musiałem napisać tyle, by dokładnie napisać, to co
myślę. Pracy w szkole coraz mniej, to może przeczytacie ?
Taaaak, koniec roku tuż, tuż, nauczyciele wystawiają oceny, w tym z
"zachowania". No i problem jakości, rzetelności, sprawiedliwości a nawet
sensowności tej właśnie oceny wraca jak bumerang.
A w szczególności wraca problem "ważenia" poszczególnych "za" i "przeciw" przy
ustalaniu tych ocen. Moje wątpliwości budzi przede wszystkim takie trochę
nabożne i w dodatku bardzo restrykcyjne traktowanie nieobecności
nieusprawiedliwionych w szkole średniej.
W omawianym przypadku (prawdziwym) przyczynkiem do ponownego wszczęcia
dyskusji (jeśli zechcecie, Forumowicze, na co liczę) jest taka oto sytuacja:
uczeń otrzymuje ocenę poprawną za 3 dni nieusprawiedliwione. Poza tym nie ma
do niego zastrzeżeń. Nie pije alkoholu, nie pali, zna i stosuje "zasady
współżycia", nie było żadnych negatywnych wpisów w dzienniku. Oceny -
przyzwoite, czyli średnia tuż poniżej 4, żadnej dopuszczającej. Poza tym jest
koleżeński, ale i niekatywny na zajeciach pozalekcyjnych.
Oczywiście, można powiedzieć - ocena poprawna nie jest zła, to w końcu ocena
"poprawna". Ale... inni uczniowie z tej klasy, złapani np. na solidnym piciu
alkoholu na wycieczce, a także na innych wybrykach (nie groźnych, ale jednak
wybrykach), oraz uczniowie, którzy palą papierosy i nie tylko, otrzymali oceny
wyższe, nawet wzorową (:-) ).
Dlaczego? No bo mieli trochę mniej godzin nieusprawiedliwiownych, do czego
przyczynili się (to tajemnica poliszynela w klasie) rodzice tych uczniów,
usprawiedliwiając godziny i dni nieobecności, których przyczyną nie było nic
poważnego, a jedynie po prostu niechęć do pójścia do szkoły w danym dniu.
Dodać jeszcze trzeba, że te 3 dni przytoczonego tu jako przykład ucznia
opuszczone były za wiedzą rodziców, ale bez ich akceptacji. Stąd uczeń ten
nie miał usprawiedliwienia, no bo jakże by? Skoro akceptacji tej nieobecności
nie było, to i usprawiedliwienia być nie mogło. Rodzice byli konsekwentni, no
i nie chcieli kłamać.
Wg mnie jest tu o czym myśleć:
1. Uczeń (i jego rodzice) dostaje sygnał: nie warto być uczciwym. Nie warto,
bo inni - nieuczciwi mają wyższą ocenę, zachowując się zanzcnei gorzej.
Niestety, czyżby przysłowie o konieczności krakania tak jak inne wrony,
okazało się znowu prawdziwe? Uczeń, który zachowuje się uczciwie (wraz ze
swoimi rodzicami) w jamiś sensie obrywa po głowie, a rodzice będą się
zastanawiać: i po co prawdomówność, uczciwość?
2. Czy naprawdę nieobecności muszą być tak bardzo radykalnie stosowane jako
podstawa do oceny? Popatrzmy - 3 dni to... około 3% dni w danym semestrze. To
TYLKO 3%. Tymczasem uczniowie, którzy tych 3% oficjalnie nie nazbierali, ale
robili rzeczy ewidentnie nie tylko nieepoprawne, ale i naganne, mają
zachowanie conajmniej "dobre". To śmieszne dość jest jak dla mnie. Coś mi się
wydaje, że te tabelki przeliczeniowe, wg których wystawia się ocenę z
zachowania w stosunku do liczby godzin nieusprawiedliwionych, to zwykłe
biurokratyczne pójście na łatwiznę. I stwarzanie pozoru, że jest się
sprawiedliwym, tak naprawdę nie będąc.
3. Biorąc pod uwagę powyższe, i mając do czynienia z uczniami LO, patrzącymi
krytycznie na nasze, dorosłych, dokonania, to nasuwa się (mi po raz kolejny)
pytanie: jaki sens ma stosowanie oceny, której sprawiedliwość jest mitem. Po
co stosować ocenę, której stosowanie kończy się efektami zgoła odmiennymi od
zamierzonych, czyli anty-wychowawczymi?
Warto jeszcze na zakończenie dodać, że jest to jedyna taka ocena w klasie, bo
twardy przepis w regulaminie oceniania zachowania nie daje żadnej możliwości
"ważenia" tych za i przeciw. Liczba godzin nieobecnych góruje nad wszystkim.
Tak więc - drobny wycinek tego co można nazwać postawą ucznia, czyli tzw.
frekwencja, decyduje in minus o wszystkim. Wg mnie to nie jest ucziwe
PS. Od lat uważam, że ocena z "zachowania" jest - przynajmniej w LO -
niepotrzebna. Takie zdarzenia, a także rozmowy z moimi uczniami, utwierdzają
mnie w takim przekonaniu.