pbd2
27.06.05, 15:17
Czy w kraju, w którym siedemdziesiąt ileś tam procent uczniuów nie rozumie
tego, co czyta, powinniśmy się martwić, że aż 17 procent oblało maturę, czy
raczej powinniśmy się cieszyć, że oblało wreszcie tylu, ilu na to zasłużyło?
Nie rozumiem, dlaczego rządy po 1989 roku za dogmat przyjęły tezę, że o
wykształceniu społeczeństwa świadczą statystyki, tzn. że lepiej mieć 80
procent ze srednim i 40 procent z wyższym wykształceniem po słabych szkołach
(bo niby jak mają być te szkoły dobre, skoro nawet matoł musi je skończyć, bo
jest nacisk tzw. czynników rządowych), niż 50 procent ze średnim i 25 procent
z wyższym, ale po naprawdę solidnej nauce i selekcji. Po prostu nowa matura
ten dogmat obaliła, a przynajmniej mocno nim potrząsnęła. Zaczynamy, być
może, wracać do normalności, która powinna polegać na tym, że każdemu trzeba
stworzyć SZANSĘ zdobycia wykształcenia, ale nie każdy MUSI ukończyć wszystkie
możliwe szkoły... Demokratyzacja oświaty polega na tym, że każdy może pójść
do szkoły, a nie na tym, że każdy ją bez wysiłku i talentu skończy, ale o tym
wszystkie nasze rządy zapomniały. A jak ja mam mieć 40 inżynierów budujących
mosty, które z powodu ich nieuctwa się zawalą, to wolę mieć 15 dobrych
inżynierów, których dzieła przetrwają wieki, i 25 sprzedawców hot - dogów,
bez dyplomu, z "niepełnym wyższym". Zresztą połowa z tych inżynierów i tak,
mimo dyplomu, musi sprzedawać te hot - dogi, bo nie ma dla nich pracy w
zawodzie. Bo ktoś zapomniał, że być może nasza gospodarka nie będzie w stanie
wchłonąć aż tylu ludzi po studiach. Każdy kto studiował na polskiej uczelni w
ostatnich latach, wie, jak to wygląda: przepełnione sale, studenci siedzący
na podłogach i parapetach byle jak prowadzone wykłady, brak kontaktu
nauczycieli ze studentami (bo studentów za dużo, etatów mało, a
profesorowie "obskakują" cztery inne uczelnie oprócz swojej właściwej),
kolejki w dziekanatach, które nie nadążają z "przerobem" takiej masy
studentów, plagiaty (bo jak ktoś nie ma wystarczających zdolności umysłowych,
to musi zrzynać), wzrost przestępczości i narkomanii do tego stopnia, że sami
studenci - rzecz kiedyś nie do pomyślenia - zrezygnowali z zasady
eksterytorialności uczelni i jęczą o policyjne patrole, i tak dalej. A
wszystko to w imię statystyk, które ładnie wyglądają w unijnych
zestawieniach. W liceach nie lepiej: dostają się do nich ludzie, którzy
kiedyś mieliby trudności w zawodówce, różne dziwne indywidua, za którymi
wchodzi do szkół przemoc i przestępczość, o której szkoły boją się mówić, bo
dały sobie narzucić dyktaturę rankingów, a jak są informacje, np. o
narkotykach albo tzw. fali, to się w tych rankingach spada. Czyli poziom
nauczania spada, bezpieczeństwo w szkołach jest fikcją, kadra nauczycielska
otwarcie twierdzi, że ograniczy się jedynie do uczenia przedmiotu, bo w
takiej sytuacji o żadnym wychowywaniu młodzieży nie może być mowy, i tylko
statystyki rosną. A że produkujemy sobie magistrów europeistyki, którzy nie
potrafią pokazać na mapie, gdzie leży Litwa (autentyczny przypadek!!!), to
już mało kogo obchodzi.
Więc może dobrze nam zrobi taki wstrząs? Może ktoś wreszcie zauważy, że mimo
radujących oko cyfr, nasza edukacja tak naprawdę jest w niewiele lepszym
stanie, niż służba zdrowia?
Tak, powinniśmy tworzyć jak najwięcej miejsc w liceach i na uczelniach, ale
tylko pod warunkiem, że na końcu wyjdą z nich z dyplomami jedynie ci, którzy
solidnie na nie zapracowali. Nawet, jeśli miałoby ich być o połowę mniej, niż
obecnie. Tylko czy komuś w tym kraju zależy na poziomie nauczania, a nie
tylko na ilości wydawanych papierków? Obawiam się trochę, że za rok włądze...
obniżą poziom matury, żeby znów mogło nie zdać najwyżej 3%, jak kiedyś...