Dodaj do ulubionych

stosunki uczeń - nauczyciel

12.12.03, 11:44
Od czasu do czasu media informują o patologiach szkoły, szczególnie na linii
stosunków uczeń - nauczyciel. Wybucha wtedy gorąca dyskusja, graja emocje i
wszyscy wieezą co zrobic (zwykle poprawic dyscyplinę). Potem ludzie
zapominają, sprawa "przysycha" i tylko poszkodowanio pluja sobie w brode, że
dlai sie w te maliny wpuscić. A może by tak pogadać o tym na spokojnie? Bez
emocji, które sprawie szkodzą. Mysle, że większość forumowiczów zgodzi sie
ze mną, ze szkoła przeżywa ostry kryzays. Jest obciązona zadaniami ponad swe
siły i mozliwości, finansowana jest na zasadzie gaszenia pożaru, a
nauczyciele staja sie powoli pariasami społeczeństwa (nb. czytałem gdzieś,
że na Zachodzie zawód ten uchodzi za najbardziej stresujący). Bardzo ważne
dla funkcjonowania szkoły sa stosunki nauczyciel - uczeń. W moim odczuciu
dzis jest to po prostu chore. Obie strony mają do siebie pretensje, a mało
kto szuka punktów porozumienia. Mnie sie wydaje, ze głównym winowajca jest
system oświatowy. Nauczyciel postawiony jest wobec wymagań, którym sprostac
nie może, podobnie zreszta i uczeń, a ciężar eukacji i niestety również
WYCHOWANIA przerzucony został własciwie całkowicie na szkołe. Ta ostatnia
jest po prostu skostniałai niewydolna, czego dowodem są odzywające sie
rownież u nas pytania o tzw homelerning. Czy da sie z tym (tzn szkoła)
jeszcze cos zrobic? Czy może szukać zupełnie nowych rozwiazań np. opartych o
wiekszą samodzielnoś ucznia i odpowiedzialność odziców za jego edukacje i
wychowanie. Istnieje np w Indiach czy Australii tzw. distance lerning i nie
widac by efekty były duzo gorsze. Co Wy sadzicie o problemach szkoły?
Napiszcie, proszę.
Obserwuj wątek
    • Gość: UFO Nasza szkoła została zbiurokratyzowana w stopniu IP: *.w3cache.pl / *.pl 12.12.03, 15:17
      znacznie wiekszym niz była nawet w PRL.Ale to nie jej wina, tylko szkolnej (i
      nie tylko!)biurokracji MENiS, rzecznik praw obywatelskich, rzecznik praw ucznia
      itd.!!!!
      Po drugie - nie uogolniaj!!!
    • euglena73 Re: stosunki uczeń - nauczyciel 12.12.03, 17:23
      Jestem nauczycielką w szkole średniej i mam 7 letni staż pracy zawodowej. Lubię
      swoją pracę i myślę, że jestem szanowana przez moich uczniów. Ale... No
      właśnie! Biurokracja! Biurokracja! Mam tyle papierów do wypełniania, że czasem
      myślę, że doba powinna mieć z 40 godzin, to może bym sie wyrobiła! Stosy
      statystyk: śrenie z ocen ,średnie z frekwencji, zestawienia z ocen z
      zachowania, średnie z poszczególnych przedmiotów itd... W klasie w której
      jestem wychowawcą, mam 33 uczniów i trzeba to robić dla każdego z nich i dla
      całej klasy!!! KOSZMAR!!! Z każdej klasówki trzeba zrobić statystyki i każdą
      kartkę należy opatrzyć ... komentarzem! Muszę także sprawdzać zeszyty ( mam ok
      300 uczniów). Zatem jak słyszę o tych słynnych 18 godzinach to mnie śmiech
      zbiera!!! Powtarzam - lubię swoją pracę, ale ...czasem jestem zwyczajnie
      zmęczona! Dodatkowo jak uświadomicie sobie, że mam ok 30 - 35 uczniów w klasie
      i mam ich nauczać metodami aktywizującymi (z podziałem na zespoły) to jest to
      praktycznie paranoja!!! Przykłady można mnożyć! Mam wrażenie że przepisy tworzą
      ludzie, którzy nie znają szkoły!!! A dyscyplina? Dość często zdarza się, że jak
      się jest nauczycielem wymagającym i... nie pozwala się ściągać to... jest się
      złym nauczycielem!!! Młodzi ludzie często nie znają elementarnych norm
      zachowania - a tego niestety powinni nauczyć Rodzice!!! Z resztą wychowanie to
      proces ciągły!! Warunkiem udanego przebiegu nauczania i wychowania
      jest...WSPÓLPRACA SZKOŁY i RODZICÓW!!!!! Nauczyciel nie musi i nie powinien być
      wrogiem!!! I jeszcze jedno... dlaczego media nie piszą o Szkole gdy dzieje się
      w niej "coś fajnego"??? Ciekawe, prawda? Łatwo jest pisać o patologiach...
      Ale ...uszy do góry! Osobiście spotkałam wielu wspaniałych uczniów, dzięki
      którym wierzę w to co robię i... kocham swoją pracę!!!!
      • Gość: Darwin Re: stosunki uczeń - nauczyciel IP: *.acn.pl 12.12.03, 22:56
        Calkiem niedawno skonczylem liceum i mielismy tam nauczyciela matematyki,
        ktory mial gleboko gdzies papierkowa robote i aktywizujace metodu (okolwiek by
        to nie bylo:)). Nie wypelnial praktycznie dziennika (tj.jak ktos sie czepial
        to wpisywal pierwszy lepszy temat) pracowal z grupka uczniow, ktora byla
        chetna do pracy i wyglaszal tylko krotkie monologi o naszej samodzielnosci
        itd.... Ale byl to swietny nauczyciel, bardzo szanowany przez uczniow i ludzi.
        Wychowal wielu olimpijczykow a nawet przecietni uczniowie chwala sobie
        wspolprace z nim...
        jak widac papierkowa robota to rowniez kwestia nastawienia dyrekcji
        co nie zmienia jednak faktu,ze biurokracja jest zbyt rozbudowana

        Pozdrowienia
      • Gość: Rodzic Re: stosunki uczeń - nauczyciel/Rodzic IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.03, 09:59
        No właśnie współpraca Rodziców i Nauczycieli, powiedz dlaczego
        nauczyciele nie chcą upodmiotowić Rodziców, ni wspomne o uczniach.
        Przecież to my Rodzice jesteśmy pierwszymi nauczycielami,
        wiem,ze w szkołach, w których jest współraca zdecydowanie osiąga się lepsze
        wyniki w każdej dziedzinie.
        pozdrawiam
    • Gość: nauczyciel Re: stosunki uczeń - nauczyciel IP: *.krynica.sdi.tpnet.pl 14.12.03, 22:52
      Rzadko zdarza mi się czytać wypowiedzi, z którymi tak dokładnie się zgadzam.
      Jestem nauczycielem z długim stażem i widzę, jak powoli i nieubłaganie szkoła i
      jej potrzeby spychane są na margines. Dyskusje, najczęściej wywołane jakąś
      rzeczywiście bulwersującą sprawą, urywają się po opadnięciu pierwszych emocji.
      Ciągle słyszymy o reformach. Ale nie każda zmiana jest reformą. Ostatnia z nich
      to było dobicie oświaty. Za ogromne pieniądze zmieniliśmy bezmyślnie całą
      strukturę edukacji, ale nie określiliśmy zadań szkoły na tyle konkretnie, by
      wiadomo było, po co się do niej chodzi. Ciągle za niepoprawne uchodzi
      twierdzenie, że nie wszyscy są tak samo zdolni, chętni i "zmotywowani",
      widoczne gołym okiem różnice ma niwelować szkoła.
      Wielu napisało pewnie prace naukowe, przytaczając dane, jak to ogólnie
      wykształceni ludzie lepiej radzą sobie na rynkach pracy. Tylko zapomniano o
      tym, że do tych "ogólniaków" szli najczęściej ci, co już w szkole radzili sobie
      lepiej. Kilka miesięcy temu przeczytałam, jak jakiś pożal się Boże psycholog,
      twierdził, że gdyby jakaś fabryka miała taki procent braków, jaki ma
      współczesna szkoła, dawno by ją zamknięto. Tak, zgadza się, tylko w żadnej
      fabryce nie używa się surowca, jak leci, bez określenia, co ma być produktem
      finalnym. Więc może jednak porownanie chybione?
      Nie wiem, czy ktoś uwierzy ( no, bo nauczyciele są bez serc i bez mózgów), ale
      dla mnie ogromnym obciążeniem psychicznym jest moja bezradność. Uczę chemii w
      szkole ponadgimnazjalnej. Nie potrafię dużej części moich uczniów nauczyć
      najprostszych rzeczy, np.co to jest liczba atomowa i jaki jest wzór acetylenu.
      Tak właściwie, powinni to umieć, przychodząc do nas, ale nie umieją. Jeżeli mój
      wykład i ćwiczenia, pokaz, są niejasne, mają podręczniki. Dodatkowo mogą zawsze
      zapytać o cokolwiek. Więc dlaczego?
      "Jeżeli ogórek nie śpiewa, i to o żadnej porze, to widać, z woli nieba
      prawdopodobnie nie może".
      Po prostu, nie mogą. Spora część nauczyłaby się, choćby dla świętego spokoju,
      ale nie może. Z różnych powodów. Bo ich to wszystko nie interesuje (jak to, nie
      zachwyca, jak zachwyca?), bo nie mają odpowiednio dużo czasu na trening
      trudnych umiejętności, bo nie mają w domu warunków, bo się zakochali, bo się
      nie mogą zakochać. No i sto tysięcy innych ważnych i mniej ważnych przyczyn.
      No a w szkole wszystko "na gwizdek". Wszyscy z danego rocznika osiągnęli
      1.września dojrzałość szkolną. Ci, którzy nie osiagnęli, są ugotowani. Albo się
      kręcą i przeszkadzają, albo płaczą za mamą, albo wszystko im trzeba powtórzyć
      sto razy. A tu już tabliczka mnożenia, wyciąganie przed nawias i na co
      odpowiada przymiotnik. Banały, prawda? Ale dlaczego nie można nauczyć chodzić
      półrocznego dziecka, przecież to proste?
      A jak my, dorośli, się czujemy, gdy ciągle z czymś nie dajemy sobie rady?
      Unikamy, jak możemy, przykrych sytuacji, obwiniamy otoczenie i reagujemy
      agresywnie. Tak samo postępują nasi uczniowie. Chodzą na wagary,skarżą się na
      nauczycieli, no a czasem wsadzają im wiadro na głowę.
      Nie chciałabym, żeby to, co piszę, było zrozumiane, jako usprawiedliwianie
      kogokolwiek. Po prostu opisuję.
      Ale myślę, że dopóki w szkole podstawowej nauczyciel będzie uczył 30 lub więcej
      uczniow,( zamiast 15), dopoki uczniom nie pozwoli sie pracować własnym tempem
      (zrehabilitujmy drugoroczność), dopóki będą się uczyć mnóstwa niepotrzebnych
      wiadomości( może się kiedyś przydać), dopóki będziemy podpisywac się pod
      dopuszczającym z miłosierdzia i dla swiętego spokoju( niszcząc uczniom morale
      do reszty), nic w szkole się nie zmieni.
      • nemo07 Re: stosunki uczeń - nauczyciel 15.12.03, 15:33
        No i dobrzez,że się zgadzamy. Tylko kto ma to powiedzieć:
        1. rodzicom, którzy z jednej strony wierzą, że ich pociechy sa najzdolniejsze,
        z drugiej przyzwyczaili się do tego, że jak cos nie tak, to winna szkoła

        2. kandydatom na studia- maturzystom, którzy dyplom przecież OTRZYMALI i MAJĄ
        PRAWO UWAŻAĆ, ze sa nauczeni, bo ktos sie pod tym podpisał.

        3. urzednikom, którzy to wszystko tak dokładnie zaplanowali i tyle w to
        włozyli pracy

        4. metodykom, którzy nauczaja jak nauczyć niewyuczalnych.

        Mógłbym tak jeszcze, ale po co. Powiedz, kto ma to ludziom powiedzieć? I to
        tak by go usyszeli i ZROZUMIELI.
    • Gość: M Re: stosunki uczeń - nauczyciel IP: *.suwalki.cvx.ppp.tpnet.pl 15.12.03, 17:46
      Tyle pięknych, ale niewypełnionych treścią słów padło przy okazji mówienia o
      reformie: że wyrównać szanse, że traktować podmiotowo,że nauczać aktywnie
      itp.Nie mogę jako nauczyciel zrozumieć jednego: dlaczego nasza pani minister
      czy inni nawiedzeni reformatorzy nie widzą prostego (przynajmniej dla mnie)
      związku między jakością nauczania a liczbą uczniów w klasie.To winien być
      główny postulat reformy!!!Mamy niż, zamiast wykorzystać go, by zrobić normalne
      24-25 osobowe klasy, proponuje się zamykanie szkół (patrz: Łódź), zagęszczanie
      klas.Miałam I LO 23-osobową, po roku władze kazały klasę "dopakować" i w II
      klasie mam 32 uczniów, naprawdę widzę różnicę w jakości nauczania, a mam ich
      przygotować do nowej matury. Wiem też, że winni będą za porażkę nauczyciele i
      jedynym efektem słabych wyników także matur (bo słabe wyniki gimnazjalne już
      mamy!) będzie pisanie programów naprawczych, które zdadzą się psu na budę, bo
      nie można dobrze uczyć w tak licznych klasach (jak w 32-osobowej klasie KAŻDEGO
      nauczyć pisania interpretacji wiersza?). Zgadzam się także z innymi
      wypowiadającymi się na forum,że nie każdego można nauczyć i że nie da się
      zadekretować (jak chce pani minister) powszechnej matury (problem liceów
      profilowanych wyjdzie dopiero po pierwszej nowej maturze. Pozdrawiam.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka