ramon6
11.08.06, 19:22
Wymuszone Drogi Eriki Steinbach
Bartosz T. Wieliński, Berlin11-08-2006, ostatnia aktualizacja 10-08-2006 19:28
Fot. Kuba Atys / AG
Erika Steinbach na otwarciu wystawy ''Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie
w Europie XX wieku'', Berlin 10 sierpnia 2006 r.
ZOBACZ TAKŻE
MSZ: Wystawa Steinbach nie służy zaufaniu (11-08-06, 16:31)
"FAZ": Wystawa Steinbach zwrotem w dyskusji o Centrum przeciwko Wypędzeniom
(11-08-06, 13:31)
Premier Kaczyński: Musimy przypominać, kto był zbrodniarzem, a kto ofiarą (11-
08-06, 01:00)
Powiedzieli o wystawie (11-08-06, 01:00)
Marcinkiewicz odwołał wizytę w Berlinie (11-08-06, 00:09)
Szefowa Związku Wypędzonych zapewniała wielokrotnie, że jej
wystawa „Wymuszone Drogi” poświęcona wypędzeniom w XX wieku w Europie będzie
obiektywna. Ale wrażenie po jej obejrzeniu jest takie, że wszyscy deportowani
w XX wieku byli w równym stopniu ofiarami, a wina III Rzeszy za rozpętanie
wojny gdzieś ginie
Wymuszone Drogi Eriki Steinbach
Szefowa Związku Wypędzonych zapewniała wielokrotnie, że jej
wystawa "Wymuszone Drogi" poświęcona wypędzeniom w XX wieku w Europie będzie
obiektywna. Ale wrażenie jest takie, że wszyscy deportowani w XX wieku byli w
równym stopniu ofiarami, a wina III Rzeszy za rozpętanie wojny gdzieś ginie
- Przezwyciężywszy podziały polityczne Polacy i Niemcy muszą wspólnie nauczyć
się rozumieć historię. To trudne, ale możliwe. Życzyłbym sobie by ta wystawa
przyczyniła się do tego - mówił Norbert Lammert (CDU), przewodniczący
Bundestagu otwierając wczoraj wystawę "Wymuszone Drogi". To najwyższy rangą
polityk, który wczoraj pojawił się w berlińskim Kronprinzpalais. Lammert
cytował prof. Władysława Bartoszewskiego, który w księdze pamiątkowej z
okazji jubileuszu kardynała Lehmanna, przewodniczącego niemieckiego
episkopatu pisał o konieczności pojednania i porozumienia się Polski i
Niemiec.
Sucho, encyklopedycznie i po równo
- To wystawa pokazująca, że XX wiek to wiek wypędzeń, narodów, których nie
chciały ich władze. My pokazujemy to w europejskim kontekście - mówiła
wczoraj Steinbach.
Ci, którzy widzieli wystawę o wypędzeniach, którą przygotował osiem miesięcy
temu boński Dom Historii, będą rozczarowani. "Wymuszone drogi" rażą ubogością
ekspozycji, co jeszcze bardziej uwidacznia czarno-biała kolorystyka wystawy.
Nie ma multimediów, nie licząc kilku słuchawek i ekranów, na których można
posłuchać relacji wypędzonych. Nie ma też wielu eksponatów, które mogłyby
przełamać wrażenie, że czyta się akademicki skrypt poświęcony deportacjom,
który nie mówi nic nowego, a wiedzę podaje w suchy, nieprzystępny sposób.
"Ponad 30 narodów straciło w XX wieku ojczyznę" - informuje pierwsza plansza
ustawiona tuż przy drzwiach prowadzących do pierwszej z trzech sal. W tym
właśnie pomieszczeniu, na którego suficie, podłodze i ścianach wymalowano
wielką mapę Europy, mowa jest o wypędzeniach. O dramatach informuje biegnący
wzdłuż ścian rząd planszy.
Ekspozycja rozpoczyna się od rzezi Ormian, której dopuścili się Turcy podczas
I wojny światowej. Można zobaczyć kilka plansz z encyklopedycznym opisem
sytuacji w ówczesnym Imperium Otomańskim i prześladowań Ormian. Do tego kilka
małych fotografii przedstawiających ofiary, reprodukcje antytureckich
karykatur z francuskiej prasy i pochodzący z ormiańskiego kościoła zdobiony
pojemnik na olej święcony.
Potem mowa jest o wymianie ludności między Grecją a Turcją, która nastąpiła w
latach 20. Wszystko wygląda tak samo: znowu encyklopedyczny tekst, zdjęcia,
kilka dokumentów, książka o przesiedleniach wydana przez Ligę Narodów i
zdobiony kłobuk prawosławnego hierarchy. Tę sama stylistykę zachowano w
dalszych częściach wystawy.
Bardzo krótko opowiedziano o prześladowaniach Żydów. Erika Steinbach
mówiła "Gazecie", że o to prosili Żydzi współpracujący z fundacją Centrum
przeciw Wypędzeniom. - Tematyce Holocaustu poświęcone są inne wystawy.
Dlatego nasza ogranicza się tylko do deportacji Żydów - mówi Steinbach.
O dziwo, jedynym nazistowskim dygnitarzem, którego zdjęcie znalazło się na
wystawie, jest minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop
podpisujący pakt z Wiaczesławem Mołotowem. Podobizny Hitlera próżno szukać.
O Polakach jest sporo. Odnotowano zarówno przeprowadzone przez Niemców
wysiedlenia do Generalnej Guberni z terenów wcielonych do Rzeszy, wywózki na
Syberię, próby kolonizacji Zamojszczyzny, ucieczki przed UPA na Wołyniu czy
powojenne "repatriacje". Jest też o akcji "Wisła", czyli o przesiedleniach
Ukraińców z południowo-wschodniej Polski.
O tych wszystkich wydarzeniach twórcy piszą sucho. Emocje pojawiają się
wtedy, gdy ekspozycja dochodzi do wypędzeń Niemców. Tu mowa jest "o
rozjeżdżanych czołgami uciekinierach", "gwałconych kobietach" i "wagonach
towarowych", którymi deportowano Niemców z Polski i Czechosłowacji. Kilka
metrów wcześniej, opisując hitlerowskie zbrodnie, posiłkowano się jedynie
liczbami zabitych i wypędzonych.
Dalej ekspozycja opowiada o wypędzeniach Niemców i Włochów z Jugosławii,
Finów z Karelii, deportacjach podczas konfliktu cypryjskiego i walk na
Bałkanach w latach 90.
W kolejnych salach można zobaczyć ekspozycję o wzajemnym dialogu i
przebaczeniu, a także eksponaty związane zarówno z życiem domowym
wypędzonych, jak i życiem w obozach, w których ich osadzono. To właśnie tu
można zobaczyć najciekawszy eksponat: dzwon z zatopionego w styczniu 1945 r.
przez Rosjan statku "Wilhelm Gustloff", którym z Gdańska uciekało 9 tys.
Niemców. Dzwon, który można było oglądać w jednej z gdyńskich restauracji,
przekazali na wystawę Polacy. Inny eksponat z Polski to sztandar Związku
Sybiraków z Trzebiatowa. Są też dokumenty i zdjęcia z IPN i Ośrodka "Karta".
Gdzie jest wina Niemiec?
Merytorycznie wystawie nie można niczego zarzucić: podawane dane są
prawdziwe, podobnie jak pokazane zdjęcia i dokumenty. Zgrzytem na pewno jest
niewspomnienie o podpisanych przez Polskę i Niemcy traktatów z 1970 r. i 1990
r. - Ekspozycja poświęcona jest wypędzeniom. Traktaty nie mają z tym nic
wspólnego - tłumaczy pani Steinbach.
Poważny błąd popełniono jednak już na samym początku. "Wymuszone Drogi"
stawiają znak równości między rzezią Ormian, konfliktami w byłej Jugosławii a
dramatami II wojny światowej, czyli sprowadzają do jednego mianownika
wydarzenia, których porównywać nie sposób. Erika Steinbach zapewnia, że
obiektywnie chciała pokazać ofiary wypędzeń. Ale do tej obiektywności można
mieć wątpliwości, bo graficzna kompozycja wystawy - czyli ciąg opisujących
historię wypędzeń plansz tylko utwierdza w przekonaniu, że wszyscy
deportowani byli w równym stopniu ofiarami, tyle że wina hitlerowskich
Niemiec za rozpętanie wojny gdzieś jakby ginie.
Zagubiono też proporcje, bo II wojnie światowej poświęcono niewiele więcej
miejsca niż konfliktowi cypryjskiemu i wojnie w byłej Jugosławii.
Dlatego wystawa na pewno skomplikuje nie najlepsze już stosunki polsko-
niemieckie. Tym bardziej że Erika Steinbach już zapowiada, że otwarcie
wystawy to preludium do budowy Centrum przeciw Wypędzeniom, przeciwko któremu
Polska od lat prowadzi wojnę. Sama Steinbach jak dotąd się tym nie
przejmuje. - Polskie władze nie widziały jeszcze wystawy, a już ją krytykują.
Wiem, że czegokolwiek byśmy nie zrobili, to będzie to źle - mówi.
Z pewnością podzieli też Niemców. Otwarciu wystawy przez Norberta Lammerta i
obietnicy innego chadeka Bernda Neumanna, któryobiecał Steinbach, że włączy
jej wystawę do rządowej inicjatywy mającej upamiętnić wypędzenia ostro
sprzeciwiają się socjaldemokraci.
Przed Kronprinzenpalais odbyły się małe demonstracje. Przeciwko zbrodniom w
Darfurze protestowała grupa Afrykanów. Natomiast młodzi Niemcy rozwinęli dwa
transparenty z polsko-niemieckim napisem: "Zwalczać rewizjonizm historyczny i
nie pakować go do muzeum". Wieczorem pod pał