nie_wiem
13.05.02, 11:27
To było takie zaczarowane... jak zwykle, kiedy ona i on sie poznają. Było
motylki w brzuchu, niekończące się patrzenie w oczy, tyle ciepła i troski,
wieczory pełne przytulań... w końcu seks. Może ponad miesiąc... nie więcej.
Czy się w sobie zakochali? Na pewno byli sobą zauroczeni, cieszyli sie sobą, że
sie znaleźli.
On zaczął się pomaleńku odalać... wątpliwości, czy to to jest właśnie TO? Ona
jest cudna, urocza, mądra, dobra, czuła... ale nie wiem, sam nie wiem... nie
umiem sie otworzyć, wiesz co przeżyłem... potrzebuję czasu - powiedział. Ale
nie uciekaj... Nie kłamał, nie zwodził. Był szczery.
A Ona? Ona się zakochała, tak jej sie wydaje. W tym spokoju, wrażliwości,
cieple i w tym wszystkim, czego nie dał jej już dawno nikt. To ciepło trwało
tak krótko, było takie ulotne... ale wystarczająco mocne i piekne, by tęsknić
do tego, tęsknić do Niego... Przecież wiesz, nic na siłę, zobaczymy jak
będzie... masz rację, trzeba czasu, sama też pewna nie jestem, powiedziała.
Kłamała - już wiedziała. Nie uciekła. Bo jakże by mogła? Ma jego chociaż jako
przyjaciela... może być przy nim, kiedy dzieje się coś złego albo radosnego...
kiedy zachoruje, kiedy chce z nią porozmawiać... Czasem się spotkają... coraz
rzadziej. On ją wtedy przytula do siebie, delikatnie całuje, głaszcze... nie
mówiąc prawie nic. Po prostu są ze sobą tę chwilę, która dla niego pewnie jest
tylko wytchnieniem, pragnieniem uczucia, dla niej chwilą dla której warto
tęsknić i żyć. Ale on o tym nie wie... przecież dała mu czas... i nie chce go
stracić błagając o więcej.
I tak trwa przy nim... i tak jej smutno dziś...