Dodaj do ulubionych

"Rozdzióbią nas kruki, wrony"

02.03.06, 18:13
1

Ani jeden żywy promień nie zdołał przebić powodzi chmur, gnanych przez
wichry. Skąpa jasność poranka rozmnożyła się po kryjomu, uwidoczniając
krajobraz płaski, rozległy i zupełnie i pusty. Leciała ulewa deszczu,
sypkiego jak ziarno. Wiatr krople jego w locie podrywał, niósł w kierunku
ukośnym i ciskał o ziemię.

Ponura jesień zwarzyła już i wytruła w trawach i chwastach wszystko, co żyło.
Obdarte z liści, sczerniałe rokiciny żałośnie szumiały, zniżając pręty aż do
samej ziemi. Kartofliska, ściernie, a szczególniej role świeżo uprawne i
zasiane, rozmiękły na przepaściste bagna. Bure obłoki, podarte i
rozczochrane, leciały szybko, prawie po powierzchniach tych pól obumarłych i
przez deszcz schłostanych.

Właśnie o samym świcie Andrzej Borycki (bardziej znany pod przybranym
nazwiskiem Szymona Winrycha) wyjechał zza pagórków rajgórskich i skierował
się pod Nasielsk, na szerokie płaszczyzny. Porzuciwszy zarośla, trzymał się
przez czas pewien śladu polnej drożyny, gdy mu ta jednak zginęła w kałużach;
ruszył wprost przed siebie, na poprzek zagonów.

Przez dwie noce już czuwał i trzeci dzień wciąż szedł przy wozie. Buty mu się
w rzadkim błocie rozciapały tak misternie, że przyszwy szły swoim porządkiem,
podeszwy swoim porządkiem, a bose stopy w zupełnym odosobnieniu. Bardzo
przemókł i przeziąbł do szpiku kości. Któż by zdołał poznać w tym obdartusie
byłego prezesa najweselszej pod księżycem konfraterni tak zwanych śrubstaków,
dawnego Jędrka, króla i padyszacha syren warszawskich'? Włosy mu porosły "w
orle pióra", paznokcie "w dzikie szpony", chodził teraz w przepoconej
sukmanie, żarł chciwie razowiec ze sperką i żłopał gorzałę z taką naiwnością,
jakby to była woda sodowa z sokiem porzeczkowym.
Obserwuj wątek
    • j.j.j 2 02.03.06, 18:13
      Konie były głodne i zgonione tak dalece, że co pewien czas ustawały. Nic
      dziwnego: koła zarzynały się w błoto po szynkle, a na drabiniastym wozie pod
      trochą olszowego chrustu, siana i słomy leżało samych karabinków sztuk
      sześćdziesiąt i kilkanaście pałaszów, nie licząc broni drobniejszej. Były to
      wcale niezłe szkapy.: rosłe, podkasane, prawie chude, ale ze świetnej rasy
      pociągowej. Mogły jak nic robić dziesięć mil na dobę, byleby im pozwolić dobrze
      wytchnąć dwa razy i uczciwie je popaść. Konie należały do pewnego szlachetki z
      okolic Mławy. Stanowiły one znaczną część jego majątku, bo posiadał summa
      summarum trzy szkapy, jednakże pożyczał ich Winrychowi na każde
      zapotrzebowanie. Ten ostatni przychodził zazwyczaj późno w nocy, stukał do okna
      domostwa - wychodzili obydwaj z gospodarzem, wyprowadzali konie cichaczem, aby
      nie budzić parobka, wytaczali wóz i jazda! Letnią porą była to rzecz wcale
      łatwa - owa jazda. We dnie Winrych spał w gąszczach leśnych, a konie się pasły
      Teraz niepodobna było ani spać, ani popasać. Winrych liczył na to, że go ktoś
      zluzuje, zwłaszcza że najuciążliwsze posterunki i przeszkody szczęśliwie
      wyminął. Ale nie takie to już były czasy... Jeżeli kto jeszcze na tej ziemi
      walczył w całym i zupełnym znaczeniu tego słowa, to on, Winrych. On jeden
      jeszcze chodził po broń, jeden nie upadał na duchu. Gdyby nie on, i sama partia
      byłaby się od dawna rozleciała na cztery strony świata. Przez długi czas tych
      ludzi ściganych, głodnych, przeziębłych i wylęknionych wspierał swymi
      szyderczymi półsłowami i podniecał jak chłostą. Teraz, gdy już wszystko runęło
      na łeb w bezdenną jamę trwogi, on się, jak to mówią, zawziął. W miarę tego jak
      nie tylko do głębi nastrojów i sumień, ale do podstaw tak zwanej polityki
      rewolucyjnej wciskać się poczęta coraz bezczelniej i natarczywiej filozoficzna
      zasada: fratres! rapiamus, capiamus, fugiamusque - on czuł w sobie upór coraz
      zuchwalszy, coraz straszliwiej bolesny i już prawic szalony...

      • j.j.j 3 02.03.06, 18:14
        Gdy tak zmoknięty, głodny i bardzo znużony brnął przy wozie, poczęło, jakoby
        wraz z zimnem, wsiąkać w niego uczucie nędzy. W kieszeni nie miał już ani
        okruszyny chleba i ani kropli wódki we flaszce. Dziurawe buty, absolutnie
        wzięte (jeżeli, notabene, był w nich milimetr rzemienia zasługujący na to, aby
        był absolutnie czy tam inaczej brany), nie mogły być przyczyną owego uczucia
        nędzy. Nie sam głód również i nie samo zimno je wywoływało. Ale po śladach,
        zostawionych na błocie przez te dziurawe buty, szła za Winrychem ironia
        spostrzeżeń, owa bieda okrutna, co nie waha się wtargnąć do miejsca świętego
        świętych, co odważnie, jak plugawy lichwiarz, bierze w szachrajską swą rękę
        bezcenne klejnoty ludzkiego ducha i drwi z ich wartości ubierając tę podłość w
        najlogiczniejsze sylogizmy.

        - Wszystko przełajdaczone - szepce Winrych pogwizdując - przegrane nie tylko do
        ostatniej nitki, ale do ostatniego westchnienia wolnego. Teraz dopiero wyleci
        na świat strach o wielkich ślepiach, ze stojącymi na łbie włosami i wypędzi z
        mysich nor wszystkich metafizyków reakcji i proroków ciemnoty. Czego dawniej
        nie ważyłby się jeden drugiemu do ucha powiedzieć, to teraz będą opiewali
        heksametrem. Ile w człowieku jest zbója i zdrajcy, tyle z niego wywleką na
        widok publiczny, ukażą i ku czci oraz naśladowaniu podadzą. I pomyśleć, że to
        my taki sprawiliśmy postęp wyobrażeń, ponieważ przegraliśmy...

        Mocniej zacisnął pas wełniany, osłonił piersi sukmaną i ruszył dalej,
        zwiesiwszy głowę. Czasami ją podnosił i mówił przez zęby:

        - Psy parszywe!

        • j.j.j 4 02.03.06, 18:14
          Deszcz ostry nacichł i siał tylko ów pył wodny, nieustanny, zawieszający tuż
          przed okiem jakby nieprzejrzystą zasłonę. Podmuchy wiatru szalały dokoła wozu,
          gwizdały między sprychami, wydymały długie poły sukmany i targały koszulę na
          Winrychu.

          Za zasłoną mgły dał się nagle postrzec jakiś ruch jednostajny, równoległy do
          ledwie widocznego horyzontu. Mógł to być szereg wozów, stado bydła albo -
          wojsko.

          Winrych patrzał przez chwilę, przymrużywszy powieki. Doznawał takiego wrażenia,
          jakby ktoś zagiął palec pod żyłę krwionośną w jego piersiach i wydzierał ją na
          zewnątrz.

          - Moskale... - wyszeptał.

          Dał koniom po siarczystym bacie, ściągnął lejce, zawrócił prawie na miejscu i
          zaczął uciekać. Nie chciał, a raczej nie mógł odwrócić głowy, ażeby się
          obejrzeć poza siebie i zbadać, co się tam dzieje. Zdawało mu się, że umknie na
          bok nie postrzeżony. Nieszczęście chciało, że miejsce było gołe i puste w
          promieniu wiorst kilku.

          Uciekający wóz spostrzeżono. Z szeregów postępującego wojska odłamała się grupa
          jeźdźców, wysunęła przed front i pomknęła co koń skoczy. Winrych, patrząc już
          na to zjawisko, nie mógł zrozumieć, czy ci ludzie sadzą ku niemu, czy się
          oddalają w kierunku przeciwległym. Dopiero zobaczywszy chorągiewki przy
          schylonych lancach i łby końskie, zorientował, się dobrze. Wtedy krew szarpiąca
          się w jego pulsach - jakby stężała i stanęła w biegu... Zatrzymał konie, omotał
          dokoła luśni parciane lejce i namyślał się, co wywlec z wozu do obrony: pałasz
          czy sztucer nie nabity?

          Zanim wszakże cokolwiek przedsięwziąć zdołał, machinalnie zbliżył się do
          zmordowanych koni swoich i zaczął jednemu z nich zdejmować kantar ze łba i
          ściągać chomąto, jakby z zamiarem puszczenia na wolność tych towarzyszów
          niewoli. Czyniąc to, na chwilę przytulił się do szyi końskiej i westchnął.

          Ośmiu ułanów rosyjskich na pięknych gniadych koniach dopadło wozu i w mgnieniu
          oka ze wszystkich stron go otoczyło. Jeden z nich, nie mówiąc ani słowa, począł
          zrzucać lancą suche gałęzie oraz snopki kłoci i sondować głąb wozu.

          Gdy grot dźwięknął uderzywszy o lufy sztucerów - żołnierz poklepał Winrycha po
          ramieniu i mrugnął na towarzyszów. Tamci sięgnęli po karabinki założone na
          plecy. Winrych stał na miejscu jak przedtem, obejmując ramieniem kark konia.
          Usta mu się skrzywiły wzgardliwie i w sercu zsiadło się nie to męstwo, lecz
          pogarda, pogarda bezbrzeżna, pogarda wszystkiego na tej ziemi.

          - Ty do czyjej partii to wiozłeś? -zapytał go ów rewidujący. - Głupiś! -
          odrzekł Winrych nie podnosząc głowy.

          - Do czyjej partii to wiozłeś? Słysz, polaczyszka! - Głupiś!

          - To nie chłop - rzekł do podwładnych starszy, z naszywką na ramieniu - to
          powstaniec.

          - Głupiś! - rzekł Winrych patrząc w ziemię. - Bierz psiego syna! - wrzasnął
          żołdak.

          • j.j.j 5 02.03.06, 18:15
            Dwu z nich odsadziło się natychmiast o kilkadziesiąt kroków i szybkim ruchem
            nastawiło lance poziomo. Skazany spojrzał na nich, gdy mieli ukłuć konie
            ostrogami, i zaraz, jak małe dziecko, zasłaniając głowę rękami, cichym,
            szczególnym głosem wymówił:

            - Nie zabijajcie mnie...

            Zerwali się w skok z miejsca zgodnym susem i wraz go przebili. Jeden ohydnie
            rozpłatał mu brzuch, a drugi złamał dekę piersiową. Trzeci ułan odjechał o
            kilkanaście kroków i gdy dwaj pierwsi, wyrwawszy lance i splunąwszy, usunęli
            się na bok, wziął na cel głowę powstańca. Pociągnął za cyngiel wtedy właśnie,
            gdy nieszczęsny zsunął się w bruzdę. Kula, przeszywszy czaszkę naręcznego
            konia, zabiła go na miejscu. Zwierzę stęknęło żałośnie i padło bez tchu na nogi
            konającego Andrzeja. Żołnierze zsiedli z koni i zrewidowali puste kieszenie
            sukmany. Rozgniewani o to, że Winrych wypił wszystką gorzałkę, rozbili butelkę
            na jego czaszce i podarli mu ostrogami policzki. Na głos sygnału, wzywającego
            ich do powrotu, wskoczyli na siodła i nabrawszy z wozu po kilka sztuk dobrych
            pałaszów belgijskich odjechali za oddziałem, który zanurzył się już we mgłę i
            szarugę. Dowódca szwadronu ścigał forsownie jakiś topniejący oddziałek
            powstańczy, toteż nie miał czasu zawrócić po broń zostawioną w polu na wozie
            Winrychowym. Tymczasem deszcz rzęsisty puścił się znowu i na małą chwilę ocucił
            powstańca.

            Powieki jego, zaciśnięte przez ból i popłoch śmiertelny, dźwignęły się i oczy
            po raz ostatni zobaczyły obłoki. Usta mu drgnęły i wymówiły do tych chmur
            szybko pędzących ostatnią myśl

            "...Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom..."

            Wielka nadzieja nieśmiertelności ogarnęła umierającego, niby przestrzeń bez
            końca. Z tą nadzieją w sercu umarł. Głowa jego wygniotła w błocie dołek, do
            którego teraz spływać poczęły maleńkie strumyki i tworzyły coraz większą
            kałużę. Krople, trzepiąc w nią, wzbijały duże, wysoko wzdęte bańki,
            rozpryskujące się w nicość tak szybko i zupełnie, jak ludzkie święte złudzenia.
            Zabity koń stygł szybko na zimnie, a pozostały przy życiu szarpał się w
            zaprzęgu tak gwałtownie, jakby go kto smagał rzemiennym batem. Nagle pochylił
            się przez dyszel, przez martwego towarzysza i obwąchał głowę Winrycha. Skoro
            poczuł trupa, ślepie mu krwią nabiegły, grzywa na karku wzburzyła się dziko,
            szarpnął się w tył, potem cisnął naprzód całym korpusem, bił nogami w ziemię i
            wierzgał na wszystkie strony w takiej furii, że tylna jego noga wpadła między
            sprychy przedniego koła wozu. Szarpnął ją z całej mocy i okropnie złamał
            powyżej pęciny. Ból wprawił go we wściekłość tym większą. Rozjuszony,
            wściekłymi skokami rzucać się począł. Kość pękła na dwoje w taki sposób, że
            ostry i jak nóż śpiczasty jej kawałek przebił skórę i coraz bardziej, wskutek
            targania, ją okrawał.

            • j.j.j 6 02.03.06, 18:15
              Dopiero nazajutrz rano pluchota bić przestała, choć wiatr wcale nie ucichł.
              Chmury leciały wysoko, poprzedzielane głębiami cieniów o kształtach
              dziwacznych. Pod wiatr i jakby na spotkanie obłoków ciągnęły już stadami, już
              pojedynczo kruki i wrony. Podmuchy wichrów odnosiły je i odpychały na powrót,
              nieraz zabawnie wyłamywały im skrzydła do góry albo kamieniem ciskały ku ziemi.
              Nad padliną w polu leżącą ptactwo krążyć poczęło, zniżało lot usilnie i po
              długim mocowaniu się z wichurą siadało na zagonach z daleka.

              Koń żyjący wciąż stał ze złamaną nogą, zamkniętą między sprychami. Wyciągnąć
              jej dla wielkiego bólu już nie usiłował. Obnażona kość przy każdym poruszeniu
              zaczepiała się o drzewo i krajała skórę.

              Ujrzawszy wrony, powolnymi kroki, z nogi na nogę postępujące ku wozowi, koń
              zarżał. Zdawał się wołać na ludzi osiadłych, na plemię ludzkie:

              - O ludzie nikczemni, o rodzie występny, o plemię morderców!...

              Krzyk ten rozlegał się nad pustą okolicą i ginął w szalonym głosie wiatru,
              tylko na chwilę wstrzymując postęp trupojadów. Wrony z wielką rozwagą, taktem,
              statkiem, cierpliwością i dyplomacją zbliżały się, przekrzywiając głowy i
              uważnie badając stan rzeczy. Szczególnie jedna zdradzała największy zasób
              energii, żądzy odznaczenia się czy nienawiści. Było to może zresztą po prostu
              namiętne odczuwanie interesów własnego dzióba i żołądka, czyli, jak
              przywykliśmy mówić, odwagi (co "było dawniej paradoksem, ale w nowszych czasach
              okazało się pewnikiem..."). Przymaszerowała aż do nozdrzy zabitego konia, z
              których sączył się jeszcze sopel krwi skrzepłej, okrytej błoną rudawą. Bystre i
              przenikliwe jej oczy dojrzały, co należy. Wtedy bez namysłu skoczyła na głowę
              zabitej szkapy, podniosła łeb do góry, rozkraczyła nogi jak drwal zabierający
              się do rąbania, nakierowała dziób prostopadle i jak żelaznym kilofem palnęła
              nim martwe oko trupa. Za przykładem śmiałej wrony ruszyły się jej towarzyszki.
              Ta preparowała żebro, inna szczypała nogę, jeszcze inna rozrabiała ranę w
              czaszce. Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta (należy jej się
              tytuł wrony "tej miary"), co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska
              wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha,
              przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się
              zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego
              powstania.

              Nim wszakże skosztowała warcholskiego mózgu i zdążyła osiągnąć tak zwany tytuł
              do sławy, spłoszył ją nowy przybysz, co zbliżał się niepostrzeżenie, chyłkiem,
              podobny do dużej, szarej bestii. Nie był to wcale poetyczny szakal, lecz
              człowiek ubogi, chłop z wioski najbliższej. Na działku, który odtąd miał do
              niego należeć na zawsze, znalazły się trupy - szedł tedy zabrać je stamtąd.

              Bał się srodze Moskali, toteż prawie pełzał na czworakach. Paliła go żądza
              poucinania rzemieni i podniecała słodka nadzieja znalezienia jeszcze, pomimo
              lustracji żołnierskiej, żelastwa, postronków i odzieży na trupie. Stanąwszy
              wreszcie nad zwłokami Winrycha, począł kiwać głową i wzdychać - potem ukląkł na
              ziemi, zdjął kaszkiet, przeżegnał się i zmówił głośno pacierz.

              Wyrzekłszy ostatnie amen, już z błyskiem pożądliwości w oczach, rzucił się
              przede wszystkim do kieszeni i zanadrza i począł szukać trzosa. Nic tam już nie
              znalazł. Obdarł tedy trupa z sukmany, szmat zgrzebnych, zzuł mu buty, zabrał
              nawet zbłocone onuczki, owinął tymi łachmanami część broni i szybko się w
              oddalił. Po upływie godziny wrócił, aby zabrać resztę zdobyczy. Około południa
              przyprowadził parę koni i wyprzągł konia kalekę. Obejrzawszy jak najstaranniej
              jego przetrąconą nogę, przyszedł do wniosku, że jest zepsutą zupełnie. Trzeba
              było szkapę na nic niezdatną udusić. Założył jej też, nie zwlekając, linkę na
              kark, przywiązał ją do wagi od orczyków, wlokącej się za parą jego koni, plunął
              w garść i popędził je, tnąc z całej mocy. Konie nagle szarpnęły, pętlica
              zdusiła gardziel skazańca i zwaliła go na ziemię. Za chwilę jednak moriturus
              zerwał się i pobiegł cwałem za ciągnącą go parą, stąpając ostrym szpicem nagiej
              piszczeli po błocie i po kamieniach.

              • j.j.j 7 02.03.06, 18:15
                Chłop spojrzał i aż zakrył sobie oczy z obrzydzenia. Zaraz odwiązał linkę i dał
                pokój egzekucji. Zaprzągł konie do wozu i odjechał. Po południu zjawił się z
                kozikiem i zdjął skórę z konia zastrzelonego przez ułanów. Została tylko do
                wzięcia skóra na koniu jeszcze żywym. Chłopowina medytował, roztrząsał sprawę i
                rozpatrywał ją z rozmaitych punktów. Mógłby zdechlaka zarznąć kozikiem i
                załatwić całą rzecz za jednym zamachem, ale nie chciało mu się "paprać"
                moralnie i fizycznie. Z drugiej strony - bał się nie na żarty, aby ktoś w nocy
                nie zakradł się cichaczem, nie zatłukł szkapy i skóry z niej nie ściągnął.
                Koniec końców, tknięty jakimś skrupułem, rzekł do leżącej:

                - Ej - a dychaj se tu... I tak na jutro na rano kopyta wyciągniesz. Spracowałem
                się. Pan Jezus miłosierny pobłogosławił mnie grzesznemu... Może i nikt nie
                widział, może i nie przyjdzie po skórę. Dobre i to. Dychaj se tu, niebogo,
                dychaj...

                Na uboczu względnie do tego kierunku, w jakim zdążał Winrych, były w równym
                polu doły kartoflane. Ponieważ okazało się, że grunt przepuszczał wodę do
                wnętrza tych dworskich piwnic zimowych, więc przeniesiono je w inne miejsce, a
                jamy owe chwastem zarosły. Krzaki berberysu zagaiły ich dno i ściany. Belki
                ocembrowania pozapadały się wraz z bryłami gliny, tworząc lochy i katakumby,
                pełne teraz wodnistego błota. Do jednej z tych dziur zaciągnął włościanin nad
                wieczorem trupa powstańca i zwłoki konia obdartego ze skóry. Zepchnął je
                pospołu do jednego lochu, uwikłał żerdzią między dylami i zielskiem i narzucił
                z wierzchu trochę gliny, aby tego żeru wrony nie wytropiły.

                Tak bez wiedzy i woli zemściwszy się za tylowieczne niewolnictwo, za szerzenie
                ciemnoty, za wyzysk, za hańbę i za cierpienie ludu, szedł ku domowi z odkrytą
                głową i z modlitwą na ustach. Dziwnie rzewna radość zstępowała do jego duszy i
                ubierała mu cały widnokrąg, cały zakres umysłowego objęcia, całą ziemię barwami
                cudnie pięknymi. Głęboko, prawdziwie z całej duszy wielbił Boga za to, że w
                bezgranicznym miłosierdziu swoim zesłał mu tyle żelastwa i rzemienia...

                Nagle w śmiertelnej ciszy jesiennego zmroku przeleciało nad ziemią rozpaczliwe
                końskie rżenie. Chłop się zatrzymał i nakrywszy oczy dłonią od blasku, patrzał
                pod zachód słońca.

                Na tle zorzy liliowej widać było konia, wspartego na przednich nogach. Miotał
                łbem, wykręcał go w stronę grobu Winrycha i rżał.

                Trzepały się nad tym żywym trupem, wzlatywały, spadały i krążyły wron całe
                gromady. Zorza szybko gasła. Zza świata szła noc, rozpacz i śmierć.

    • Gość: coraz cieplej Re: "Rozdzióbią nas kruki, wrony" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.03.06, 21:00
      Mnie tam nie rozdzióbią.
      Kto przepisuje na forum przygnębiające teksty?
      Uczniowe gimanazujum w ramach omawianej lektury?
    • wmro Re: "Rozdzióbią nas kruki, wrony" 03.03.06, 19:42
      Nie rozdziobią nas kruki
      ni wrony, ani nic!
      Nie rozszarpią na sztuki
      Poezji wściekłe kły!

      Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo;
      Niechybnie brakuje tam nas!
      Od stania w miejscu niejeden już zginął,
      Niejeden zginał już kwiat!

      Nie omami nas forsa
      ni sławy pusty dźwięk!
      Inną ścigamy postać:
      Realnej zjawy tren!

      Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo;
      Niechybnie brakuje tam nas!
      Od stania w miejscu niejeden już zginął,
      Niejeden zginał już kwiat!

      Nie zdechniemy tak szybko,
      Jak sobie roi śmierć!
      Ziemia dla nas za płytka,
      Fruniemy w górę gdzieś!

      Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo;
      Niechybnie brakuje tam nas!
      Od stania w miejscu niejeden już zginął,
      Niejeden zginał już kwiat

      autor: Edward Stachura

      A ja dziękują za wrony na forum, na wronach wyrastała moja młodoość, zarówno na
      wronach literackich jak i tych zjawiających się w teleranokowy czas, i wronach
      najważniejszych dla mnie - podróżnych - stachurowych.
      • white.falcon Re: "Rozdzióbią nas kruki, wrony" 04.03.06, 01:43
        A ja na witrynie księgarni widziałam tytuł napisany ciurkiem: "Nie rozdziobią
        nas kruki, wrony i inne opowieści". Śmiałam się jak dzika, bo co, jak co, ale
        opowieść napewno nikogo nie rozdziobie. :-)
        • Gość: * Re: "Rozdzióbią nas kruki, wrony" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.03.06, 11:32
          Już po zaborach,
          dlatego nie rozdziobią.
          • white.falcon Re: "Rozdzióbią nas kruki, wrony" 05.03.06, 19:08
            To co - rozdziobią teraz nas kaczki? Też mi perspektywa. :-(

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka