j.j.j
02.03.06, 18:13
1
Ani jeden żywy promień nie zdołał przebić powodzi chmur, gnanych przez
wichry. Skąpa jasność poranka rozmnożyła się po kryjomu, uwidoczniając
krajobraz płaski, rozległy i zupełnie i pusty. Leciała ulewa deszczu,
sypkiego jak ziarno. Wiatr krople jego w locie podrywał, niósł w kierunku
ukośnym i ciskał o ziemię.
Ponura jesień zwarzyła już i wytruła w trawach i chwastach wszystko, co żyło.
Obdarte z liści, sczerniałe rokiciny żałośnie szumiały, zniżając pręty aż do
samej ziemi. Kartofliska, ściernie, a szczególniej role świeżo uprawne i
zasiane, rozmiękły na przepaściste bagna. Bure obłoki, podarte i
rozczochrane, leciały szybko, prawie po powierzchniach tych pól obumarłych i
przez deszcz schłostanych.
Właśnie o samym świcie Andrzej Borycki (bardziej znany pod przybranym
nazwiskiem Szymona Winrycha) wyjechał zza pagórków rajgórskich i skierował
się pod Nasielsk, na szerokie płaszczyzny. Porzuciwszy zarośla, trzymał się
przez czas pewien śladu polnej drożyny, gdy mu ta jednak zginęła w kałużach;
ruszył wprost przed siebie, na poprzek zagonów.
Przez dwie noce już czuwał i trzeci dzień wciąż szedł przy wozie. Buty mu się
w rzadkim błocie rozciapały tak misternie, że przyszwy szły swoim porządkiem,
podeszwy swoim porządkiem, a bose stopy w zupełnym odosobnieniu. Bardzo
przemókł i przeziąbł do szpiku kości. Któż by zdołał poznać w tym obdartusie
byłego prezesa najweselszej pod księżycem konfraterni tak zwanych śrubstaków,
dawnego Jędrka, króla i padyszacha syren warszawskich'? Włosy mu porosły "w
orle pióra", paznokcie "w dzikie szpony", chodził teraz w przepoconej
sukmanie, żarł chciwie razowiec ze sperką i żłopał gorzałę z taką naiwnością,
jakby to była woda sodowa z sokiem porzeczkowym.