meduza4
09.05.06, 15:21
Historia krótka: jadąc przez kilka godzin pociągiem fajnie gadało mi się z
facetem, a tak z 10-15 lat starszy, żonaty, dzieciaty. Ale do pogadania w sam
raz. No więc wymieniliśmy się numerami telefonów... i trzy dni później
zapomniałam o całej znajomości.
Za kilka dni sms... Taki jeszcze normalny. Za kilka dni kolejny: z buziakami.
Potem następny... już całkiem nienormalny... No i dzisiaj dzwoni mi telefon,
pan oznajmia, że jest właśnie teraz przejazdem koło mojej miejscowości i
chciałby się ze mną spotkać. To się tłumaczę, że jestem w pracy (prawda), że
nie wiem do której tu posiedzę (prawda) bo mam robotę (prawda), plus wszelkie
bzdety klecone na biegu w stanie kompletnego zaskoczenia.
Na to on genialnie wymyślił, żebym mu podała adres to przyjedzie do mnie do
domu o jakiejkolwiek godzinie z tej pracy bym nie wróciła!!!
Na lokal publiczny w ogóle nie reflektował. I Bogu dzięki, że w tej chwili coś
nas rozłączyło, bo już czułam, że trzeba będzie stawiać sprawę jasno i ostro.
Przezornie wyłączyłam komórkę. Może do niego dotrze, że na tyle mnie
propozycja zdziwiła, zniesmaczyła i wystraszyła, że nie mam ochoty go widzieć,
a jak nie dotrze to przynajmniej będę wiedziała, że następnym razem muszę
postawić sprawę jasno, bo pewnie przejazdem to on tutaj jeszcze będzie od
czasu do czasu.
Ale swoją drogą dziwi mnie, co facetom odbija, że niektórzy od zwykłego
przegadania 3 czy 4 godzin w pociągu, chcą się błyskawicznie wpraszać do domu
o bliżej nieokreślonej godzinie i w bliżej nieokreślonym celu.