Dodaj do ulubionych

Do sióstr i braci borderków - problem pustki

23.06.12, 09:51
Kochani a jak u Was z tym poczuciem pustki?
Jak Wy to odczuwacie? Jak sobie z tym radzicie?
Jak myślicie z czego się bierze ta nasza pustka? Z odcinania się od uczuć? Z wciąż za małych wrażeń i doznań?

Myślę, że pustka jest u nas wiodącym problemem. Myślę, że nasza chwiejność może wynikać z tego, że my sobie z tą pustką nie radzimy. Ja już od tej pustki wolę rozpierduchę, przyznam szczerze i może dlatego prowokujemy czasem różne sytuacje?
Obserwuj wątek
    • babalaba Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 23.06.12, 10:12
      Dla mnie pustka to czarna dziura. Znam to uczucie.
      Ile tam nie wrzucisz, nawet echem się nie odbije.
      Nienasycenie, bez ukojenia, ból bez zrozumienia, i nic nie działa.

      Ja już mam lepiej, zaczęłam przyjmować dary od świata, zamykać dziury w sobie.
      I ostatnio poczułam, że o pustkę się otarłam w moim wewnętrznym kosmosie. I że nie zassało mnie do końca, że zmniejszyło się kosmiczne czarnej dziury przyciąganie.

      Lecz się, pomaga.
    • niunka2828 Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 23.06.12, 17:53
      u mnie jest ciagla pogon za emocjami, ktore zagluszaja wewnetrzna pustke. Kiedy mam wielkie dawki adrenaliny wtedy dopiero czuję się sobą. Zwykłe zycie doprowadza mnie do depresji. I jak sobie radze z pustka? Odpwiedz brzmi: WCALE. Nie odczuwam wewnetrznego spokoju, czuje chec zaspokojenia tej pustki, ale nie mam pojecia z czego ona wynika. Czuję się jakby rozrywana we wszystkie strony.
      • czita88 Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 23.06.12, 20:54
        j.w.
        +
        Tęsknię za tym co było & marzę o tym co będzie.
        Żałuję tego co się wydarzyło (milion akcji, decyzji i słów) & lękam się tego co jeszcze przede mną, jestem pełna obaw.
        Mam wrażenie, że to co robię tu i teraz nie ma najmniejszego sensu, nic nie da. Nic nie pomoże, nic nie zmieni. Ostatnio to dotyczy już niemal wszystkiego. Nie chcę poznawać ludzi, facetów, kupować ciuchów (i tak mam beznadziejną samoocenę) czy czegokolwiek, nawet pić mi się zbytnio nie chce, bo wiem jak będę się potem czuła. Już mało co pozwala mi się "zawiesić" i nie myśleć.

        Nie wiem skąd jest ta pustka, ale pamiętam, że czułam się tak chyba od zawsze, przynajmniej miałam mnóstwo takich chwil. Patrzenie przed siebie, nieobecność, zamykanie się w sobie, odpływanie myślami, fantazjowanie. PAmiętam takie chwile z przedszkola, gdy nie chciało mi się bawić z nikim, tylko siedziałam i czekalam aż to się skończy. Ten hałas, wrzask, i cholerne wyobcowanie. Co oni robią, z czego się cieszą, dlaczego ja tak nie potrafię?

        W kontaktach z innymi ludźmi zawsze czuję się oceniana. Dziwna. Niepasująca. Zbędna. Takie piąte koło u wozu. I czuję wstyd.
    • perfekcjonizm Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 24.06.12, 13:22
      A wiięc mamy podobnie.

      Wiecie? Ja myślę, że tę pustkę może wypełnić taka ciepła opiekuńcza miłosć i akceptacja, jakby rodzicielska trochę, taką miłość dawał mi mój terapeuta. Tak to czułam. Często powtarzał mi, że ma dużo serca dla mnie a ja czułam się wtedy jak tulone do matczynej piersi dziecko.

      Bardzo mnie to koiło. Mój terapeuta był dla mnie bardzo stanowczy niekiedy, ale szczególnie traktował mnie z ogromną troską i wyrozumiałością.
      Być może dlatego, że ja też bardzo się starałam i chciałam być pilną uczennicą i pacjentką.

      Trzeba nam mnóstwo akceptacji, własnej i innych. Minęło wiele lat zanim zaczęłam przyjmować dobro od mojego terapeuty. Wcześniej byłam bardzo nieufna i byłam przekonana, że mnie zostawi, odejdzie, opuści.

      Ta nasza pustka to w takim razie też ogromny deficyt zaufania do innych osób.
      Pustka to ciągła niepewność, to brak stabilnego oparcia.

      Szukajmy oparcia i akceptacji, uczmy się ufać. Choć to takie trudne.
      • brz_a_sk Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 24.06.12, 16:34
        też mi się tak wydaje, że dla borda taki bezinteresowny stabilny, ciepły, nadskakujący ale wymagający spokój jest dobry z granicami nie do przekraczania;
        usłyszeć od borda - że od tego jest łagodniejszy to chyba coś :-)


        • spaprany Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 24.06.12, 21:47
          acha, a jak wyobrażasz sobie, droga Brzasku, granice nie do przekraczania? Przecież wiesz, jak to wygląda. Jeżeli ktoś chce - przekroczy i "nic mu nie zrobisz!". Zwłaszcza jak z przekraczania granic zrobi się sobie ostoję niezależności, władzy i kontroli.
          Bo co można zrobić? Co może zrobić partner? Poprosić raz? Nie zadziała. Poprosić drugi - nie zadziała. Poprosić trzeci i przypomnieć o dwóch pierwszych - zadziała na chwilę albo trochę dłużej. Postawić warunek - wściekłość, nie zadziała w dwójnasób. Ryzyko rozstania - nie robi wrażenia.

          Dziecku rodzic może stawiać warunki, bo jest od niego zależne. Dorosły człowiek jest niezależny. A dorosły człowiek, któremu się zmieniają priorytety co kilka godzin lub dni nie liczy się z niczym. "Wiedziałem że tak będzie... znowu zepsułem... znowu straciłem..." - przychodzi później.

          Wszystko ładnie i pięknie, szkoda że tylko w teorii i na piśmie. Dla osoby zaburzonej często gęsto potrzeba kontroli, "bycia na wierzchu" i niezależności jest na samej górze piramidki. Może nawet przed jedzeniem i siusianiem. Wtedy z deptania granic robi się rytualny zwyczaj, narzędzie do testowania cierpliwości/siły miłości partnera i generator emocji.
          Już ktoś tutaj o tym pisał, może nawet nie raz: stawianie granic generuje zniechęcenie, uległość to słabość i pociąga za sobą brak szacunku, litość, obrzydzenie, znudzenie i koniec.



          • brz_a_sk Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 25.06.12, 00:05
            ja sobie wyobrażam; to jest decyzja i na pewno charakter, doświadczenie i wybór;
            dzięki temu znam borda z najlepszej strony;
          • czita88 Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 25.06.12, 01:02
            Hmmm. A może nie chodzi o samo stawianie warunków i granic, ale bardziej o to KTO je stawia? W sensie JAKI partner?

            Warunków stawianych przez człowieka/rodzica niepanującego nad sobą, niekonsekwentnego, uległego czy nietraktującego Cię poważnie, zmiennego nie bierze się serio. Bpd/dziecko słucha, potakuje, a wie i myśli swoje, uśmiechając się pod nosem :]. "Przejdzie mu i będzie jak zawsze"... "Zrobię raban i mi ulegnie", itp. Może nawet nie myśli tego dosłownie, ale to czuje i wie. Ma to z tyłu głowy.

            Co innego jak jest autorytet, jakaś powaga, rzeczowość, rozmowa i traktowanie się poważnie (a nie hasła wykrzykiwane w powietrze w czasie awantury :/), ustalenia. Czytałam, heh, że jak się z dzieckiem coś ustala, to powinno mu się dać choć najmniejszy wybór, pole do własnej decyzji, możliwość wpływu. Żeby czuło się ważne, zaangażowane. Że należy je pytać o zdanie, o to co czuje, co myśli. My się chyba często czujemy lekceważeni. Lub może kiedyś si etak czuliśmy i już zostało. Ja nnp mam cholerną za przeproszeniem k*rwicę gdy ktoś mi mówi co ja czuję/myślę czy jakie miałam motywy. Po prostu wpadam w furię. Heh. Wiem, że robię to samo :/, zarzucałam facetom najgorsze myśli itp. Bo chyba chciałam, żeby protestowali, patrzyłam jak reagują na zarzuty. Zamiast pytać.

            Chciałam jeszcze napisać, że wg mnie najlepszą postawą jest (taka pozorna?) lekka obojętność. Gdy kochamy, a druga strona nie szaleje za nami, tak jak my za nią, to gdy postawi warunki, chętnie (hmmm no na pewno chętniej, niż gdy stawia je ktoś ubóstwiający nas ponad wszystko i na wszystko się zgadzający) się dostosujemy, byle zyskać jego sympatię, zyskać w jego oczach, nie przegrać sprawy... Jesli nas szanuje i traktuje dobrze (lecz nie zbyt dobrze), bo jesli traktuje źle, to niech sobie w dupę wsadzi te warunki...

            Hmmmm. Gdy dziecko widzi, że dobrym zachowaniem potrafi wpłynąć na rodziców (jest uśmiech, pochwała czy cokolwiek), a złe ma przykre konsekwencje, to czegoś się uczy, prawda? A jeśli rodzice mają tylko "swoje sprawy", wyładowują na nim swoje humory, używają do walki między sobą, zniżają się do jego poziomu jak ich nagle najdzie i nienawidzą też nie wiadomo dlaczego, gdy traktują jak coś bez mózgu, bez woli, bez duszy, bez k*rwa oczu, jak zostawiają same sobie, jak nie rozmawiają, lekceważą, nie dzielą się uczuciami (złymi czy dobrymi), nie wyjaśniają, tylko każą jeść, iść do siebie, zamknąć się, uczyć i spać, jak nie okazują sobie nawzajem uczuć tylko walczą ze sobą, jak głupsze i zupełnie niezrównoważone dyryguje mądrzejszym i rozsądniejszym robiąc przy tym z siebie ofiarę (świat stoi na głowie), jak o niczym nigdy nie rozmawia, to jak tu się k*rwa ma człowiek czegoś nauczyć ;( ?
            Tu już nawet nie chodzi o umiejętność kochania, ale o zdolność do bycia kochanym, do przyjmowania miłości, akceptowania jej, nie doszukiwania się drugiego, trzeciego dna, do zaufania, do wiary w uczucie drugiej osoby.

            Hmmm a w ogóle, to jednak myślę, że to beznadziejna sprawa wchodzić w związki z nami. Trzeba złotego środka, od samego początku (bo nagła zmiana postawy też nie jest traktowana powaznie, przynajmniej przeze mnie), trzeba wyczucia, cierpliwości, pewności siebie, dojrzałości, odpowiedzialności, wyrozumiałości, odporności na ciosy, stabilnej psychiki. Trzeba być chodzącym ideałem aby mógł się udać związek z niedojrzałym, nadwrażliwym, niestałym, uciekającym przed zaangażowaniem, bliskością i odpowiedzialnością manipulantem... Po co to komu :(.
            • ykrastek Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 25.06.12, 10:14
              Po tym co napisała czita, ale nie tylko, gdyż w wyniku lektury całego forum i wypowiedzi osób z problemem BPD - doszedłem do stanowiącego punkt zwrotny przekonania, iż o tym co czują i myślą oraz w jakim stopniu są świadome bordy (a są świadome - zwykle w postaci późniejszej refleksji - prawie wszystkiego co robią, w tym także własnej destrukcji, sabotowania związku etc) - my ich partnerzy nie dowiadujemy się prawie nigdy od naszych bliskich z BPD, lecz dopiero z takich źródeł jak to forum. Dlaczego to co powinno być treścią poważnie traktowanego związku (rozmowa, wyjaśnianie co się czuje lub czuło, mówienie o tym, co spowodowało taką a nie inną reakcję, tłumaczenie istotnych dla mnie spraw drugiej osobie we mnie zakochanej itd....) jest możliwe na tym forum - a nie jest możliwe w związkach tworzonych przez osoby z BPD? Przez brak szacunku do partnera (w wyniku braku szacunku do samego siebie)? W wyniku skupienia się tylko na samym sobie (jako na tym mało empatycznym "pępku emocjonalnego świata") : "tylko ja cierpię, a on z pewnością nie"? Czy też w wyniku nie panowania nad mechanizmami obronnymi (psychika zaczyna tworzyć "obronnie" negatywny, wadliwy obraz partnera osoby z BPD)? Może właśnie dlatego te niby poważne związki z osobami BPD są takie burzliwe i w efekcie nietrwałe...? W każdym razie wszystkim bordom korzystającym z terapii należy się wielkie uznanie, jeszcze większe gdy robią to po to aby przestać krzywdzić najbliższą osobę lub własne dziecko. Inna rzecz, że z pewnoscią znaczną większość wśród osób z BPD są osoby nigdy nie diagnozowane, czyli także nie korzystające z terapii. Wejście w związek z taką osobą kończy się często bardzo traumatycznie..., nawet jeśli miłość była wielka, związek trwał długo a bliskości wcale nie było zbyt dużo. Inni potrafią przezwyciężać wiele - bordy zamiast tego często spuszczają "za siebie" bombę atomową, nie rozumiejąc jakby, że to jeszcze bardziej druzgocze partnera i wcale nie spowoduje jego nienawiści - gdyż zrodzi u niego wielką traumę i nieufność do ludzi i życia... Coś czego nigdy w sobie nie miał. To jest szok, a na podanie ręki nie ma co liczyć...
              • niunka2828 Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 25.06.12, 11:42
                ja tam nie wiem..kiedys w moim pierwszym powaznym zwiazku nie klocilam sie z partnerem, byl spokoj ale kiedy zaczal wchodzic mi na glowe...niby nie robiac awantur ale wbilam mu do glowy ze jest tepym niezaradnym zyciowo zalosnym czlowiekiem . Teraz cierpi na depresje, od 2 lat (czyli rozstania ze mna) nie pracuje, pije.... dopiero teraz to widze..zniszczylam go, zniszczylam mu zycie. Chociaz moze on i tak ponioslby kleske?
                • spaprany Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 25.06.12, 12:17
                  A daj spokój.. Ty zniszczyłaś, bla-bla-bla. Zdejmij z siebie tę bolesną odpowiedzialność: sam sobie niszczy życie i jeżeli ktoś mu może pomóc to on sam.
                  Zrozum: komuś o stabilnym poczuciu własnej wartości NIE DA SIĘ wbić do głowy, że jest taki a nie inny. To tak nie działa. Lwu nie wmówisz, że jest myszą, choćbyś gadała dekadę bez przerw. Może być ewentualnie tak, że przy Tobie akurat dostał świadomość swoich słabości. A co z tą świadomością teraz robi: jego pieprzona sprawa. Mógł się wziąć za jaja i się mozolnie budować. Wybrał chlanie - nie on jeden.

                  Każdy odpowiada za siebie. Przegrywają ci, którzy sobie pobłażają, tłumaczą wszystkie swoje niepowodzenia wszystkim dookoła, uciekają od siebie samego, bo tak wygodniej. Pewnie, że wygodniej, ale to taka ucieczka jak chomik w kółku. Nagle człowiek się orientuje, że jest w tym samym miejscu, a jest bardziej zmęczony życiem niż ci, którzy w tym samym czasie zrobili tysiąc kroków do przodu ;)
                  • ykrastek Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 26.06.12, 15:41
                    Spaprany, na tym właśnie polega problem borderline, że można najsilniejszej osobie (parnerowi) zniszczyć psychikę, sprowadzić do absolutnego zera jego poczucie własnej wartości, uczynić z jego życia samospełniającą się prognozę. Człowiek emocjonalnie zmaltrnetowany przez kochaną osobę - borda, zadziwiająco biegłego w te klocki - sięga dna, niezależnie od tego jak wielkim był optymistą przez kilkadziesiąt lat swego życia, jak wiele osiągnął i jak wiele zbudował. Taka jest destrukcyjna "moc" bordów i tych z diagnozą i tych przed nią uciekających. Niektórzy z partnerów bordów tego po prostu (jeszcze?) nie doświadczyli. Gdybym sam tego nie doświadczył - nigdy nie uwierzyłbym w to jak można w wyniku czyichś nadużyć aż tak się załamać, nie mając nagle (jak nigdy dotąd) oparcia w samym sobie, w dodatku niszcząc to co w życiu mozolnie latami zbudowane. Kwestionowałbym to wówczas racjonalnie, podobnie jak spaprany. Im więcej nas wiąże w życiu z bordami - tym większa trauma, szok i sponiewieranie, tym większy kaliber bomby zrzuconej za siebie przez borda, który ucieka w ogniu oskarżeń i nadużyć, uprzednio uzyskując dla siebie samego wszystko co się da...
                    • spaprany Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 26.06.12, 16:08
                      "Taka jes
                      > t destrukcyjna "moc" bordów i tych z diagnozą i tych przed nią uciekających."

                      No dobrze. A takich w trakcie terapii? Albo po terapii?
                      ykrastek, bord bordowi nie równy. Różny jest rozmiar lęku, różny stopień zniszczeń, różna motywacja i różna reakcja na różne bodźce. Fakt, to nie wygląda zbyt optymistycznie i o tym wiem. Nie planuję dzieci, wspólnego mieszkania, kredytów i małżeństwa. Mam sporo pracy nad sobą, nie dlatego, że "zbliżyłem się do borderki". Dlatego, że sam mam swoje z domu.

                      Współczuję Ci Twojej historii, tak jak współczuję wszystkim pozostawionym, wykorzystanym, zdeptanym, rozjechanym. Czytam, biorę pod uwagę i... idę swoją drogą :)
            • spaprany Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 25.06.12, 13:28
              "> Co innego jak jest autorytet, jakaś powaga, rzeczowość, rozmowa i traktowanie s
              > ię poważnie (a nie hasła wykrzykiwane w powietrze w czasie awantury :/), ustale
              > nia."

              Czita, pliiiiz... o czym Ty mówisz? Ile razy udało Ci się przeprowadzić poważną, rzeczową i spokojną rozmowę na poważne tematy? Ile razy padły ustalenia i obowiązywały dłużej niż kilka dni? Potrafisz się do czegokolwiek zobowiązać, cokolwiek obiecać, ustalić jedną malutką jebaną zasadę i się jej trzymać?

              "Gdy kochamy, a druga strona nie szaleje za nami, tak jak my za n
              > ią, to gdy postawi warunki, chętnie (hmmm no na pewno chętniej, niż gdy stawia
              > je ktoś ubóstwiający nas ponad wszystko i na wszystko się zgadzający) się dosto
              > sujemy, byle zyskać jego sympatię, zyskać w jego oczach, nie przegrać sprawy..."

              Moja partnerka ma w takim razie zupełnie inną konstrukcję pod tym względem. Nigdy za nią nie szalałem, nie biegałem, nie nadskakiwałem - ale nigdy, przenigdy nie było mowy o stawianiu warunków. Ona nie ma czegoś takiego jak "nie przegrać sprawy". Przegrać sprawę w jej słowniku to oddać chociaż mikron władzy. Pozwolić mi na podjęcie jakiejkolwiek decyzji.
              Nie wiem, może jest jeszcze ze 3x bardziej niedojrzała, niż Ty, ale dla niej "postawić na swoim" to najważniejsza rzecz na świecie.
              Nie jestem typem faszysty-dyktatora, ale nie widzę opcji, żeby kobieta prowadziła związek i podejmowała wszystkie decyzje dotyczące nas dwojga (zwłaszcza kobieta tak niedojrzała), więc regularnie są starcia. Czasami trudno uwierzyć, że to nie jest złośliwe działanie, serio. Jakby hasłem przewodnim było "właśnie że nie będzie tak, jak ty chcesz, a nawet będzie odwrotnie!". Nawet jakby to była najlepsza decyzja z możliwych, jeżeli tak będzie, bo musi tak być - to będzie, owszem, ALE trochę inaczej! Chociaż troszeczkę, żeby tylko przypadkiem nie było od początku do końca po mojemu.

              Nie wiem, może właśnie przez to, o czym piszesz tak jest? Może rodzice całe życie decydowali za nią, nie pozostawiali jej wyboru, nie pytali o zdanie i teraz dlatego tak pilnuje kurczowo tej władzy? Bo się obawia, że jak na chwilę odpuści znowu będzie sterowana, ubezwłasnowolniona i pozbawiona praw, nie będę się liczył z jej zdaniem?

              "Trzeba złotego środka, od samego początku (bo nagła zmiana postawy też nie jest traktowana powaznie, przynajmniej przeze mnie), trzeba wyczucia, cierpliwości, pewności siebie, dojrzałości, odpowiedzialności, wyrozumiałości, odporności na ciosy, stabilnej psychiki. Trzeba być chodzącym ideałem aby mógł się udać związek z niedojrzałym, nadwrażliwym, niestałym, uciekającym przed zaangażowaniem, bliskością i odpowiedzialnością manipulantem..."

              Jakoś daleko mi do ideału, w tej relacji zmieniałem front wiele razy i wcale się tego nie wstydzę. Ja nie mam obowiązku "od samego początku" orientować się w zakamarkach najbardziej zawiłej duszy, z jaką kiedykolwiek było mi dane obcować. Trudno natychmiast poznać kogoś, kto od zarania dziejów biega w masce i strzeże swojej prawdziwej natury za wszelką cenę.

              Jest jeszcze jedna kwestia - chodzące ideały mają w dupie dozgonne kiełznanie dzikiego ogiera, serio. Taka jest smutna prawda, nie raz to było tutaj wałkowane, w różnych wątkach. Zdrowy emocjonalnie człowiek (a zwłaszcza ideał) - próbuje poważnie porozmawiać raz, potem drugi a za trzecim dziękuje za uwagę. Zdrowy emocjonalnie człowiek angażuje się proporcjonalnie do zaangażowania potencjalnego partnera. Zwłaszcza ideał. A ideał w dodatku nigdy, przenigdy nie uzależnia się od drugiej osoby, nie wchodzi w związek tak bardzo głęboko, żeby trwać w tym związku pomimo wszystko. Ideał nie potrzebuje szarpaniny emocjonalnej i nieustającej walki, to mu nie potrzebne do szczęścia, a umie eliminować ze swojego życia "składniki", które nie rozwijają akcji, a są jedynie kulą u nogi.

              Że nie wspomnę o tym, że Wy same/sami macie w dupie ideałów, bo to przecież nuuuuda :)

              Lista warunków, które trzeba spełnić, żeby dostąpić łaski uczestnictwa w Waszym świecie (a i to zawsze z jedną nogą za drzwiami) jest zaiste imponująca. Wciąż powstaje pytanie: co w zamian? Za tę cierpliwość, oparcie, wyrozumiałość, akceptację, przyjaźń i wszystko inne?
              No, odpowiedź też znamy: tam, gdzie jest miłość nie ma miejsca na pytanie "co w zamian", prawda? I tak w kółko ;)
              • czita88 Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 25.06.12, 14:53
                spaprany napisał:

                "A ideał w dodatku nigdy, przenigdy nie uzależnia się od drugiej osoby, nie wchodzi w związek tak bardzo głęboko, żeby trwać w tym związku pomimo wszystko. Ideał nie potrzebuje szarpaniny emocjonalnej i nieustającej walki, to mu nie potrzebne do szczęścia, a umie eliminować ze swojego życia "składniki", które nie rozwijają akcji, a są jedynie kulą u nogi."

                No właśnie o ten paradoks mi chodzi. Szukamy czegoś, na co nie zasługujemy. Szukamy pełnej akceptacji i zrozumienia, nie akceptując siebie samych ani słabości drugiej strony. Nie tylko słabości, w ogóle nie akceptujemy jej zachowania, bo ma być tak jak my to widzimy i już. Nie mówiąc o zrozumieniu ;P. Czy nawet o chęci zrozumienia. Wystawiamy na milion prób, testujemy, sami oblewając wszystko co się da, partacząc każde wyzwanie. I nie widzimy tego. Wymagamy od drugiej strony, nie od siebie. Nie wiem co wy w nas widzicie/widzieliście :D, mnie by to normalnie do szału doprowadzało.

                "> Czita, pliiiiz... o czym Ty mówisz? Ile razy udało Ci się przeprowadzić poważną
                > , rzeczową i spokojną rozmowę na poważne tematy? Ile razy padły ustalenia i obo
                > wiązywały dłużej niż kilka dni? Potrafisz się do czegokolwiek zobowiązać, cokol
                > wiek obiecać, ustalić jedną malutką jebaną zasadę i się jej trzymać?"
                >

                No w sumie to nie przypominam sobie. Raczej ja stawiałam warunki.. Spokojnej rozmowy o związku to w ogóle nie pamiętam. Zawsze są emocje, wyolbrzymianie, ironia, zarzuty, złość, itp. A obiecywałam przede wszystkim SOBIE. I nawet siebie mam w dupie.

                No, ale przynajmniej napisałam co Z PEWNOŚCIĄ nie odniesie skutku.
                Heh, no w sumie to mi najlepiej wychodzi. WYOBRAŻANIE sobie. Idealnego związku, rozmów, partnera, życia. Robię to non stop. I tyle.

                A z tą "władzą" i kontrolą, to nie mam chyba takiej obsesji. Chociaż może jeszcze tego nie widzę. Wydaje mi się, tak pamiętam, że raczej imponowało mi, gdy facet stawiał na swoim i już (jeśli nie było to totalną głupotą). Nawet, jeśli w pierwszej chwili wkurzało, jeśli na mnie nakrzyczał, uniósł się, to i tak wychodziło mu na plus, bo widziałam, że ma swoje zdanie, że wie czego chce. Przynajmniej on.. JEśli jeszcze potrafił mi wyjaśnić, dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, to juz w ogóle super. Bo "bo tak" nie załatwia sprawy. Takie zachowanie wydaje mi się być milion razy lepsze, niż ciągłe zwalanie decyzji, wyboru na mnie. Ciągłe "Na co masz ochotę?", "Co chcesz dziś robić?", "Gdzie chcesz jechać?", "Jak wolisz" itp. jest dla mnie cholernie irytujące.
              • basiulek5 Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 02.09.12, 21:10
                Tylko jest problem w tym,że masz własny klucz do pojmowania miłości i mieszasz go z kluczem zaczerpniętym z podreczników.Wg.takiego schematu myślowego zawsze bedziesz kochasł osoby,które cię odrzucają i zawsze bedziesz nieszczęsliwy,wsciekły,gotowy do ataku lub dywersji w sytuacji,gdy poczujesz,ze zaczynasz sie angazowac.
                Zrób z tym porzadek,bo szkoda zycia.
                Idz na terapię,zaryzykuj przeczekanie swojego lęku pod opieką profesjonalisty.Zobaczysz,że się uda.Trzymam kciuki.
    • brz_a_sk Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 25.06.12, 16:17
      to miał być wątek dla bordów - szepnę
      sama dorzuciłam 3 gr ale nieśmiało :-)

      chyba nie powinniśmy się tu wchrzaniać

      a swoją drogą poczytałabym o przerobieniu nieborda na borda - da się?
      to takie proste zmienić się
      :P
      • spaprany Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 25.06.12, 16:23
        No cóż, jestem jak gdyby "bratem borderki", to się wchrzaniłem ;)

        Ale fakt, zrobił się solidny offtop.

        Żeby nawiązać do tematu głównego - też mam swoją pustkę i też swoje sposoby na redukcję tej pustki. Też latam w towarzystwo, pijam, czasami wystarczy film, a czasami po prostu "muszę wyjść" gdziekolwiek, żeby nie siedzieć sam ze sobą - a co. Wolno mi.
        • perfekcjonizm Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 25.06.12, 21:19
          a piszcie sobie do woli.

          Choć szczerze przyznam męczą mnie te Wasze gadki o nieszczęśliwych związkach, bla bla bla.
          To forum nie powinno nazywać się Borderline tylko "Partnerzy BPD", bo głównie tu o tym mowa.

          Wyżalacie się, wylewacie żale. Ja celowo nie biorę w tym udziału, ba nawet nie czytam tych przydługich komentarzy.

          Co Wy wiecie o nas, o mnie? Nawet nie majcie pojęcia jaki kawał życia i forsy poświęciłam na to by być tu gdzie jestem. Kosztowało mnie to sporo. I kosztuje nadal.
          Ponieważ postanowiłam żyć samotnie i tak już od lat.

          Po co tu się nad tym wszystkim roztkliwiać, rozpisywać. Tu potrzeba decyzji, konkretnych posunięć. Nie chce się kobicina leczyć, nie chce zmieniać zachowania, to po co na nią psioczyć? Iść w swoją stronę i cześć i do widzenia.

          Ale Wy musicie przy nas trwać. Po co tylko pytam? Boję się o tym pisać, wstydzę, ale wydaje mi się, że zwyczajnie brzydzę się mężczyzn, którym nie starczyło odwagi by wziąć swoje życie w swoje ręce i żyć.

          Wybaczcie, mi za ton, ale to pierwszy wpis tego typu, dość ostry. Generalnie mam problem ze złością i jej nie czuję.
          • spaprany Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 26.06.12, 01:09
            "Co Wy wiecie o nas, o mnie? Nawet nie majcie pojęcia jaki kawał życia i forsy poświęciłam na to by być tu gdzie jestem. Kosztowało mnie to sporo. I kosztuje nadal.
            Ponieważ postanowiłam żyć samotnie i tak już od lat."

            No, takie nasze największe przewinienie - partnerów. Że nic nie wiemy i o niczym nie mamy pojęcia.

            Pewnie masz rację, tu powinien być zakaz wjazdu dla "zdrowych", a na wstępie powinno się przesyłać skan kwitka z diagnozą. Wtedy byście wszyscy sobie pięknie popłakiwali poklepując się po plecach. Przerzucalibyście się swoimi definicjami pustki, nienawiści, ścigali w barwnych opisach niemocy, kryzysów i żali po stracie. Taki miałby być sens i cel tego forum?

            Postanowiłaś żyć samotnie - żyj. Twój wybór. Może nigdy nie trafiłaś na nikogo, kto spróbowałby Cię zrozumieć i dałby radę zaakceptować, a może pomimo krociowych inwestycji nigdy nie starczyło Ci siły na to, żeby kogoś dopuścić dość blisko? Nawet nie napiszę Ci "wyluzuj" - bo to Twoje forum. Borderów. A mi stąd wara, jestem tu na gościnnych występach. A teraz wypad, bo jestem za normalny, za aktywny i za głupi, żeby coś zrozumieć.

            Teraz Ty wybacz mi ten ostry wpis i to, że kalam to forum przydługimi komentarzami. Kocham moją kobietę i wiem, że ona kocha mnie. Tyle że, wyobraź sobie, jakoś niewiele mówi o tym, co się u niej w głowie dzieje. Coraz więcej i chyba pierwszy raz w życiu, ale wciąż jakby niewiele. Gdyby nie wymiana zdań tutaj może wiedziałbym dużo mniej, rozmawiał z nią dużo mniej umiejętnie, ona nie powiedziałaby nic a ja zrezygnowałbym dużo wcześniej. Może nie poszłaby do psychologa jeszcze wiele lat albo i nigdy, byłaby samotna i zgorzkniała dużo bardziej, a ja poszedłbym uśmiechnięty dalej ze świadomością "kurwa, jak dobrze, że rzuciłem to rozchwiane gówno, taki mam teraz spokój". Tak byłoby okej? Wtedy mniej byś się brzydziła?

            To nie istotne, czy ja z nią będę jeszcze tydzień, czy do śmierci. Istotne jest to, że coś idzie do przodu i dopóki idzie, dopóty to ma sens. To, że uczymy się siebie nawzajem i przy sobie poznajemy siebie. To nie musi być na całe życie, ale ten związek w moim przekonaniu jest dużo bardziej wartościowy, niż niejeden szczęśliwy, bo spokojny związek "zdrowych ludzi". Kwestia spojrzenia. Nigdy w życiu nie będę sadził barwnych opisów, jak to zaburzona laska "zniszczyła mi życie", bo biorę pełną odpowiedzialność za moje decyzje. W tym za tę relację.

            A kto bardziej wylewa żale: my pisząc przydługie komentarze, korespondując z Wami czy Ty poddając w wątpliwość sens jakichkolwiek związków wszystkich borderów świata na podstawie reprezentatywnej próbki "pomimo krociowych inwestycji czasu i pieniędzy samotne z wyboru życie perfekcjonizmu" - kwestia dyskusyjna.

            A może to nie do mnie? Bo moja "kobiecina" się leczy. I co teraz? Być pomimo wszystko, bo się leczy? Czy decyzje i konkretne posunięcia? "Leczysz się, kobiecino i gówno z tego wychodzi! Nawet nie wiesz, jaki kawał życia i forsy poświęciła inna kobiecina, żeby być tu, gdzie jest no i ona twierdzi, że i tak wszystko bez sensu! Na pewno zaraz postanowisz żyć samotnie, więc odchodzę!". Tak dobrze?

            A może tak więcej tolerancji i akceptacji? To forum naprawdę aż tak nie tętni życiem, żebyś musiała poświęcać kolejne bezcenne godziny, by oddzielić ziarno od plew.

            No nic, tak czy owak - rozumiem. Wszak "zrozumienie" ćwiczę od dawna. Walcz, perfekcjonizmie, życzę Ci jak najlepiej. Nie chcesz - nie czytaj bidolenia partnerów, nic prostszego. To tylko kilka ksyw, zapamiętaj i omijaj.

            Jeżeli tak zadecydowałaś - walcz w samotni i pozwól walczyć innym. Nie oceniaj wszystkich swoją miarą. Też mógłbym powiedzieć "brzydzę się tymi, którzy piszą tomy o swoim nieszczęściu zamiast wciąć się za jaja i bezwzględnie zwalczyć swoje słabości! Po co tu się nad wszystkim roztkliwiać, rozpisywać? Rozwiązywać problemy, a nie bla bla bla!".

            Czytałem o cudach i znam osobiście przypadki, w których wiara uczyniła cuda. Znam szczęśliwe pary, które przeszły wszystkie burze świata i są razem. Pozwól, że powierzę jeszcze trochę w mój związek.
            • perfekcjonizm Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 26.06.12, 06:27
              hej spaprany,

              Wczoraj miałam zły dzień. Jeśli Cię/kogoś uraziłam przepraszam. Plus tego wszystkiego taki, że postanowiłam wejść w dialog, w obszarze czegoś z czym... hmm widać mam dużą trudność, tj. pisaniu o związkach.

              Ogromny jest ten mój lęk przed byciem z kimś i być może tak łatwo przychodzi mi pisanie o tym jakie to proste kopnąć swoją partnerkę w tyłek, bo jest chora.

              A być może to zazdrość, że moi mężczyźni nie poświęcili mi tyle uwagi na choćby takich forach jak to i pozwolili bym ich odrzuciła. Nie wiem.

              To pierwszy mój wpis tego typu tutaj. Bardzo boję się o tym pisać. O tym co tak naprawdę myślę, bo nie wiem co myślę. Wszystko zepchnęłam w nieświadomość.

              Cieszę się, że poświęcasz swojej partnerce tyle uwagi, choć mam wrażenie, że jesteś już bardzo tym zmęczony, tą walką. Czy ty chodzisz na jakąś terapię wsparciową jako partenr osoby z bpd?

              Jeszcze raz za wszystko przepraszam.
              Miłego dnia.
              • spaprany Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 26.06.12, 13:37
                hej hej,
                nie mam do Ciebie żalu. Bardziej mi przykro, że odnajduję Cię w takiej kondycji.

                Powiem Ci tak: nie zawsze "tyle uwagi" dobrze robi. Wydaje mi się, że za dużo tej uwagi, za bardzo grzebię, analizuję i zgłębiam, dlatego chyba w porę przerzuciłem tę bezcenną uwagę na siebie i skupiłem się na swoich deficytach. Ona się za bardzo boi, ja za bardzo potrzebuję, chciałbym za blisko. Ją przekonałem do terapii, teraz zajmuję się sobą. Wiem, że jedyna droga do budowy związku to symetryczna naprawa, jej i moja.

                To nawet trudno nazwać związkiem, tę relację. Mentalnie - jesteśmy bardzo związani, owszem, czuję się bardzo z nią i wiem, że ona się czuje bardzo ze mną. Wiem, że nikt nie podszedł bliżej, a ona przed nikim nie otworzyła się bardziej. Pod takim względem to jest związek że ho-ho. Do związku w potocznym tego słowa znaczeniu sporo brakuje, od zawsze :)

                Owszem, bywa bardzo gorąco, są jazdy, bo muszą być. Mam taką naturę, że nie umiem zamiatać pod dywan i milcząco znosić, nie tłamszę w sobie. Trudno być ojcem rozbrykanej dziewczynki, ale to naprawdę idzie do przodu. Potrafi przeprosić, przyznać się przed sobą i przede mną do tego i owego. Dużo myśli, pewnie więcej, niż przez wiele ostatnich lat. I mówi. Minęło mnóstwo czasu zanim zaczęła mówić. Nawet jeżeli wciąż mówi mało - bardzo to doceniam bo wiem, ile to ją kosztuje.

                Czy jestem zmęczony - bywam bardzo zmęczony, ona nie mniej. Są okresy ciszy, separacje, konieczne pitstopy na regenerację, odpoczywamy od siebie dość regularnie. Chyba dzięki temu wciąż zachowujemy do siebie szacunek, a to jest podstawa. Przestałem się szarpać w walce o jakąś super-bliskość bo wiem, że nie tędy droga. Zwyczajnie teraz nie jest na to gotowa. Liczę się z tym, że albo będzie - albo nie i koncentruję na tym, żeby nie robić sobie z niej i z tej relacji tlenu. Przyjąłem filozofię cokolwiek stoicką, nie naciskam, nie katuję, nie wyrywam kolców temu jeżu. Albo sam schowa, albo nie, mój wpływ na to jest ograniczony. Przecież paradoksalnie więcej można zrobić cierpliwością i akceptacją, niż nerwowymi ruchami. Więcej czynami, mniej słowami.

                Wyciągam z tej relacji maks dla siebie, uczę się kiełznać emocje, pracuję nad cierpliwością i samostanowieniem, autonomią, bo wiem, że mam z tym spory problem. I dopóki tego nie zmienię - zawsze będę miał ten problem, z nią czy z kim innym. To MÓJ problem i zabiorę go wszędzie, w każdą relację. Co do tej relacji wiem jedno: jeżeli pozwolę jej na zbyt duży wpływ na mnie i mój komfort - przepieprzymy. Ona nie może czuć, że jestem od niej zależny bo wpada w panikę. Ja nie pozwalam sobie na to, żeby być zależnym od niej, bo tak zdrowiej dla nas obojga.

                Grupa wsparcia? Ona jeszcze nie ma diagnozy, a ja sam jestem sobie grupą wsparcia. Mam przyjaciół, mam pasję, mam forum (dziękuję Wam) i jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej :) Przecież to proste: są dwie drogi. Albo potrzebowaliśmy siebie tu i teraz, żeby zrobić cholernie ważny krok do przodu i to wszystko, albo trafiliśmy na siebie po to, żeby zrobić ten krok razem, wytrwać i być razem. Jeżeli będzie nam coraz lepiej razem, będziemy coraz bardziej świadomi, nauczymy się siebie i siebie nawzajem a uczucie przetrwa - będziemy razem i nic tego nie zmieni. Jeżeli nie będziemy umieli być razem - nie będziemy razem i tego też nic nie zmieni. Nie ma powodów do paniki. Co nam grozi? Jeżeli będziemy osobno, to na pewno bardziej wartościowi i o krok bliżej swoich wewnętrznych szczęść.

                Nie ma złej opcji, każda z dróg jest piękna i przy odpowiednim podejściu bardzo budująca.
                • perfekcjonizm Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 28.06.12, 06:24
                  Hm... nie wiem co napisać. Bardzo to wszystko przeżywasz, bardzo kochasz swoją partnerkę. Doceniasz to co razem stworzyliście mimo przeciwności. Fajnie.

                  Tylko dziwne, że ona nie ma diagnozy jeszcze a Ty już ją zdiagnozowałeś. No tak czy inaczej, nie liczy się numer choroby a objawy. No a objawy jak piszesz są dość uciążliwe i przypominające bpd. Może to i to.

                  Tak jak pisałam wcześniej, trudno mi pisać na temat relacji damsko męskich, ale jakbyś miał jakieś pytania, pisz. Bo ja dużo przeszłam z moimi partnerami. A szczególnie oni ze mną.
    • brz_a_sk Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 26.06.12, 16:28
      jak ci pomóc? - nie wiem, nie ma mnie

      nie należy zakładać, że pozna się, że zrozumie się
      nie należy nic zakładać

      i nie można się rozpuścić

      fajnie kiedy nie przepraszacie - ale piszecie tak miałem/am
      a reszta nie to, że rozumie - przyjmuje do wiadomości, że tak bywa

      swoją drogą ciekawe jak bord widzi mnie
      bord na terapii uczy się być niebordem uczy się mnie-nieborda
      a może powinniśmy uczyć się rozumieć i być znośnymi a nie innymi?

      to wszystko jest tak zakręcone

      doceniać ludzi to wcale nie znaczy ich zmieniać, dopasowywać - czasem to znaczy być z nimi - nadążać choćby krok z tyłu

      ale rasowy bord ma odpały i wtedy trzeba być nieobecnym :-)
      jak być nieobecnym z partnerem - tego nie wiem

      bycie obok ciekawych ludzi nie musi być łatwe :-)

      nie narzekam na swoje decyzje :-)

      uczę się - bo chcę a jeśli bord skorzysta to odtańczę radosne ...
      • the-crawl Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 26.06.12, 23:24
        pustka odwieczny problem. alkohol seks adrenalina jedzenie tysiące hobby, praca, kasa, związki, małżeństwo i na końcu macierzyństwo miało ją wypełnić...nie wypełniło. powoli godzę się z tym, brakiem czegoś nieokreślonego, nawracającym brakiem sensu, potrzebą poszukiwania, dewaluacją siebie innych życia...powoli bo coraz łatwiej przychodzi mi kurczowe trzymanie się tego co tu i teraz tego co napędza zmusza do działania. pozwalam innym siebie kochać choć jeszcze nie tak dawno uważałam, że to niemożliwe, pozwalam sobie kochać innych, a myślałam, że nie potrafię, staram się odnajdować w stabilizacji chociaż część mnie krzyczy "NUDA" ale zamiast uciekać myślę o spotkaniu sprzed kilku tygodni z psychologiem u którego byłam na terapii kilka lat, a nie widzieliśmy się od ponad 6-ściu, bo te 60 minut rozmowy pokazało mi jak bardzo fajne jest to moje nudne życie i sama nie wierzę że to "mówię", ale jak bardzo normalne:)
        • brz_a_sk Re: Do sióstr i braci borderków - problem pustki 27.06.12, 17:01
          jaki cenny post
          dzięki,

          łapcie się babiego lata, czegokolwiek
          nie trwajcie spętani


Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka