juleczka1378
18.01.09, 22:13
Szczerze mówiąc, trudno mi pisać, jestem na tym forum pierwszy raz. Oczywiście mam borderline, czytam wasze wpisy, znam to wszystko od środka, mogłabym się podzielić wieloma odczuciami, doświadczeniami, ale nie mam siły, chyba jestem na etapie rezygnacji i poddania się. Po co powtarzać tyle słów już wypowiedzianych. Mam tylko pytanie, właściwie prośbę, aby porozmawiał ze mną ktoś, kto ma to samo, co ja - silnie rozwinięte borderline i silnie rozwiniętą chorobę alkoholową.
Mam 30 lat i nie mam nic. A mogłam mieć wszystko. Straciłam wielu Ukochanych, straciłam w pewnym sensie pięcioletniego syna, straciłam swoje mieszkanie, o mało nie straciłam doktoratu, który w zasadzie już kończę, ale nawet teraz nie mam pewności, czy mi się uda. Nie mam już nic swojego, swoich pieniędzy, a to wszystko przez moje emocje, rozedrganie, skrajności, poczucie pustki, odrzucenia i rozpaczy zapijane alkoholem i nieliczne chwile euforii, też zapijane alkoholem. I te alkoholowe ciągi, w których byłam kompletnie oderwana od rzeczywistości i przez które wszystko straciłam. Ale wiecie co? Ja kocham te alkoholowe stany, kocham te swoje haje, choć wszystko mi odebrały. Tylko wtedy moja dusza nie krzyczy, ja nie kłócę się ze sobą i na swój sposób jestem szczęśliwa. Ponad miesiąc temu rodzice zabrali mnie do siebie. Oni nie mają pojęcia co to jest borderline, dla nich jestem po prostu upośledzona psychicznie i najchętniej zamknęliby mnie do końca życia w jakimś zakładzie, ale przede wszystkim chodzi im o moje picie. Załatwili mi w szpitalu siedmiotygodniową antyalkoholową terapię zamkniętą od lutego, na razie jestem zamknięta pod kluczem w ich mieszkaniu, zabrali mi nawet telefon i dokumenty. To dla mnie męczarnia, bo dla mnie zawsze najważniejsza była wolność. Mogłabym wyjść przez okno, bo to parter, ale dokąd pójdę? Nie mam nawet grosza. Pocieszam się, że po terapii znajdę pracę i nie pozwolę już, żeby ktoś mi mówił, co mam robić. Jednocześnie przeraża mnie, że sama sobie nie poradzę. Ale muszę, choćbym miała spać na ulicy, nie wrócę tu, do rodziców. Codzienne wyzwiska i poniżanie. Muszę tylko obronić ten doktorat po terapii, szkoda by było pięciu lat ciężkiej pracy. Ale są chwile, jak np. teraz, kiedy obawiam się samej siebie. Że wbrew rozsądkowi nie przetrwam tego, że jutro, gdy ich nie będzie, wyjdę oknem, choć nie wiem dokąd, a powrotu już nie będzie, ale nie daję rady z emocjami, tak bardzo potrzebuję przestrzeni, ludzi i wolności i tak bardzo potrzebuję swojego alkoholowego stanu.
Boże, rozpisałam się, sama nie wiem po co, ale mam ochotę krzyczeć: niech ktoś mnie stąd uratuje!!