Dodaj do ulubionych

mój problem - nie umiem kochaći

03.08.09, 21:27
Napisanie na te forum to mój kolejny pomysł na walkę z moimi
problemami. Liczę na to, że napisze tutaj swoją opinię ktoś kto
przechodził przez podobne stany, podejmował jakieś decyzje i
zasugeruje mi jakieś rozwiązania.
Do rzeczy. Mam 34 lata. Ciężkie dzieciństwo, kompletne wyobcowanie z
towarzystwa rówieśników, duże problemy z byciem akceptowanym
przez „grupę”. Pierwsze ciężkie przeżycie dotknęło mnie w wieku 3
lat w prywatnym przedszkolu, do którego zostałem siłą wysłany przez
rodziców. To było piekło. Dość, że od tego czasu przez ponad 20 lat
jąkałem się. Potem były cały czas smutne przeżycia związane z
brakiem akceptacji: w szkole, na koloniach, obozach itp. Pojawił się
kompleks względem dziewcząt. Chciałem jakąś mieć, ale bałem się
nawet spróbować nawiązać jakąś relację. Moje pierwsze prawdziwe
doświadczenia seksualne miały miejsce w wieku 21 lat! Ten związek
okazał się kompletną klapą. Zostałem wykorzystany przez dziewczynę,
która chciała się zabawić a ja zakochałem się w Niej po uszy.
Ucieczką od problemów we wczesnym okresie życia okazał się sport.
Trenowałem wyczynowo różne dyscypliny od 8 roku życia. W jednej z
nich osiągnąłem całkiem niezły, międzynarodowy poziom. Wyobrażacie
mnie sobie teraz jako pierdołę. Otóż tutaj zaskoczenie. Przez lata
treningu spowodowałem, że ciała i sprawności fizycznej ludzie w moim
wieku mogą mi pozazdrościć. Ponadto mam doktorat i dobrze płatną
pracę. Uważają mnie za człowieka „sukcesu”. Kobiety się mną
interesują i uważają, że jestem atrakcyjny.
W wieku 25 lat ożeniłem się. Mam dwójkę dzieci w wieku 3 i 6 lat.
Moją obecną Żonę poznałem bezpośrednio po traumatycznym przeżyciu
związku ze wspomnianą wyżej dziewczyną. Nie zakochałem się w Żonie,
potrzebowałem natomiast kogoś na „otarcie łez”. Ze strony Żony
pojawiło się natomiast silne zaangażowanie. Po jakimś czasie okazało
się, że się rozumiemy i dobrze nam jest w swoim towarzystwie. Nazwał
bym to jednak bardziej przyjaźnią niż miłością-przynajmniej z mojej
strony. Dlatego też cały czas miałem wątpliwości co do małżeństwa.
Próbowałem się spotykać z innymi kobietami, ale po pierwszych
próbach nawiązania kontaktu „uciekałem wewnątrz siebie” i wracałem
do obecnej Żony. Po 4 latach narzeczeństwa uznałem, że pomimo braku
pewności i uczucia prawdziwej miłości jest odpowiednią osobą na
resztę życia. Przez kolejne kilka lat tak sobie żyliśmy. Byłem
wierny choć ciągle czegoś mi brakowało. Urodziła się pierwsza córka.
Nie sprawdziłem się w roli ojca-pomocnika. Żona została sama z
problemami macierzyństwa. Ja tylko pracowałem i przynosiłem
pieniądze. Nie potrafiłem inaczej. To, że nie okazywałem uczucia
Żonie wynikało z tego, że nie byłem pewien czy ją naprawdę kocham,
ale taki brak emocji zaobserwowałem także w stosunku do córki.
Męczyło mnie to, ale spychałem do gdzieś na skraj świadomości. Swój
stan zwalałem na trudną sytuację, stres i nie radzenie do końca ze
stawianymi sobie wyzwaniami (pomimo problemów osobowościowych, a
może właśnie dlatego jestem bardzo ambitny). Potem urodził się syn.
Z powodu wyrzutów sumienia związanych z nie zajmowaniem się córką
tutaj było lepiej. Jednak moja „dobra wola” wynikała z poczucia
powinności a nie z serca.
Dwa lata temu moi rodzice mieli wypadek samochodowy, w którym mama o
mało nie zgineła. Był szpital i dni niepewności. Po przeszło
miesiącu wszystko się jednak dobrze zakończyło. Jednak od tego
momentu zaczęły mnie nachodzić dziwne lęki związane z utratą pracy,
niepewność dotycząca przyszłości itp. Przez pewnego znajomego
dostałem się do psychiatry. To podobno dobry specjalista. Stwierdził
u mnie nerwicę i dał leki. Jednocześnie rozpocząłem psychoterapię.
Do dzisiaj tam chodzę, jednak wciąż do końca nie wiem w czym tkwi
problem. Oczywiście zniknęły lęki związane z pracą, natomiast mój
terapeuta uświadomił mi, że NIE KOCHAM ŻONY. Nie potrafię
zaakceptować tego foktu i strasznie mnie to męczy. Faktycznie nie
czuję miłości. Cały zeszły rok kombinowałem jak sobie trochę ulżyć.
Pojawiły się pomysły zorganizowania sobie kogoś „na boku”. To było
bardzo silne pragnienie, ale mu się oparłem. Dodam, że mój terapeuta
nie wartościował moich zachowań. Miałem podjąć „suwerenną decyzję”.
W maju tego roku zainteresowała się mną bardzo atrakcyjna kobieta.
Postanowiłem spróbować. Początkowo były maile, z którymi czułem się
nieźle bo miałem nadzieję na „jakąś zmianę”. Potem przyszła zdrada.
Po pierwszym razie czułem się okropnie. Jednak nie zerwałem tego.
Pomyślałem, że warto jeszcze spróbować bo może potem będzie lepiej.
Były kolejne spotkania. Przeżywałem piekło wewnętrzne w domu.
Kompletnie odsunąłem się od Żony. Od czasu pierwszego spotkania z
kochanką (w czerwcu) nie miałem seksu z Żoną. Nie mogłem się do Niej
zbliżyć. Pod koniec czerwca Żona pojechała z dziećmi na wakacje
(całe 2 miesiące-jak co roku). Kochanka wyjechała na miesięczny
urlop ze swoim mężem w połowie lipca. Teraz siedzę w domu sam.
Myślę, że zerwę z Nią bo to do niczego dobrego mnie nie doprowadzi.
Czuję, że potrzebuję Żony a z drugiej strony ciągle nie ma tego
właściwego uczucia. Nie umiem stwierdzić czy to jest miłość czy
jakiś rodzaj przywiązania czy coś innego. Na pewno nie potrafię żyć
z dwiema kobietami naraz (moja kochanka sobie z tym doskonale radzi).
Powiedzcie jakie macie w tym względzie doświadczenia? Mój terapeuta
twierdzi, że rozwód może spowodować piekło w moim życiu. Dopiero
wtedy poczuję samotność. Boję się samotności, potrzebuję miłości.
Twierdzi on także, że być może nie jestem już zdolny do odczuwania i
dawania miłości. Zniszczyły to jakoby moje traumatyczne
doświadczenia z dzieciństwa. Dla mnie to sytuacja beznadziejna. Mam
dom, dzieci, wszystko czego można sobie życzyć, ale nie czuję się
spełniony. Nie wyobrażam sobie dalszego życia w taki sposób. To
istne piekło.
Obserwuj wątek
    • rozchwianyr76 Re: mój problem - nie umiem kochaći 04.08.09, 12:58
      mam wiele wspólnego z Tobą: żonaty i dwójka dzieci, no i pewnie "borderline".
        Odczucie braku miłości do żony doznałem dzień po ślubie. Były też w okresie narzeczeństwa tego typu uczucia, lecz sprytnie to kamuflowałem przez aktorstwo (typowe dla BPD). Lecz mimo to trwałem dalej. Często dochodziło między nami do kłótni, zwłaszcza w weekendy, kiedy to nie musiałem iść do pracy, a każda próba zrealizowania jakiegoś wyjścia wspólnie kończyła się "klapą". Uciekałem od rzeczywistych relacji do czatowania. Myślałem o (wirtualnej) kochance, która miała mi mówić jaki to jestem wspaniały i zdolny.
        Lecz w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie radzę sobie sam z samym sobą i małżeństwem. Przez parę lat małżeństwa miałem wszystkich wokół siebie przeciwko sobie, a wirtualne znajomości zawodziły.
        Postanowiłem to zmienić. I nawet zaczęło mi się to udawać. Dostrzegałem poprawę relacji z żoną, dziećmi, rodzicami, zerwałem z kochankami na czacie, itd.
        Lecz niedawno pod wpływem paru niepowodzeń miałem nawrót do zaburzenia osobowości.
      • bodek1975 Re: mój problem - nie umiem kochaći 04.08.09, 14:31
        A chodzisz na jakąś terapię? Ja płacę gościowi 400 zł miesięcznie i
        nie czuję się lepiej. Nawet pytałem go o BPD bo w sumie trafiłem na
        tekst o tym schorzeniu około miesiąc temu. Nie skomentował tego na
        zasadzie: „tak, ma Pan to” lub „nie, ma Pan coś innego”. Ciągle mi
        mówi o odkryciu jakiejś przyczyny takich a nie innych zachowań,
        która leży gdzieś „pod spodem”. Stwierdził także, iż w czasie
        mojego romansu nic się nie da zrobić, bo moja głowa jest zajęta
        bieżącymi sprawami. Generalnie gość jest inteligentny i dość znany w
        środowisku. Jest również przewidujący. Kiedy zacząłem spotkania z
        kochanką, punkt po punkcie opisał mi jak to będzie wyglądało
        później. Zupełnie jak jakaś wyrocznia. Takie zdolności wciąż
        przekonują mnie by do niego chodzić, jednak brak wymiernych
        rezultatów jest załamujący. Na początku brałem również lek
        stimuloton, który hamuje wychwyt zwrotny serotoniny. Lek ten miał
        spowodować poprawę nastroju, jednak albo dawki były za słabe albo
        lek nie ten. Po pół roku stosowania zrezygnowaliśmy z niego. Miałem
        natomiast pełen obraz skutków ubocznych z zaburzeniami odczuć
        seksualnych na czele. Jeden stosunek z Żoną zajmował mi godzinę
        czasu bez przerwy! Miała tego dość, ja również.
        Podobnie jak u Ciebie potrzebowałem kogoś na boku by napompować
        swoje ego. Dawało to poczucie chwilowej ulgi. Teraz jednak, kiedy
        wiem że wszystko działa u mnie jak należy i w ogóle „jestem taki
        świetny” nie ma już co pompować. Superego wali mnie za to po łbie na
        zasadzie: „co Ty durniu robisz ze swoim życiem, co robisz Żonie i
        dzieciom?”. Decyzja o wycofaniu się z romansu w zasadzie zapadła,
        choć ostateczna rozmowa z kochanką jeszcze się nie odbyła (jest
        wciąż za granicą). Tymczasem czeka mnie urlop z Żoną, którego boję
        się jak cholera. Jak już doprowadzę to do końca (mam na myśli
        romans) nie wiem co zrobię dalej. Cieszę się, że jest chociaż druga
        osoba na świecie borykająca się z podobnymi problemami. Myślę, że
        warto co jakiś czas wymienić się doświadczeniami na temat jakiś
        skutecznych rozwiązań, jeżeli któryś z nas trafi na coś godnego
        polecenia (rodzaj terapii, lek itp.). Może znasz jakiegoś dobrego
        terapeutę, zajmującego się tymi sprawami? Może być prywatnie i tak
        za to płacę. Wprawdzie w opracowaniach na ten temat jest wyraźnie
        napisane, że wyleczyć się tego nie da, ale tonący brzytwy się
        chwyta. A może ktoś jeszcze dołączy się do naszej dyskusji?
        Pozdrawiam
        • rozchwianyr76 Re: mój problem - nie umiem kochaći 04.08.09, 16:11
          tak, korzystam z terapii.
          raz na miesiąc: indywidualnie,
          raz w tygodniu: w grupie (na razie szukam tej, która odpowiada mym oczekiwaniom).
          a także duchowe wsparcie.
          To daje mi pewne poczucie panowania nad moimi stanami acting-in, acting-out.
            Także jestem przed urlopem rodzinnym i sam jestem ciekaw, czy uda mi się wytrwać w trzeźwości.
        • czita88 Re: mój problem - nie umiem kochaći 04.08.09, 18:12
          Tak się przyglądam waszej wymianie zdań i wydaje mi się ona, i wasz
          sposób myślenia, bardzo rzeczowa, konkretna. Myślicie że wystarczy
          znaleźć dobrego terapeutę za nie wiadomo jakie pieniądze i problem
          się rozwiąże? Może warto porozmawiać z żoną, zastanowić się nad
          samym sobą, przemyśleć wszystko, skupić się na swoim życiu i
          pragnieniach a nie polegać tylko na słowach terapeuty i traktować
          ich jak wyrok. Piszesz że jesteś teraz sam, nie ma żony ani
          kochanki, może to dobry czas do przemyśleń i podejmowania decyzji. A
          zanim zdecydujesz się na rozwód bądź dalsze trwanie w małżeństwie to
          porozmawiaj poważnie i na spokojnie z żoną, przecież to jej dotyczy,
          to z nią tworzysz tak długi związek. Jej uczucia, opinia, są równie
          ważne, mogą ukazac ci wszystko z drugiej strony.

          Rozchwiany - piszesz że "miałeś nawrót do zaburzenia osobowości".
          Przecież to nie mija jak jakas infekcja tylko "siedzi" w nas do
          końca życia, można nauczyć się z tym żyć, złagodzić cierpienia
          lekami czy terapią, nauczyć się tworzyć związki i nie ranic innych
          ludzi. Ale bpd pozostanie częścią nas. Przynajmniej ja tak uważam.
          • urocza_diablica Re: mój problem - nie umiem kochaći 04.08.09, 19:02
            No nie wiem, chyba bym się nie zgodziła z pierwszą częścią tego co piszesz. Może
            właśnie problemem jest to, że się za dużo myśli, a to, że się wie o tym, że robi
            się źle nie sprawi, że przestaniemy. A poza tym co powiedzieć żonie?
            "Przepraszam kochanie, ale nie kocham Cię"? Chyba nikt by tego nie zrozumiał.
            Jeśli chodzi o terapię jestem podłamana brakiem widocznych rezultatów. Mój
            terapeuta też sprawia wrażenie nieźle ogarniętego w temacie i chyba dlatego
            chodzę do niego. Ale dalej ciężko mi się otworzyć i chyba jest mi wstyd mówić o
            pewnych rzeczach. Poza tym ciągle wychodzą nowe problemy i chyba to mnie
            przytłacza na tyle, że zaczynam wątpić sens terapii. Ale jest jedyną osobą, z
            która rozmawiam na ten temat no i na razie chodzę.
            Moja sytuacja jest inna niż wasza, nie mam męża, dzieci, ale niestety cały czas
            pakuje się w jakieś dziwne relacje, które mają pomagać mi budować poczucie
            własnej wartości. Różnie się to kończy, ale chyba nie jestem gotowa, żeby
            przestać. Tylko uwielbienie mężczyzn sprawia, ze się lepiej czuję ze sobą. A jak
            już utwierdzę się w przekonaniu, że dopięłam swojego nie są mi już potrzebni.
            Nawet jak już z kimś jestem to tylko perspektywa tego, że go zdradzam pozwala mi
            znosić tą osobę. To chore, ale chyba jakbym to teraz skończyła to koszty
            emocjonalne dla mnie były by wyższe niż dalsze trwanie w takiej sytuacji.
          • katha_ko Re: mój problem - nie umiem kochaći 06.08.09, 14:34
            czita88 napisała:

            > Przecież to nie mija jak jakas infekcja tylko "siedzi" w nas do
            > końca życia, można nauczyć się z tym żyć, złagodzić cierpienia
            > lekami czy terapią, nauczyć się tworzyć związki i nie ranic innych
            > ludzi. Ale bpd pozostanie częścią nas. Przynajmniej ja tak uważam.

            Nie zgadzam się. Zaburzenia osobowości są w 100% uleczalne - jeśli współpracuje
            się (a o tym ,czym jest współpraca można napisać TOMY książek - bo nie jest to
            "chodzenie na terapię", ani "radzenie sobie" z zaburzeniem) z kompetentnym
            terapeutą. Nie tylko można radzić sobie z zaburzeniem, można je całkowicie na
            zawsze wyleczyć, zintegrować osobowość, zmienić sposób myślenia i przeżywania.
            Dzięki długotrwałej efektywnej terapii. Polecam książkę Aleksandrowicza
            "Psychoterapia. Poradnik dla pacjentów" i "Uratuj mnie" R.Reiland.
        • katha_ko Re: mój problem - nie umiem kochaći 06.08.09, 14:29
          bodek1975 napisał:

          > A chodzisz na jakąś terapię? Ja płacę gościowi 400 zł miesięcznie i
          > nie czuję się lepiej.

          A kto się czuje lepiej płacąc komuś? :D

          CO zmieniłeś w sobie w trakcie terapii?
          Na czym polegała Twoja praca nad sobą?
          Ciężka, karkołomna, opatrzona bólami i kryzysami?

          > która leży gdzieś „pod spodem”. Stwierdził także, iż w czasie
          > mojego romansu nic się nie da zrobić, bo moja głowa jest zajęta
          > bieżącymi sprawami.

          Ma rację. Jedna sprawa. Warunkiem dobrej terapii jest powstrzymanie się od
          ważnych życiowych zmian podczas terapii. Czyli: zero rozwodu, ślubu, rzucenia
          pracy, ciąży, zerwania relacji. Tak samo z nawiązaniem relacji - mam na myśli
          Twoją kochankę. Oczywiście, człowiek jest tylko człowiekiem, i jak się zakocha,
          to nic go nie przekona ;) Ale nie daje się ukryć, że praca przy takich zmianach
          życiowych idzie bardzo opornie. A od innej strony: ważne zmiany życiowe, łącznie
          z e związkami, podejmowanie podczas terapii są obarczone takim ryzykiem:
          najprawdopodobniej są błędne i niekorzystne dla nas. Emocje podczas terapii są
          rozchwiane, myślenie zmienne, chaos, napięcie emocjonalne - i jak to podjąć
          mądrą racjonalną decyzję?
          Pozdrawiam
      • katha_ko Re: mój problem - nie umiem kochaći 06.08.09, 14:23
        rozchwianyr76 napisał:

        >   Lecz niedawno pod wpływem paru niepowodzeń miałem nawrót do zaburzenia o
        > sobowości.

        Nie ma czegoś takiego jak nawrót zaburzenia osobowości :) Jest nawrót objawów,
        który świadczy o tym, że zaburzenie ciągle jest obecne, niewyleczone. Bez
        wyleczenia przyczyn objawy będą się pojawiać w sytuacjach ujawniających te
        zaburzenia. Albo również bez widocznych przyczyn.
    • bodek1975 Re: mój problem - nie umiem kochaći 04.08.09, 21:47
      Dzięki Wam za to co piszecie. Widzę, że wreszcie ktoś rozumie o co
      mi chodzi. Wcześniej napisałem na jakimś forum dla zdradzonych, ale
      to była kompletna porażka. Chcieli skakać „po moim trupie”. Nazwali
      psychopatą i człowiekiem bez zasad… To naprawdę zabolało.
      Myślę „Urocza Diablico”, że gdybym nie trafił na taką osobę jak moja
      Żona to też bym nie miał stałego związku. Co by o Niej nie mówić to
      potrafi naprawdę wiele znieść i ma dobre serce. Teraz kiedy jestem
      uwikłany w ten romans widzę jak bardzo mi zależy, by mnie nie
      opuściła. Założę się jednak, że gdy rozstanę się z kochanką będę
      czuł pustkę i porzucenie. To taka sytuacja patowa. Równolegle myślę
      o nawiązaniu kolejnych romansów. Mam ochotę zabić się za to. Z moją
      obecną kochanką jest tak, że fazę „zdobywania mam już za sobą”,
      teraz chodzi chyba głównie o to, że podczas seksu z Nią (totalnie
      zwierzęcego) na chwilę zapominam o moich problemach. Zadziwiające
      jest jednak to, że zanim zdążę ochłonąć, dosłownie w sekundę „po”
      mam ochotę uciekać w panice od Niej. Ja też chodzę na terapię nie
      mając zbytniej nadziei na wyjście z problemów, ale ta godzinka jest
      jak dobra „półlitrówka”- bardzo skutecznie uspokaja na chwilę.
      Co do samego BPD mam cały czas wątpliwości czy nie szukam „w sobie
      choroby”. Nie pasuje mi jedna rzecz. Nie trawię sytuacji, kiedy ktoś
      nie akceptuje moich działań lub przez nie cierpi. Ci z BPD nie
      przejmują się chyba zbytnio cierpieniami innych? Dlatego też nie
      mogę pójść do Żony i powiedzieć: „Kochanie zdradzam Cię bo jestem
      chory psychicznie”. Skrzywdzę ją jeszcze bardziej. Moja znajoma
      powiedziała mi, że jej mąż się przyznał. Wybaczyła mu, ale uznała że
      to było zrzucenie części ciężaru na jej barki. Barki mojej Żony są
      jednak już bardzo słabe.
      Pozostałe symptomy pasują jednak jak ulał. Poza tymi wspomnianymi w
      pierwszym tekście, zdaję sobie sprawę że osiągnąłem w życiu o wiele
      mniej niż jestem w stanie. Co z tego, że w swoim środowisku uważają
      mnie za tego co to osiąga swoje cele. Ja wiem, że mogłem sprawdzić
      się w kategorii kilku klas wyżej- gdyby nie te moje lęki. Szanuję to
      co napisałaś Czita88, ale to nie jest takie proste. Rozmów z Żoną
      odbyłem już tysiące. Ona nie jest w stanie mi pomóc. Co więcej też
      ma problemy ze sobą (bliscy osób z BPD popadają podobno w depresję).
      Jedyną pocieszającą kwestią w tym wszystkim jest to, że po 40-stce
      75% z nas wychodzi samoistnie z problemów, a po 50-tce 90%... W
      najgorszym razie zostało mi „tylko 16 lat”.
      • urocza_diablica Re: mój problem - nie umiem kochaći 04.08.09, 22:30
        No ja na tym forum dla zdradzanych pewnie też bym dużo nie zdziałała. To pocieszające co piszesz o swojej zonie, ale mi sam fakt tego, że widzę czyjeś zalety nie pomaga. Bo z jednej strony wymagam bezgranicznego uwielbienia, a z drugiej jak już poczuje, że ktoś się wkręcił emocjonalnie ta osoba wydaje mi się słaba, i że coś z nią musi być nie tak.
        Uważam, że nie ma sensu rozmawiać z żoną. Ja zawsze wychodziłam z założenia, że skoro już i tak kogoś ranię to nie warto go jeszcze dobijać moimi zaburzeniami. Może jak już rozstaniesz się z kochanką z Twojej inicjatywy to nie będziesz czuł się z tym źle?
        Mam podobnie jak Ty, jestem postrzegana jako super laska, której nic nie brakuje, ale ciężko pracuję na te pozory. Tylko ja wiem, że mam zasoby pozwalające mi na dużo więcej, tylko nie mogę się zebrać do kupy.
        Jeśli chodzi o cierpienie to chyba nie masz racji, osoby z bpd mają w sobie bardzo dużą dozę empatii i wrażliwości na cierpienie innych. Widzę to u siebie, ale kiedy przychodzi do związku bywa różnie. Widzę, ze kogoś ranię i jest mi przykro, ale to chyba moje superego każe mi o tym wiedzieć, potem włącza się potrzeba budowania wartości przy pomocy innych i chyba o tym zapominam.
    • the-crawl Re: mój problem - nie umiem kochaći 05.08.09, 00:02
      wiesz z jednej strony Ciebie rozumiem a może kiedyś bym zrozumiała wahania,
      kłamstwa, zdrady, adrenalinę lęk przed samotnością, ale z drugiej strony
      rozumiem Twoją żonę bo byłam prawie rok temu w podobnej sytuacji naszczęście nie
      mam dzieci...mówienie żonie o zdradzie nie ma sensu fakt ulżysz sobie a ona
      będzie cierpiała, ale Ty ją człowieku oszukujesz i zabierasz prawo do szczęscie
      pozwalasz żyć złudzeniami i uwierz mi mówię to jako kobieta która przez to
      przeszła że to KUR..najgorszy ból na świecie gdy w środku wiesz czujesz całą
      sobą jak jest naprawdę, a ja dowiedziałam się przypadkiem coś zobaczyłam, coś
      przeczytałam, coś się zmieniało i spadałam na dziesiąty plan, szukałam dowodów
      na to co wisiało w powietrzu. zadbaj o siebie to zadbasz tym samym o rodzinę
      pozwól sobie poczuć tą samotność zanim przestaniesz cokolwiek czuć ja nie czułam
      przez trzy lata i padałam na twarz w dreszczach lękowych bo nie było nikogo
      obok, ale jedno wiem napewno to pozwoliło mi zrozumieć czym jest dla mnie miłość
      i czym jest samotność...świadoma i dojrzała po jakimś czasie.kiedyś mi na terapi
      powiedzieli że nie umiem kochać i uwierzyłam i do dzisiaj z tym walczę
      zabobonem, bo trzeba sobie na to pozwolić, bez psychoanalizy własnej ...mi się
      udało kocham i nie kłamię dla mnie to podstawa
    • katha_ko Re: mój problem - nie umiem kochaći 06.08.09, 14:20
      Ktoś wreszcie się przyznał przed sobą do czegoś prawdziwego, gratuluję :)
      Faktycznie, neurotycy i borderzy nie są zdolni do prawdziwej miłości. Nie są -
      ze względu na zaburzenia i mechanizmy obronne, jakie stosują w nadmiarze. Ten
      fakt boli i nie każdy chce, potrafi to przyjąć. I to jest bardzo ważny krok w
      samopoznaniu. Neurotycy i borderzy często mylą miłość z byciem kochanym i z
      potrzebowaniem drugiej osoby do życia. Jednak można stać się do niej zdolnym,
      nie poddawaj się :) Polecam Ci książki K. Horney, no i oczywiście terapię, dobra
      terapia to podstawa.
      • nena100 Re: mój problem - nie umiem kochaći 07.08.09, 16:01
        wszyscy jesteśmy wariatami, tylko nie wszyscy o tym wiedzą. Być może diagnoza
        jest potrzebna ale psychiatrom i psychologom kiedy nam pomagają. Jednak czy nam
        jest to potrzebne? Diagnoza sytuacji w jakiej jesteśmy, i z której chcemy się
        wydostać pewnie jest nam potrzebna ale to na jakie zaburzenie cierpimy - tu mam
        wątpliwości. Przecież BPD dla specjalistów może znaczyć zupełnie co innego niż
        dla nas. Poza tym zamykamy się w jakiejś klatce symptomów i teorii, tracąc
        różnorodność i nieprzewidywalność życia. Jeśli chodzi o sytuacje z żoną i
        kochanka to chyba dość powszechne zjawisko, z którym mierzą się nie tylko
        zaburzeni na BPD. Powiem więcej wielu ludzi tak głęboko wypiera ze swojego życia
        dylematy opisane wyżej, że tylko pozazdrościć osobie, która pozwala sobie na nie
        i o nich pisze i zastanawia się nad swoim życiem i relacjami z bliskimi. Bo to
        daje szanse na zmiany, choć z mojego doświadczenia wynika, że zmiany w terapii
        to proces, długu, żmudny i wolny bleeee. I w sumie po 8 latach z sukcesem
        zakończonej terapii nadal nie wiem na jakiej zasadzie to działa ale działa. Bo w
        sumie niby nic się nie zmiana a zmienia się wszystko:)i nadal rwę włosy, że
        ciągle tak samo, choć wiem, że nie:)
        • katha_ko Re: mój problem - nie umiem kochaći 07.08.09, 17:36
          Diagnoza jest tylko jakimś punktem zaczepienia, który wskazuje, jakie obszary w
          nas są zaburzone i tym samym nad czym pracować. Objawy mogą wiele powiedzieć o
          swoich przyczynach. Diagnoza służy lekarzowi jako wskazówka, tak, ale on zawiera
          tylko najbardziej patologiczne cechy. W diagnozie przecież nikt nie napisze:
          kreatywny, utalentowany plastycznie, uczynny, pracowity - bo to nie ma większego
          znaczenia przy leczeniu. Oczywiście, że całe zaburzenie rzutuje na każdy obszar
          naszego życia w mniejszym lub większym stopniu, ale diagnoza nie definiuje
          człowieka, człowiek jest czymś więcej niż diagnoza.
          • nena100 Re: mój problem - nie umiem kochaći 10.08.09, 10:40
            „Diagnoza jest tylko jakimś punktem zaczepienia, który wskazuje, jakie obszary w
            nas są zaburzone i tym samym nad czym pracować.”
            Myślę, że to nie diagnoza nam te obszary wskazuje, ale nasze przeżycia i
            uczucia, z którymi się zmagamy. Ludzie, którzy przychodzą z problemami
            emocjonalnymi, często desperacko szukają wyjaśnienia. Diagnoza w pewnym sensie
            uśmierza ich niepokój i ból. Moim zdaniem na krótko, później może stać się
            przeszkodą w leczeniu. Kolejnym "symptomem", który chroni nas przed życiem.
            Można sobie powiedzieć: „no tak mam zaburzenia osobowości border czy inne, no
            cóż jestem chory czytaj usprawiedliwiony”.
            "Objawy mogą wiele powiedzieć o przyczynie" Oczywiście, że tak ale do tego nie
            trzeba diagnozy. Najlepiej jeśli lekarzowi służy jako wskazówka, ja jednak
            spotkałam się z lekarzami, którzy dogmatycznie podchodzą do DSM IV i to jest
            niestety straszne. Z ostatnim stwierdzeniem się zgadzam „człowiek jest czymś
            więcej niż diagnoza” dlatego nadal uważam, że trzeba pozostawić ją lekarzom i to
            najlepiej mądrym. Natomiast my „pacjenci” mierzmy się z tym co najtrudniejsze:
            własną niepewnością, bezradnością, nieokreślonością i znajdźmy własną drogę do
            określenia kim jesteśmy, gdzie chcemy iść i po co. Tego sobie i wszystkim życzę.
        • czita88 Re: mój problem - nie umiem kochaći 07.08.09, 19:24
          Hej, z tymi włosami to uważaj :) ! są tu też osoby z zaburzeniami
          obsesyjno-kompulsywnymi oprócz bpd, które naprawdę wyrywają sobie
          włosy i nie potrafią przestać :(...
    • mariemadelaine Re: mój problem - nie umiem kochaći 10.08.09, 14:43
      nie da się tak żyć. przez kilka lat myślałam, że przyjaźń wystarczy
      do związku. i osoba, która kocha mnie za nas dwoje.brakuje Ci żony,
      bo czujesz się winny. poczucie winy doskonale potrafi imitować
      zaangażowanie. powinieneś zmierzyc się ze swoja pojedynczościa.
      nauczyć się być sam ze sobą, żeby być z kimś. rozwiedź się. wtedy
      oczyści się Twoja relacja z żona i dziećmi.wtedy nareszcie poczujesz
      ulgę.może nareszcie czas posprzątać to życie?trzymam kciuki.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka