bodek1975
03.08.09, 21:27
Napisanie na te forum to mój kolejny pomysł na walkę z moimi
problemami. Liczę na to, że napisze tutaj swoją opinię ktoś kto
przechodził przez podobne stany, podejmował jakieś decyzje i
zasugeruje mi jakieś rozwiązania.
Do rzeczy. Mam 34 lata. Ciężkie dzieciństwo, kompletne wyobcowanie z
towarzystwa rówieśników, duże problemy z byciem akceptowanym
przez „grupę”. Pierwsze ciężkie przeżycie dotknęło mnie w wieku 3
lat w prywatnym przedszkolu, do którego zostałem siłą wysłany przez
rodziców. To było piekło. Dość, że od tego czasu przez ponad 20 lat
jąkałem się. Potem były cały czas smutne przeżycia związane z
brakiem akceptacji: w szkole, na koloniach, obozach itp. Pojawił się
kompleks względem dziewcząt. Chciałem jakąś mieć, ale bałem się
nawet spróbować nawiązać jakąś relację. Moje pierwsze prawdziwe
doświadczenia seksualne miały miejsce w wieku 21 lat! Ten związek
okazał się kompletną klapą. Zostałem wykorzystany przez dziewczynę,
która chciała się zabawić a ja zakochałem się w Niej po uszy.
Ucieczką od problemów we wczesnym okresie życia okazał się sport.
Trenowałem wyczynowo różne dyscypliny od 8 roku życia. W jednej z
nich osiągnąłem całkiem niezły, międzynarodowy poziom. Wyobrażacie
mnie sobie teraz jako pierdołę. Otóż tutaj zaskoczenie. Przez lata
treningu spowodowałem, że ciała i sprawności fizycznej ludzie w moim
wieku mogą mi pozazdrościć. Ponadto mam doktorat i dobrze płatną
pracę. Uważają mnie za człowieka „sukcesu”. Kobiety się mną
interesują i uważają, że jestem atrakcyjny.
W wieku 25 lat ożeniłem się. Mam dwójkę dzieci w wieku 3 i 6 lat.
Moją obecną Żonę poznałem bezpośrednio po traumatycznym przeżyciu
związku ze wspomnianą wyżej dziewczyną. Nie zakochałem się w Żonie,
potrzebowałem natomiast kogoś na „otarcie łez”. Ze strony Żony
pojawiło się natomiast silne zaangażowanie. Po jakimś czasie okazało
się, że się rozumiemy i dobrze nam jest w swoim towarzystwie. Nazwał
bym to jednak bardziej przyjaźnią niż miłością-przynajmniej z mojej
strony. Dlatego też cały czas miałem wątpliwości co do małżeństwa.
Próbowałem się spotykać z innymi kobietami, ale po pierwszych
próbach nawiązania kontaktu „uciekałem wewnątrz siebie” i wracałem
do obecnej Żony. Po 4 latach narzeczeństwa uznałem, że pomimo braku
pewności i uczucia prawdziwej miłości jest odpowiednią osobą na
resztę życia. Przez kolejne kilka lat tak sobie żyliśmy. Byłem
wierny choć ciągle czegoś mi brakowało. Urodziła się pierwsza córka.
Nie sprawdziłem się w roli ojca-pomocnika. Żona została sama z
problemami macierzyństwa. Ja tylko pracowałem i przynosiłem
pieniądze. Nie potrafiłem inaczej. To, że nie okazywałem uczucia
Żonie wynikało z tego, że nie byłem pewien czy ją naprawdę kocham,
ale taki brak emocji zaobserwowałem także w stosunku do córki.
Męczyło mnie to, ale spychałem do gdzieś na skraj świadomości. Swój
stan zwalałem na trudną sytuację, stres i nie radzenie do końca ze
stawianymi sobie wyzwaniami (pomimo problemów osobowościowych, a
może właśnie dlatego jestem bardzo ambitny). Potem urodził się syn.
Z powodu wyrzutów sumienia związanych z nie zajmowaniem się córką
tutaj było lepiej. Jednak moja „dobra wola” wynikała z poczucia
powinności a nie z serca.
Dwa lata temu moi rodzice mieli wypadek samochodowy, w którym mama o
mało nie zgineła. Był szpital i dni niepewności. Po przeszło
miesiącu wszystko się jednak dobrze zakończyło. Jednak od tego
momentu zaczęły mnie nachodzić dziwne lęki związane z utratą pracy,
niepewność dotycząca przyszłości itp. Przez pewnego znajomego
dostałem się do psychiatry. To podobno dobry specjalista. Stwierdził
u mnie nerwicę i dał leki. Jednocześnie rozpocząłem psychoterapię.
Do dzisiaj tam chodzę, jednak wciąż do końca nie wiem w czym tkwi
problem. Oczywiście zniknęły lęki związane z pracą, natomiast mój
terapeuta uświadomił mi, że NIE KOCHAM ŻONY. Nie potrafię
zaakceptować tego foktu i strasznie mnie to męczy. Faktycznie nie
czuję miłości. Cały zeszły rok kombinowałem jak sobie trochę ulżyć.
Pojawiły się pomysły zorganizowania sobie kogoś „na boku”. To było
bardzo silne pragnienie, ale mu się oparłem. Dodam, że mój terapeuta
nie wartościował moich zachowań. Miałem podjąć „suwerenną decyzję”.
W maju tego roku zainteresowała się mną bardzo atrakcyjna kobieta.
Postanowiłem spróbować. Początkowo były maile, z którymi czułem się
nieźle bo miałem nadzieję na „jakąś zmianę”. Potem przyszła zdrada.
Po pierwszym razie czułem się okropnie. Jednak nie zerwałem tego.
Pomyślałem, że warto jeszcze spróbować bo może potem będzie lepiej.
Były kolejne spotkania. Przeżywałem piekło wewnętrzne w domu.
Kompletnie odsunąłem się od Żony. Od czasu pierwszego spotkania z
kochanką (w czerwcu) nie miałem seksu z Żoną. Nie mogłem się do Niej
zbliżyć. Pod koniec czerwca Żona pojechała z dziećmi na wakacje
(całe 2 miesiące-jak co roku). Kochanka wyjechała na miesięczny
urlop ze swoim mężem w połowie lipca. Teraz siedzę w domu sam.
Myślę, że zerwę z Nią bo to do niczego dobrego mnie nie doprowadzi.
Czuję, że potrzebuję Żony a z drugiej strony ciągle nie ma tego
właściwego uczucia. Nie umiem stwierdzić czy to jest miłość czy
jakiś rodzaj przywiązania czy coś innego. Na pewno nie potrafię żyć
z dwiema kobietami naraz (moja kochanka sobie z tym doskonale radzi).
Powiedzcie jakie macie w tym względzie doświadczenia? Mój terapeuta
twierdzi, że rozwód może spowodować piekło w moim życiu. Dopiero
wtedy poczuję samotność. Boję się samotności, potrzebuję miłości.
Twierdzi on także, że być może nie jestem już zdolny do odczuwania i
dawania miłości. Zniszczyły to jakoby moje traumatyczne
doświadczenia z dzieciństwa. Dla mnie to sytuacja beznadziejna. Mam
dom, dzieci, wszystko czego można sobie życzyć, ale nie czuję się
spełniony. Nie wyobrażam sobie dalszego życia w taki sposób. To
istne piekło.