Dodaj do ulubionych

From Cofru with love...

12.08.11, 15:27
...z kubka z tym napisem pijałam sobie przez kilkanaście dni poranną kawkę, siedząc na balkonie i obserwując jak budzi się Roda. Z drugiej strony kubka był rysunek przedstawiający Korfu. A ja się zastanawiałam jak matce-naturze udało się zmieścić tyle piękna na tak małym skrawku ziemi.
Ale po kolei. W poniedziałek wykupiliśmy lasta, w środę, pięć godzin po trzaśnięciu drzwiami domu (w ulewnym deszczu) wylądowaliśmy w krainie słońca, błękitu i soczystej zieleni.
Po godzinie od wyjazdu z lotniska w Korfu, przybyliśmy do hotel Silver Beach. 3*, opcja z HB (bo tylko taka była możliwa). Hotel z zewnątrz b.przyzwoity, pokoje lekko klaustrofobiczne, winda, długie korytarze, zwyczajnie o jakieś 60 pokoi za duży. Tego nie lubimy, ale nie zamierzaliśmy marudzić, szczęśliwi że udało nam się wreszcie wyrwać. Wykupiliśmy 2 dwójki.
Sympatyczna recepcjonista spytała się, czu zgodzimy się pojutrze rano przenieść do "apartamentu"? Zgodziliśmy się. (dla niewtajemniczonych- apartament to 2 pokoje z wyposażonym aneksem kuchennym, w standardowej dwójce nie ma nawet szklanki). Tymczasem wrzuciliśmy bagaże do pokoi (chłopaki dostali pokój piętro niżej) i ruszyliśmy przywitać się z morzem. Uwielbiam ten moment. Po drodze wstąpiliśmy do sklepu po Mythosa i rycynkę. Uwielbiam atmosferę greckich "marketów", tych z mydłem i powidłem, zapach "tradycyjnych" greckich wyrobów. Stęskniłam się nawet za widokiem tych wszystkich tandetnych pamiątek... Dzieciaki opędzlowały po gyrosie i
"zaopatrzeni" udaliśmy się w bok od plaży miejskiej, gdzie w szpitalnym szyku stały rzędy leżaków, aby znależć jakieś miejsce dla siebie. Wkrótce znależliśmy 2 drzewa dające miłosierny cień, piasek, trochę skałek. Chłodząc się w cudownie ciepłej, krystalicznie czystej wodzie z zaciekawieniem przyglądaliśmy się Rodzie, która przycupnęla w zatoczce na tle pokrytych zielenią gór. Poza sezonem mieszka tu ponoć ok. 300 osób. Jest kilka starych uliczek, ze starymi domkami, jest nawet mini-promedana (ze starymi domkami nieco "podrasowanymi"), jest mini-molo (czyli mostek prowadzący na mini-wysepkę, przy której jest mini port).
Za naszymi plecami, w dali, widać było majestatyczne góry Albanii.
I tak zaczęly się nasze wakacje 2011,które można określić jako "niespodzianka" i "fart".
Obserwuj wątek
    • dorasia1 Re: Dzień 2 i 3 12.08.11, 15:52
      Tradycyjnie, następny dzień zleciał nam na słodkim leniuchowaniu, testowaniu różnych gatunków restiny, kąpieli, poznawaniu okolicy. Możliwe są tu długie spacery plażą, odkryliśmy rzeczkę z żółwiami (biednej rzeczce zabrakło dosłownie kilku metrów, by wpłynąć do morza i żółwie tłoczą się chyba trochę zdezorientowane). Obejrzeliśmy kościółek z XVI w., maleńkie cudeńko z miejscami siedzącymi może dla 20 osób. Obok równie miniaturowy cmentarzyk, z białymi kamiennymi grobami. Ludzie muszą tu żyć zdowo, bo sto lat (+/-) to dość popularny wiek na przeniesienie się do lepszego świata. Udało nam się wypożyczyć samochód. Pani w wypożyczalni N.S.K. Travel oznajmiła, że obecnie wszystkie samochody ma zajęte (bo strajk taksówkarzy) ale od pojutrze (tj. od soboty) może nam wynając za 199E Suzuki Jimny. Zapłaciliśmy zaliczkę. Zatem mamy jeszcze 2 dni leniuchowania. I dobrze. Powoli zaczynaliśmy się przestawiać na inny, spokojny tryb życia, oswajając się z ciepełkiem a "siga,siga" nabiera dla nas właściwego znaczenia.
      • dorasia1 Re: Dzień 2 i 3 12.08.11, 16:28
        Trzeciego dnia zgodnie z umową zeszłam do recepcji, by dowiedzieć się co z naszą przeprowadzką. Pani teatralnym szeptem oznajmiła, że ma dla nas 2 staudia "outside" z tv (!!!) Poczułam, jak u ramion zaczynają mi trzepotać małe, dziarskie skrzydełka. Kilka chwil później byłyśmy już w SPIGGOS apartments, położonym w starej Rodzie vis'a vis kościółka.
        W pensjonacie mieszczą się 9 dwu i trzyosobowe studia.
        Pomiędzy dachami (skleconymi z różnych rzeczy, ale głównie z ceglasto-czerwonej i ceglasto-żółtej dachówki) przebijał błękit morza. Stare domki są mniej lub bardziej odrapane, niektóre -a jakże- odnowione. Wszędzie ciemne, drewniane okiennice, podoklejane schodki. Na schodkach stoją kwiaty, które rosną w byle czym - czasem to piękna gliniana donica, czasem plastikowe wiaderko, czasem stara puszka. Na wyciągnięcie ręki drzewka cytrynowe i pomarańczowe (liche nieco) słowem- wreszcie jest tak, jak powinno być. Nawet lodówka, w której zmieścił się 10-kilowy arbuz, a nie taka jak w pokoju- wielkości pudełka zapałek, za którą się płaci 3 e dziennie... No bajka, wreszcie rano można napić się swojej ulubionej kawy (bo czajnik), a nie psioczyć na hotelową lurę. (Sorry, ale rano nie mam dość energii by szukać kawy na mieście).
        Szczęśliwi zainstalowaliśmy się w naszych nowych mieszkankach. Wznieśliśmy parę toastów, za nieoczekiwany obrót sprawy, i z radością zaczęliśmy planować kolejny dzień. Bo od jutra przez tydzień zero leniuchowania. Uzbrojeni w przewodnik Marco Polo ruszamy na podbój Korfu.
        • jacek1f fantastycznie!. n/t 12.08.11, 16:33
          • barbelek Re: fantastycznie!. n/t 12.08.11, 16:54
            smilesmilesmile
    • dorasia1 Re: Dzień 4 - Paleokastritsa 12.08.11, 18:37
      Wyjeżdżając - miałam bardzo mizerne pojęcie o Korfu. Wiedziałam, że to najmniej grecka z greckich wysp. Meczetów, popularnych w Grecji nie uświadczysz, natomiast dzięki wpływom weneckim często architektura przywodzi na myśl miasta włoskie. Wiedziałam też, że jest to wyspa b. zielona. Ale takiej zieleni się nie spodziewałam. Gaje oliwne (raczej puszcze oliwne) schodzą do samego morza. Pnie oliwek bardzo często grubością dorównują naszym dębom. Obok palm rosną poczciwe kasztanowce, oleandry kwitną na potęgę, eukaliptusy sąsiadują z drzewami przypominającymi lipy czy topole. Do tego mnóstwo krzewów, krzaków, nawet łaki nie są spalone słońcem- i nagle spośród tej burzy zieleni strzelają w górę kolumnowe, ogromnej wysokości cyprysy. Wszystko to można obserować z samochodu, gdy jedzie się do Paleokastritsy. Wąskimi, czasami bardzo wąskimi serpentynami zjeżdża się do cudownej zatoki
      Ormos Lipados. Każdy zakręt ukazuje błękit morza z innej perspektywy. Mija się wioski, w których droga jest tak wąska, że przejazd na numer ze składaniem lusterek na nic się nie zda - wprowadzono ruch wahadłowy. Same domki- obok tradycyjnych kamiennych- są często jakby miniaturami kamieniczek. Kolowe, piętrowe, z łukowatymi podcieniami. Tyle- że w skali mini. Nawet drzwi czasem wyglądają, jakby były zrobione wyłącznie dla ludzi bardzo nikczemnego wzrostu. Gdy mniniemy Lakones, zaczynają się pojawiać przy drodze knajpy. Punktem honoru dla każdej jest posiadanie tarasu widokowego. Zgodnie z sugestią MP zatrzymaliśmy się w Golden Fox. Widok z tarasu z pięknym basenem, na morze i klasztor na pólwyskie zapiera dech w pieresiach. Wrażenia nie psują nawet ceny- frappe i świeży sok pomarańczowy po 4.5 e, mała cola -3. Po sesji fotograficznej i krótkim odpoczynku, ruszamy dalej. Pojawiają się kolejne knajpy, kuszące "niskimi cenemi". Paleokastritsa i Lipades oddzielone są od siebie zatoką, której poszarpane brzegi toworzą ogromną ilość mniejszych zatoczek. Bo sama wieś to po prostu miejscowość turystyczna, której zabudowania skrzętnie skrywa zieleń, a każda droga w dół prowadzi "to the beach". Nam zależało na dostaniu się do jakiegoś portu, złapaniu taksowki wodnej (lub czegoś co pływa) i obejrzeniu tego wszystkiego od strony morza. Zjechaliśmy do jednej z odnóg zatoki, Alipa, zdzie trafiliśmy na port. Było ok. południa, toteż port świecił pustkami. Podeszliśmy do pierwszej (i jedynej) łodzi.Facet spytał się, pokazując mapę z zaznaczonymi bodaj 7 plażami-zatoczkami, gdzie chcemy płynąć? Odparłam, zgodnie z prawdą, że nie wiem. Z westchnieniem zaczął pokazywać zdjęcia. Bez wahania wybrałam Paradise Beach, oczywiście najdalszą, odgrodzoną od lądu wysoką na kilkadziesiąt metrów ścianą skalną. Dogadaliśmy się, że zawiezie nas tam za 10e od głowy, powrót o godzinie 15. Jak dla nas OK- i tak więcej z naszym ADHD na plaży nie wytrzymamy. Wkrótce z fasonem we czwórkę podpłynęliśmy łodzią wycieczkową ze szklanym dnem, zabierającą kilkadziesiąt osób. Im bliżej plaży, tym w większy reporterski szał wpadałam, bo widoki były niesamowite.
      Na plaży było z 50 osób, jak się później okazało- polska wycieczka fakultywna. Mąż przeżył chwilę radości, gdy okazało się że płacili oni za tę przyjemność po 40 E od głowy. A nam się udało, bo nasz kapitam przywiózł dla nich "lunch". Plażowanie bardzo przyjemne było, kąpiel w zaskakująco chłodnej wodzie rónież, widoki oszałamiały, spenetrowaliśmy grotę i powoli trzeba było się zbierać. I dobrze, bo dla naszej bladej skóry zdecydowanie wystarczyło. CDN
      • grecja-ellada Re: Dzień 4 - Paleokastritsa 12.08.11, 20:07
        smile pisz jak najwięcej o Korfu i opisuj wrażenia jakie na Tobie wywarła wyspa, z niecierplieocią czekam by poczytać.
      • dorasia1 Re: Dzień 4 - Paleokastritsa 12.08.11, 22:05
        Droga powrotna, ku naszej radości trwała ok. godziny, gdyż okazała się być rejsem wzdłuż sześciu plaż-zatoczek. Morska bryza nas chłodziła, a my podziwialiśmy niesamowite formacje skalne i odcienie błękitu. Gdy wysiedliśmy z łodzi, poszliśmy sobie coś przekąsić, natomiast reszta wycieczki zapakowała się grzecznie do autokaru. Następnie obejrzeliśmy klasztor Bożej Rodzicielki, jeden z największych zabytków na Korfu. Stoi na stromym cyplu u wylotu zatoki, wysoko nad morzem. Jest tam również klasztorne muzeum. W drodze powrotnej, ku naszemu zachwytowi, niespodziewanie ukazał się Angelokastro. Jakoś umknęła mi informacja n/t ruin bizantyjsko-weneckiego zamku, stojącego na szczycie górskiego stożka. Pierwsze skojarzenie- Meteory. Tyle, że on jest jeden, a pod nim morze. Gdy podjechaliśmy na parking i wysiedliśmy z samochodu, podeszliśmy do stromego urwiska - z ust wyrwały nam się okrzyki zachwytu. Wysoko, u góry zawieszony zamek, w dole - przepaść. Chcieliśmy wejść na górę, ale budka z biletami była pusta, pomyśleliśmy, że zamknięte. Później doczytałam, że wstęp jest wolny. O ironio. W każdym razie ponoć twierdza nigdy nie została zdobyta.
        Muszę wspomnieć jeszcze o mijanej po drodze wiosce Markades, gdzie większość mieszkańców zajmuje się sprzedażą ziół i wina, orzechów i oliwy. Do tego b.często mija się małe pracownie rzeźbiarskie, w których powstają popularne na wyspie rzeźby z drewna oliwnego. Są też stragany z ludowym rękodziełem "made in China".
        Droga powrotna minęła szybko, za szybko. Skręciliśmy jeszcze do Acharavi- wioski bliźniaczki Rody, trochę większej i brzydszej, aby zrobić zakupy w polecanym przez MP markecie Dymitra. Trafiliśmy jak po sznurku. Ceny faktycznie dobre, no i wygodniej przewieżć samochodem parę zgrzewek wody, niż taszczyć to wszystko o własnych siłach. Następnie sprawdziliśmy, że hotelowa kolacja jest OK, więc posililiśmy się nieco. Młodzież padła, a my przy winku dzieliliśmy się wrażeniami. Jutro - stolica wyspy- Korfu.
    • dorasia1 Re: dzień 5- Korfu (Kerkira) stolica wyspy 13.08.11, 13:06
      Niedziela nie jest chyba do końca odpowiednim dniem na zwiedzanie tego miasta, gdyż panuje tam cisza, spokój, mnóstwo sklepów jest zamkniętych. Niedziela może dać nam nieco wypaczony obraz. Bo gdy zobaczymy je ponownie we wtorek, będą korki, rozgardiasz, hałas - czyli to, czego można się było spodziewać. Z drugiej strony jest fajnie - jest gdzie zaparkować, wszyscy chodzą zrelaksowani a większość stałych mieszkańców wyjechała chyba za miasto poplażować.
      W każdym razie po nieśpiesznym śniadaniu i zakupach (donut'sy - okrągłe ciastko-pączki i napoje) wyruszyliśmy do Korfu. Zdecydowaliśmy się na dłuższą trasę, bo nie przez środek wyspy a wzdłuż wschodniego wybrzeża. Ze względów widokowych oczywiście. I oczywiście nie zawiedliśmy się.
      Podziwialiśmy zatokę koło Kassiopi oraz bezludne o tej porze kameralne plażyczki. Droga ta wiedzie tuż przy morzu, to nieco się od niego oddala i wznosi. Mijami małe wioski położene na zboczach masywa Pantokratora by po chwili znowu ujrzeć przebijający przez zieleń błękit morza. Ale tu muszę wspomnieć o dwóch miejscowościach, w których nie chciałabym wylądować. Pyrgi i Ypsos. Są połączone ze sobą wąziutką, żwirową plażą, wzdłuż której ciągnie się główna droga, o sporym natężeniu ruchu. Po drugiej stronie knajpy, sklepy i hotele. Fakt, na plaży głównie młodzież, więc może to fajna imprezownia.
      Co innego Dassia czy Guvia... zupełnie inna bajka, a też blisko stolicy
      Miasto Korfu jest piękne. Po dwóch stronach zatoki jego bezpieczeństwa strzegą Stary i Nowy Fort. (rożnica wieku mizerna - jakieś 50 lat). Pomiędzy fortami rozciąga się Stare Miasto, które ponoć najlepiej obserwować jest z dachu nowej fortecy. Zanim znaleźliśmy wejście, oblecieliśmy ją dookoła. Miało to ten plus, że obejrzeliśmy sobie zdobiące fortecę płaskorzeźby i pomniki. Wstęp 4 e. Długie i dość mroczne korytarze fortecy, komnaty (?) też robią wrażenie.
      Jednak największe wrażenie robi panorama Korftu, gdy już wdrapiemy się po "pożarowych" schodach na dach cytadeli. Widzimy port, dachy starówki, wieże kościołów, parki i majestatyczny Stary Fort. Niestety, schodząc na dół, nadwyrężyłam sobie kostkę.(pamiątka po kontuzji stawu skokowego). Kuśtykając i pojękując z bólu goniłam za chłopakami, ślepa na urodę weneckich kamieniczek starówki i wąskich uliczek. Myślałam jedynie o odpoczynku w jakimś chłodnym cieniu i tebletce deponu (jeszcze lepiej dwóch). Odpoczęliśmy w końcu w pięknym parku, fontanny, pomniki i niesamowite okazy drzew - to framgment Esplanady. Pełni ona obecnie funkcję centrum życia społecznego mieszkańców, jest tam mnóstwo kawiarni. Niegdyś były to błonia stanowiące wolne pole do obstrzału w razie oblęzenia fortu.
      Obejrzeliśmy sobie stary fort i kamienną fosę. Muzea sobie odpuściliśmy (jest ich kilka), bo nie sądzę, by zainteresowały chłopaków. W ubiegłe wakacje widzeili muzeum egipskie w Kairze, a z innej beczki - Muzeum Powstania Warszawskiego czy Centrum Nauki Kopernik. Trudno to przebić. Ale widoku na klasztor Vlacherna i Pontikonissi nie mogłam sobie odpuścić, toteż błądząc trochę podjechaliśmy na pólwyep Kanoni. Fakt- ten widok nie na darmo jest klasycznym motywem na widokówkach z Korfu.
      W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy długiej, piaszczystej plaży w Kassiopi, gdzie woda sięga kolan nawet dobrych kilkadziesiąt metrów od brzegu. Idealne miejsce dla rodzin z małymi (!) dziećmi. Ale i tak było fajnie, dopóki syn nie zobaczył pod prysznicem wężą. Na szczęście i tak już się zbieraliśmy.
      Jako że Korfu ma w lini prostej coś ok. 60 kilometrów długości, wszędzie jest raczej blisko.
      Postanowiliśmy zakończyć ten dzień wizytą w restauracji Lemon Garden w Acharavi, umieszczonej przez MP na liście przebojów. Restauracja mieści się (niespodzianka) w cytrynowym ogrodzie. W rozkosznie pachnącym cieniu stoi kilkadziesiąt różnych stolików, wygląda to trochę jak przypadkowa zbieranina (ale sympatycznie), mały plac zabaw dla dzieci, zmęczeni mogą się wyciągnąć na hamakach. Gdy weszliśmy było jeszcze prawie pusto. Zamówiliśmy po moussace a dzieciaki typowo greckie danie - pizzę hawajską. I wtedy zaatakowały nas komary. Musieliśmy chyba wyglądać jak drugoplanowi aktorzy z filmu "Rój", bo obsługa przybiegła na pomoc ze sprayami i spiralami odstraszającymi te krwiożercze bestie. Pizza była pyszna, moja prywatna moussaka jest lepsza niż ta jaką nam zaserwowano.
      Ogólnie knajpa może być, choć ceny raczej wysokie. Uważam jednak, że MP mocno ją przereklamowało. Moim prywatnym numerem jeden (choć oczywiście knajp zbyt wiele nie zaliczaliśmy) jest zupełnie inne miejsce, ale o tem potem. CDN
    • dorasia1 Re: Dzień 6 - Canal d'Amour i Przylądek Drastis 17.08.11, 18:42
      Dziś wypadzik krótki, ale treściwy. Jako że rzut beretem od nas mieszczą się dwie ważne atrakcje wyspy, kierujemy się na zachód. Po 12 kilometrach dojeżdżamy do Sidari, hałaśliwej miejscowości turystycznej. Mijając niezliczone sklepy, taverny, pensjonaty, kawiarnie, wypożyczalnie itd, kierujemy się w stronę morza. Parkujemy na parkingu przy plaży. Główną atrakcję miejscowości widać jak na dłoni - wyrastający z morza łagodny, złoty klif, wyglądający jak wyspa, jadnak połączony z lądem. Podchodzimy do tego nieco "obłego" klifu i oczom ukazuje się słynny "canal". Faktyczne, miejsce "widokowe", ale zadeptane przez turystów. Skalny tunel z turkusową wodą.
      Nas bardziej interesują klify widoczne dalej na zachód, widzimy odległe zatoczki i groty. Zatem fotografujemy sobie "canal". Podobno, jak się go przepłynie, to w ciągu roku znajdzie się męża. Nie czując parcia stwierdzamy, że nic to po nas i kierujemy się do samochodu.
      Po drodze jeszcze drobne zakupy i kierujemy się do Perulades. Po krótkim czasie jedziemy uliczkami dość dużej wsi, która jednak o wiele bardziej przypada mi do gustu, przez jej autentyczność. Wiemy, żeby trafić na Drastis, musimy poszukać szkoły podstawowej, ale sprawę rozwiązuje tabliczka ze strzałką "Cape Drastis". W MP wyczytaliśmy, że droga na Drastis jest dostępna "tylko dla jeepów", a nasz "jeep", czyli poczciwy "Jimny" wydaje z siebie dość niepkokjące odgłosy. Zatem postanawiamy dojechać tak daleko, jak to będzie możliwe. Początkowo droga pnie się do lekko do góry. Wokół busz oliwny. Potem kończy się bita droga, zaczyna gruntowa, która lekko opada. Po chwili dojeżdżamy do zakrętu nad urwiskiem i stajemy na sporym poboczu, by wybadać co i jak. Podchodzimy do krawędzi i po raz kolejny nie możemy powstrzymać okrzyków zachwytu. W dole przylądek w całej okazałości. Pod wysokim na 100 metrów pionowym klifem z piaskowca, mniejsze, jakby poszarpane skały tworzą wysepki przypominające ogromne płetwy rekina. Z góry tego nie widać, ale później zobaczymy też (już od strony morza), że te wysepki tworzą jakby atol i lagunę... Spoglądamy na żółtą drogę w dole, nie wygląda źle... Postanawiamy jechać, bo choć zejście to nie problem, to droga powrotna jakoś nas nie kręci. Lenistwo wygrywa ze strachem. Ruszamy - i po raz kolejny (tak jak w przypadku Balos), przekonujemy się, że przewodnikowe "przestrogi" są bardzo na wyrost. Owszem, droga schodzi dość ostro w dół, jest kilka ostrych zakrętów, zdarzają się koleiny (w końcu piaskowiec to miękka skała), ale jest szeroka, nie spadają z góry kamienie, wiedzie wsród zieleni i jest zupełnie bezpieczna. No- chyba że ktoś chce zrobić sobie krzywdę. Zjeżdżamy na sam dół i przez zielony tj. roślinny tunel wychodzimy wprost do zatoczki (taki trochę szerszy i krótszy Canal d'Amour) ograniczonej z odu stron wygodnymi skalnymi platformami, na którch można się rozłożyć. No a dalej po obu stronach ciągną się urwiste klify. Po kontemplacji urody tego miejsca kąpiemy się w cudownej wodzie. Nagle mój mąż, który gdzieś zniknął, wypływa zza cypla skalnego i rzuca hasło "Słuchajcie, tam dalej są takie puste zatoczki, tu ogólnie jest płytko, zbieramy manatki i idziemy, tylko ten cypel trzeba minąć, ale idzie się po skalnej półce, także spoko, a dalej woda po pas". Nie trzeba nam tego dwa razy powtarzać. Zapakowaliśmy tobołki (mąż niósł rzecz najcennijaszą - aparat) i obładowani jak osły ruszyliśmy wzdłuż skalnej ściany. Ja oczywiście na końcu. Problem polegał na tym, że ja -choć też nie ułomek, jestem o dobrych 10 cm niższa od najniższego z nich. Zniknęli mi za cyplem, a ja poczułam że skalna półka się nagle kończy. Pływać umiem, ale jak mam wolne ręce - a tu - w jednej kłąb ręczników w drugiej moja torba (z portfelem, telefonem i całym tym barachłem, które baby zawsze noszą przy sobie). Wołając męża, zastanawiałam się czy mam utopić torbę czy siebie. Ręczniki utopiłam od razu. Na szczęście kąpiący się w pobliżu Włoch podpłynął i bez zadawania głupich pytań zapakował cały ten nabój na swój materac. Uwolniona od balastu i wściekła nieziemsko popłynęłam w asyście za moimi chłopakami. Ich miny - bezcenne. "No co się wygłupiasz? Nie wiedzieliśmy, że taka pierdoła jesteś..." Podziękowawszy uprzejmemu chłopu z miejsca zaczęłam się wściakać. No bo po jakiego grzyba idziemy z tym całym chłamem? Klapki, ciuchy, ręczniki, jedzenie, maski, rurki itd? Trzeba było zastawić to w samochodzie. Obrażona oznajmiłam, że dalej nie idę. Poza tym bałam się, że stary wywali się z aparatem i zdjęcia szlag trafi. Jednak już po kilku minutach złość mi przeszła. Dziecki odmówiły dalszej wędrówki, wobec tego zostawailiśmy ich z bagażami i sami poszliśmy dalej. Dalej faktycznie - woda była po pas, choć na kamieniach i występach skalnych zawsze można się przewrócić, wędrowaliśmy/płynęliśmy sobie aż do miejsca widzianego z góry - owych wysepek, wystających z morza niczym płatwy rekinów. No i tego widoku opisywać nie będę, bo nie umiem. Obiecuję, że wrzucę na forum zdjęcia. I byliśmy tam zupełnie sami, ani żywego ducha. Postanowiliśmy, że musimy tu wrócimy pojutrze i podejdziemy do tego "profesjonalnie". Kupimy dziecięcy pontonik, do którego zapakujemy zabezpieczony aparat i trochę prowiantu i góra 2 ręczniki. Wszystko inne zostawimy w samochodzie. Z tym postanowieniem ruszyliśmy z powrotem, gdyż nie chcieliśmy by dzieciaki pomyślały, że się potopiliśmy. Gdy doszliśmy właśnie kończyli "zapasy". Bez większych przeszkód dotarliśmy do samochodu. Trochę głodni, postanowiliśmy przejechać się jeszcze po Perulades. Wioska "żywa" i autentyczna. Turyści to tylko dodatek - a nie sedno, jak w Sidari. Moim zdaniem fajnie. Nie mogliśmy nie skręcić za strzałką "to the beach", gdyż ta plaża musi być - z uwagi na klify - super. I widokowo jest. W dół urwiska prowadzą kamienne schody. Popatrzyliśmy sobie jeszcze na niesamowitą panoramę z tarasu widokowego w restauracji Panorama właśnie. Siedzi tam się (a właściwie buja na chuśtawkach) zawieszonych przy barze, które jest też jakby zawieszony nad urwiskiem.
      Wracając, kupiliśmy w przydrożnym straganie (przy hurtowni) owoce. No bo owocami to jestem rozczarowana; drogo, mały wybór, niezbyt ładne. U nas każda buda na bazarku bije tamtejsze sklepy na głowę.
      Woda, słońce i ruch przez cały dzień nie zniechęciły nas jednak do codziennego, wieczornego spacerku po Rodzie. A jutro jedziemy na południe.
    • dorasia1 Re: Dzień 7 - południe 21.08.11, 11:59
      Dzisiaj południowy kraniec wyspy. Do Korfu jedziemy na skróty, przez środek wyspy. Następnie odbijamy w góry i zatrzymujemy się w wiosce Agia Deka. Widoki są.
      Podchodzi do nas staruszka, która machając ręką (jakby zaganiała kury) coś mówi. Zrozumiałam dwa słowa "black" i "white", zatem- myśląc, że chodzi o kawę, posłusznie idziemy za nią. Tymczasem wprowadza nas do pomieszczenia pachnącego mąką, otwiera coś w rodzaju staromodnego kredensu i pokazując leżące tam chleby, pyta się "black or white". Jako że czarny chleb nie przypomina naszego razowca decydujemy się na biały, a właściwie 2 zrośnięte ze sobą. Samo pomieszczenie okazuje się być piekarnią, stoi tam piec, leżą worki z mąką. Mnie najbardziej zainteresowała przykryta białym prześcieradłem ogromna, gliniana misa. Przechodzimy do taverny obok - siedzi tam trzech tubylców a wsród nich prawdziwy prawosławny duchowny - zatem klimacik jest. Ale naszym celem jest dziś jezioro Korisson, więc po kawce ruszamy w dalszą drogę. Jezioro ma 5 km długości i 1 szerokości, jest odgrodzone od morza wałem piaszczystych wydm. Z morzem łączy je naturalny kanał, zatem cyrkulacja pomiędzy dwoma akwenami sprawia, że woda jest słodko-słona. Chłopaki w tzw. międzyczasie pochłaniają pół chleba, twierdząc że jest pyszny...na 100% o odczuwaniu smku decydują okoliczności towarzyszące. Mnie retsina w Polsce nie smakuje.
      Droga kluczy pośród wzgórz, tradycyjnie wszechobecna zieleń, cykady grają. W miejscowości Linia skręcamy zgodnie z sugestią strzałek, które kierują nas "to the beach" i "Korisson Lake". Jedziemy teraz przez teren płaski, mijamy domki, które wydają się być daczami. Jest sielankowo i spokojnie. Wreszcie dojeżdżamy do plaży. Przy plaży tawerna i szkółka windserfigu. A plaża...złoty piaseczek ciągnie się aż po horyzont, wysokie wydmy z rzadka porośnięte kępkami zieleni. Czasem z wydmy wystaje wyglądający jak kapelusz wielkiego grzyba fragment piaskowca, który nie uległ jeszcze erozji. Jaka to odmiana po wczorajszym surowym pięknie dzikich klifów północnego-zachodu. Morze spokojne, ciepłe i płytkie- istna sielanka - zatem kąpiel. Następnie wspinamy się na na najwyższą wydmę i dostrzegamy błękit jeziora. Postanawiamy dojśc do kanału łączącego morze z jeziorem. Chłopakom się nie chce, zatem idziemy sami. Fantastyczny spacer. Ale po ok. 2 km dajemy za wygraną, bo piaszczysta plaża kończy się kamiennym gruzowiskiem, a my na bosaka. Wracając mijamy kilka grajdołków golasów, którzy mają tu raj na ziemi - szeroka plaża, można się schować pod krzaczkiem, falujące wydmy. Zatem do samochodu i przejeżdżamy na drugi koniec jeziora. Po drodze stajemy przy ruinach bizantyjskiego zamku z XIII wieku - Gardiki. Mnie budowla ta przypomina zamek w Czersku. Dość dobrze zachowana brama główna i pierścień murów z widocznymi jeszcze wieżami obronnymi. Tyle, że Czersk większy i chyba lepiej zachowany. Wstęp wolny, byliśmy tam sami i to jest fajne- bo Korfu to niby taka zadeptana wyspa, a ja zupełnie nie mam takiego wrażenia. Kilka dni temu obejrzałam w tv migawki z Zakopanego- 13 tys ludzi było jednego dnia nad Morskim Okiem, a żeby wejść na Giewont, trzeba stać w kolejce - to dopiero masakra. Zatem dalej w drogę. Mijamy łąki i winnice. Zatrzymujemy się więc w winnicy Livadiotis. Właściciele z uśmiechem częstują nas białym i czerwonym winem (b.dobrym), kupujemy zatem oba rodzaje i ruszamy dalej. No i dojeżdżamy. "No faktycznie suuuupeeer" - słowo pisane nie odda ironii w głosie mego dziecka. Widzimy kilkaset metrów kwadratowych zaschniętego szlamu. Widać sporo wody wyparowało od ostatniego deszczu, toteż jezioro bardzo się skurczyło. Wracając zaczepiamy jeszcze o dwie sympatycznie wyglądające miejscowości Moraitika i Mesongi i kierujemy się powoli do domu. Ale czeka nas jeszcze jedna "atrakcja" - za to dość gorąca - pożar. Pól godziny drogi do Rody dostrzegliśmy umoszące się kłęby dymu. Płonęla góra, u stóp której leżała wioska, toteż przy drodze stało mnóstwo gapiów. Zewsząd słychać było dźwięki syren. Ze dwa kilometry dalej, tuż przy drodze-następny pożar. Nie wiem, czy to wiatr przeniósł ogień, czy jakiś baran wyrzucił peta z samochodu, w każdym razie obok, na poboczu stał już samochód a jego kierowca gorączkowo rozmawiał przez komórkę. Zatem na szczęście nie musieliśmy dzwonić pod 112 i dobrze, bo nawet nie umielibyśmy powiedzieć gdzie jesteśmy. Po drodze mijają nas ze 4 samochody strażackie, więc wszystko będzie dobrze.
      Wieczorem- spacer, winko, chłopaki "w miasto"(młodszy szczęśliwy, bo znalazł kawiarenkę internetową) i tak minął kolejny dzień.
      • bebiak Re: Dzień 7 - południe 21.08.11, 12:16
        A ja sobie podczytuję teraz w weekend i choć Korfu to nie to co tygryski lubią najbardziej - podczytuję z naprawdę wielką przyjemnościąsmile
        I bardzo dziękuję za piękne opowieści!
    • dzoanaw Re: From Cofru with love... 21.08.11, 13:27
      Mmmmm.... Ja też podczytuję z największa przyjemnością. Spędziłam na Korfu dwa pierwsze tygodnie czerwca. Zdecydowana większość miejsc, które opisujesz jest mi znajoma, ale ja nie potrafiłabym chyba tak ładnie opisywać. Wracam do naszych zdjęć, szkoda, że od naszej podróży minęły już przeszło 2 miesiące. Pozostaje czekać na następny urlop.
      • dorasia1 Re: From Cofru with love... 21.08.11, 13:57
        Dzięki, ale zaczynam się rumienić. Widzę, ile błędów robię, ale jak piszę to ich nie widzę, dopiero jak wyślę...
    • dorasia1 Re: Dzień 8 - "Dzień Świra" 21.08.11, 13:55
      Na dziś przewidzieliśmy krótką przejażdżkę na pobliską wysepkę Agia Ekaterini a potem dogłębną penetrację przylądka Drastis. Wysepka znajduje się na północno-wschodnim krańcu Korfu i jest połączona z lądem dwoma mostkami - ten w Acharavi to właściwie kładka dla pieszych, samochodem zaś można tam wjechać od miejscowości Agios Spiridonas. Naszym celem jest położony tam klasztor. Mijamy fajną plażę w Agios Spiridonas. Stumetrowa, w piaszczystej zatoczce, zamknięta fajnymi skałkami. Po chwili wjazd na wąski mostek i już jedziemy przez łąkę porośniętą paprociami. Zatrzymujemy się na skraju lasu (tak! tak! - sosny, cyprysy, eukaliptusy i platany) i wąską leśną dróżką dochodzimy do ruin klasztoru. Wsród zieleni widać rozwalacjące się mury. Podchodzimy bliżej, weście zamknięte prowizoryczną, skleconą z desek i siatki bramą zamkniętą na kłódkę. Obraz nędzy i rozpaczy. Wspinam się po bocznych schodkach, widzę pomieszczenie z walającymi się szczątkami dachu. Wszechobecna zieleń zawładnęła już klasztorem przerastając gdzieniegdzie kamienne ściany i wszystko wskazuje na to, że w swoim czasie dokończy dzieła zniszczenia. Rozczarowani wracamy do samochodu, postanawiając objechać jeszcze wyspę dookoła. To już jest bardziej optymistyczne. Znowu sielskie zatoczki z maleńkimi plażami, na których jest po kilka osób. Zatem pstrykamy kilka fotek i jedziemy na Drastis. Nagle - stop. W torbie od aparatu był męża portfel (gdyż z uwagi na wyprawę na Drastis ograniczyliśmy ilość tobołów do minimum) i go nie ma. Jeszcze raz w miarę spokojnie przyszukuję wszystkie schowki, potem samochód - brak. Zawracamy. Ja lecę w stronę klasztoru, chłopaki jadą drogą (bo mógł mi wypaść jak zatrzymaliśmy się pstrykać fotki). Przeszukuję ścieżki po których chodziłam, z nosem przy ziemi- d...pa. Wracam biegiem na skraj lasu, czekam na chłopaków - nie ma. Zatem ok.90 euro, karta kredytowa, prawo jazdy i dowód szlag trafił. Najmniejszy problem to kasa, boli- ale ostatecznie to nie majątek. Gorzej z kartą kredytową (ktoś będzie mógł sobie zrobić fajne zakupy). Poza tym dokumenty - zgłaszenie na policji, wyrabianie nowych, urzędy, zmiana w bankach - kicha. Awantura wisi w powietrzu, wiem że to moja wina. Musiał mi cholernik wypaść jak wyciągałam aparat. Na wyspie ludzi mało, ale mijały nas np. grupy rowerzystów.
      Jedziemy do hotelu, gdzie zamierzamy sprawdzić w internecie numer do banku, by chociaż zablokować kartę. Musiałam mieć nieciakawą minę bo recepcjonistka, spoglądając znacząco spytała czy coś sie stało. Zaczęlam opowiadać, a ta z umiechem powiedziała, że ma dla mnie wiadomość i podała karteczkę " At Vlla Elli - Almyros - What he lost was found". Dalej numer telefonu niejakiego Kristiana. Zatem alleluja. W portfelu był też kwitek z wypożyczalni samochdów, na którym była nazwa hotelu, w którym - teoretycznie- mieszkaliśmy.
      Zadzwoniłam. Kristian powiedział, że nie mają samochodu, więc aby odebrać musimy przyjechać do niego. Zatem w samochód i jazda. Po półgodzinie, pytając się po drodze o Villę Elli trafiliśmy. Wyszedł nam na spotkanie mały chłopiec. Gdy spytaliśmy o Kristiana, zaczął wołać "Daddy, daddy". Po chwili wyszedł uśmiechnięty od ucha do ucha Anglik i wręczył nam zgubę. Stanowczo odmówił przyjęcia znaleźnego, twierdząc że portfel znalazł jego syn.
      Pożałowałam, że nie kupiliśmy jakiegoś "łyskacza", ale przepadło. Mały też się wzbraniał, ale w końcu wcisnęliśmy mu 30e "na lody", podziękowaliśmy i z lekkim sercem ruszyliśmy do domu.
      Jeszcze był czas, by jechać na Drastis, ale morze zaczęło wariować i przy takich falach wyprawa wzdłuż klifu była niebezpieczna. Pojeździliśmy sobie po okolcy, żeby "ukoić skołatane nerwy", potem wieczorem udaliśmy się do taverny "Roda Park". Mieliśmy ją "po sąsiedzku", 20 metrów od Spiggos. Zawsze wieczorem były tam wszystkie stoliki zajęte - wniosek - dobrze karmią. Poza tym przy wejściu były zamieszczone zdjęcia, jak szef kuchni odbiera nagrody w konkursach kulinarnych w roku 2007 i 2009. Nie nacięliśmy się. Moje stifado pyszne, męża jagnięcina jeszcze lepsza. A najlepszy właściciel - krąży pomiędzy stolikami niczym baletnica z tacą wielkości koła młyńskiego. Stifado serwuje, przynosząc je w glinianej misce a potem przerzuca je z gracją na talerz który stawia przed klientem. Zaś jegnięcinę przyniósł zawiniętą wraz z upieczonymi ziemniakami w pergamin. Dopiero przed klientem rozpakowuje parujące, cudnie pachnące zawiniątko i ...voila. Wokól ludzie zajadają z apetytem, muzyczka grecka gra, po suficie pną się winorośla i tylko widoku na morze brakuje. Miłe zakończenie zwariowanego dnia.
    • dorasia1 Re: Dzień 9 - Pantokrator i powrót na Drastis 26.08.11, 15:24
      Dziś zdobywamy najwyższy szczyt Korfu - Pantokratoras (nieco ponad 900 m.). Jego zdobycie nie wymaga dobrej kondycji - na sam szczyt można wjechać samochodem - i tak też robimy. Trasa jest b.przyjemna - wioski, zieleń, wioski, zakręty, widoki... w pewnym momencie zieleń się kończy i jedziemy wśród skał. Jeszcze później widzimy szczyt - faktycznie ostatnie kilkaset metrów droga pnie się ostro w górę. I jesteśmy. Pomiędzy dwoma masztami służącymi celom wojskowym i cywilnym stoi klasztor z XVII wieku. Był on jakiś czas opuszczony, dopiero od 1998 roku przebywa tu w sezonie jeden "oddelegowany" mnich. W kościółku są świeżo restaurowane freski, wokół dość zadbany ogród. Oprócz klasztoru jest kilka straganów- tam regionalne słodycze, trochę pamiątek i wstrętne, tandetne chińskie zabawki. Ale dla widoku warto było tu wjechać.
      A teraz prościutko na Drastis. Pontonik jest, prowiant jest, dojechaliśmy do Parulades, zjazd na dół tym razem szybki - parkujemy- i w strojach kąpielowych, butach do wody, zaopatrzeni w maski, rurki i pontonik - kierujemy się wprost do wody i znikamy za cyplem, wzbudzając lekką konsternację wśród kilku siedzących nad wodą osób. Morze spokojne niczym jezioro. Idziemy/płyniemy wzdłuż klifu, mijając miniaturowe zatoczki ze skrawkami plaż - aż dochodzimy do celu. Nawet młodzi byli pod wrażeniem. Tym razem się nie spieszymy, obchodzimy wysepki dookoła, pływamy w lagunie którą tworzą klif i wystające z wody skałki. Wreszcie jesteśmy usatysfakcjonowani. Późnym popołudniem wracamy. Chłopaki lecą w miasto, my też - ale wcześniej, już zwyczajowo raczymy się na balkonie rycynką.
    • dorasia1 Re: Dzień 10 - Agios Stefanos i Logas Beach 26.08.11, 15:50
      Dzisiaj ostatni dzień mamy samochód - postanawiamy zatem udać nie do Agios Stefanos- miejscowości wysuniętej najdalej na zachód. Poza przyjemnym widokiem na mały port nic specjalnego tam nie ma. Zatem wracamy do Perulades i udajemy się na plażę Logas. Schodzimy w dół po kamiennych schodkach, do widoków już przywykliśmy. Nie zostajemy na plaży tylko znowu idziemy morzem na zachód wzdłuż klifów. Znajdujemy sobie kompletnie pustą zatoczkę ze złotym piaseczkiem. Potem wracamy, zaglądamy do taverny Panorama gdzie po raz ostatni podziwiamy fantastyczny krajobraz. Jeszcze tylko przejażdżka do Acharavi do Dymitry po zakupy i "na oparach" wracamy do Rody.
    • dorasia1 Re: Dzień 11 26.08.11, 15:56
      Dziś "dzień dziecka" - spanie do oporu, każdy robi co chce. Starszy synek wypożyczył sobie motor,
      trochę się denerwowałam, ale powiedział że czuł się tutaj bezpieczniej niż w Polsce. A my - plaża, winko, spacer... takie sobie przyjemne nic nierobienie. Jutro pobudka o 6 rano - przed nami Albania.
    • dorasia1 Re: Dzień 12 - Albania 26.08.11, 16:42
      Nie krzyczcie proszę, że na forum greckim piszę o Albanii. Do Albanii chcieliśmy wyskoczyć już podczas wakacji w Czarnogórze (w 2006 roku, 2 miesiące po odłączeniu się Czarnogóry od Serbii), ale Czarnogóra tak nas zaczarowała, że sobie odpuściliśmy. Teraz mając do wyboru Paxos i Albanię, wybraliśmy Albanię. W/g forumowych opinii, na Paxos trzeba jechać na 2 dni (z noclegiem). Byliśmy w wysokim sezonie i bałam się, że z tym może być problem, a d.biel polecała wypad do Albanii - no więc... Wycieczkę kupiliśmy w NSK Travel (tam gdzie wypożyczaliśmy samochód). Tańsza opcja- 30 e(tylko transfer, statek i wiza). Płynie się do Sarandy i tam zostaje.
      Droższa -48 e. W tej cenie jest jeszcze przejazd do Butrintu (w niedzielę polski przewodnik), zwiedzanie tego starożytnego miasta i obiad. Zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję. (Itaka za tę przyjemność kasuje po 70 e). Faktycznie warto. Cieszę się. że tam byliśmy, żałuję że nie byliśmy na Paxos. Kropka.
    • dorasia1 Re: Dzień 14 i 15 26.08.11, 17:43
      Końcówka to już tylko wyrównywanie opalenizny, morze, plaża, spacerki, pożegnalna kolacja w Roda Park, ostatnie zakupy. Oliwy, chałwa, magnesiki, koniaki z Albanii, likiery z kumkwata (to owoce pochodzące z Chin, a Korfu jest jedynym miejscem w Europie, gdzie się je uprawia), mydełka ...podczas "inwentaryzacji" okazało się, że brak win z winnicy Livadiotis. Raczej pamiętalibyśmy gdybyśmy je wypili. Sprawdziliśmy czy nie ma ich u dzieciaków. Ostatni raz je widzieli pod siedzeniami w samochodzie, jak szukali ojca portfela. No to wszystko jasne. Trudno, TEGO wina na miejscu nie kupimy. Ale wracając zajrzeliśmy do wypożyczalni (a może???) i oczywiście winka stały sobie na półce i czekały na właścicieli. No i po co ta cała Europa gada, że Grecy to krętacze i oszuści???? No po co????
      Ostatniego dnia naszego pobytu w Rodzie miała miejsce jeszcze jedna atrakcja. Wybudowano scenę, ustawiono kilkaset stolików, stragany, ogromne rożna na wozach drabiniastych (piekło się tam jednocześnie po kilka prosiaków i jagniąt). Występował zespół prezentujący miejscowe tańce ludowe, piwo i wino się lało, muzyka grała. Atmosfera była do bólu jarmarczna... doskonałe zakończenie bardzo fajnych wakacji.
      • dorasia1 Re: Sprostowanie i wolne wnioski 26.08.11, 18:08
        Dzień 14 i 15 to dni 13 i 14. Pomyłka w liczeniu. Piętnastego dnia po śniadaniu udaliśmy się na lotnisko. Następnie wylądowaliśmy w Stolycy, która przywitała nas chmurami i temperaturą 17 stopni.
        Podsumowując - wyjazd udany. Mało brakowało, a pojechalibyśmy na Thassos, miejsca w samolocie były, zabrakło jednego spania. Nie wiem czy to dobrze, czy źle.
        Jestem pod wrażeniem urody wyspy, ludzie niezwykle mili (Gdy na pytanie, czy jestem tu pierwszy raz? Odpowiadałam :"Na Korfu tak, ale w Grecji szósty", uśmiechali się z niedowierzaniem i wykrzykiwali "bravo". Ciekawe, jak zareagowaliby na Bebiaka?)
        Z rzeczy istotnych - kri-kri widziałam 3 razy (za każdym razem za ogrodzeniem) - wniosek: albo zieleń je znakomicie kamufluje, albo luzem nie biegają. Wskaźnik "ośliwości" - zero. Nie widziałam ani jednego osiołka. Cykady mają się dobrze.
        Wróciliśmy szczęśliwi, zadowoleni, ładniejsi (w końcu opalenizna robi swoje!). Złapaliśmy trochę lata (polskie lato- jakie było każdy wie) i perspektywa zimy już nie przeraża.
        Ale powrót był radosny; fajnie było, ale się skończyło. Natomiast gdy wyjeżdżam z Krety mam ściśnięte gardło i łzy w oczach. Zastanawiam się kiedy tam wrócę i nie dopuszczam do siebie myśli, że być może nigdy... Natomiast na Korfu raczej nie wrócę, dla mnie to wyspa na raz... Pozostają zdjęcia i wspomnienia i chyba głównie dlatego zamęczam Was tą pisaniną.
        Nie pisałam o historii Korfu, merytorycznie te zapiski też nie mają wielkiej wartości, ale starałam się pisać głównie o moich odczuciach i wrażeniach.
        Pozdrawiam
        Dorota
        • malgosia-t-13 Re: Sprostowanie i wolne wnioski 26.08.11, 21:28
          Bardzo wdzięczna jestem za Twoją opowieść, bo jakoś do tej pory nie trafiła się relacja z Korfu uzupełniająca wiedzę przewodnikowo-internetową. Z Wysp Jońskich jeszcze ta właśnie mi została… A najlepszy to jest patent z małym pontonikiem do przewożenia rzeczy na odległe i mniej dostępne plaże. Jesteśmy amatorami takiego właśnie spędzania czasu, często nawet taszczymy własny grill żeby móc zostać do ciemnej nocy lub do rana. Jutro kupuję pontonik !
    • dorasia1 Re: From Cofru with love... 28.08.11, 21:43
      Pod tym linkiem jest odrobina zdjęć z wyjazdu.
      Pozdrawiam
      D.
      fotoforum.gazeta.pl/5,2,dorasia1.html
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka