Dodaj do ulubionych

Moje pierwsze greckie wakacje- dzień dziesiąty

11.07.07, 23:30
23.06.2007r. dzień dziesiąty- cholera- jak ten czas leci (tzn „tam” na nie „tu”wink.
Odkładałem i odkładałem powodowany głównie strachem, ale czas zmierzyć się z
wyzwaniem. Na dziś plan jest taki, że trzeba Balos zdobyć. Przed wyjazdem tyle
się naczytałem opisów i o samym miejscu i o prowadzącej tam karkołomnej
drodze. Zastanawiałem się nawet przez moment (Neronka świadkiem) nad
wynajęciem jeepa jakiegoś niewielkiego, ale tu skąpstwo przeważyło. Rodzinka
nastawiona już na ewentualne pchanie pojazdu w przypadku awarii. Ja żeby losu
nie kusić nie sprawdziłem nawet czy w Picando jest zapas i w jakim stanie, nie
sprawdzałem też gdzie lewarek. Najwyżej zawrócę, wstydu przecież nie będzie!?
Temperatury wzrastają z dnia na dzień, więc w dalszym ciągu utrzymujemy
założenia, że wszelkie plażowania w godzinach popołudniowych- stąd na miejscu
planujemy znaleźć się ok. 15.30-16.00. Rano więc żadnego ciśnienia nie ma.
Pobudka skoro świt około 9.00. Tarasowe śniadanko przy cykających tzitzikach i
szumie fal. W oddali kołysze się jakaś niewielka łódka. Cisza, spokój- coś na
co czekaliśmy przez rok. Chłopaki zgodnie wycisnęli sok z pomarańczy. Potem
jak zwykle czas na basen. Woda w nim cieplutka aż miło- żadnego problemu nie
ma, by od razu się zanurzyć. Igor także już widoczne pływackie postępy
uczynił- jego skoki na główkę są już czyste, „decha” się nie zdarza, żabka już
w znacznym stopniu udoskonalona. Obaj synowie- dziwo!- coraz więcej wspólnych
zabaw i coraz mniej kłótni w wodzie- ten kreteński klimat i atmosfera na
wszystkich dobrze działają.
Około 12-tej wyjeżdżamy do Chani. Wczoraj był dzień zakupowy, a dziś jeszcze
chcemy trochę pochodzić po starówce i dokładniej pozwiedzać. Chania to
naprawdę urokliwe miasto; starówka z tymi wąskimi uliczkami, kamienicami,
tawernami i kawiarniami. Widać, że to wszystko pod turystów, ale i tak ma swój
klimat. Pod względem takiego „sprzedawania turystyki” my Polacy musimy się
jeszcze dużo uczyć. Aparat fotograficzny oczywiście wielokrotnie w użyciu.
Rodzinny fotoreporter zapełnił już w ciągu tych dziesięciu dni całą 4-ro
gigową kartę; z tej drugiej, dwugigowej też już około 150 zdjęć napstrykanych
(zgodzicie się chyba ze mną, że pod względem praktycznym te cyfrowe aparaty to
wspaniały wynalazek?)
Zbliża się czternasta- czas podjąć wyzwanie. Skoro cel jest znany, ale nie
wiadomo co nas czeka już bez dodatkowego zwiedzania bocznymi drogami- National
Road i szybko ku przeznaczeniu. Mijamy Kissamos, w Trachios skręt w prawo na
Kaliviani. Zresztą po pierwsze droga jest już znana (wcześniejsza Falasarna),
a po drugie tabliczki z napisem Balos też wskazują drogę. W Kaliviani na końcu
wioski droga się mocno zwęża, przejeżdżamy pomiędzy budynkami. Na końcu wioski
dosyć ostry, aczkolwiek krótki zjazd w dół. Jeszcze kilkaset metrów asfaltu,
który kończy się przy hotelu o tej samej nazwie co dzisiejszy cel podróży.
Przed nami widoczna droga- biegnie raczej prosto, większych zakrętów, zjazdów
i podjazdów nie widać. Nie mniej spięty jestem jak maturzysta pod szyją. Na
granicy szutru i asfaltu zatrzymuję się jeszcze, by dla ostudzenia nerwów
zapalić papierosa (na zewnątrz oczywiście). Raz kozie śmierć- jedynka i do
przodu. I w tym momencie kochani muszę Was rozczarować: nie będzie dalej
mrożących krew w żyłach opisów karkołomnej drogi, walki z grawitacją o to, by
nie spaść w przepaść, opisów arcyniebezpiecznych sytuacji. Z całą pewnością
droga do najłatwiejszych nie należy. Trzeba jechać powoli, ostrożnie, uważając
na te większe kamienie. Ale nie ma ostrych zakrętów stromych zjazdów i
podjazdów (pod tym względem Aradena jest u mnie number one). Droga jest
stosunkowo szeroka- nie ma żadnego problemu z wymijaniem się i wyprzedzaniem
(tzn. to ja byłem chyba dwa razy wyprzedzony przez jeepy). Trasa bardzo
malownicza, bo biegnie wzdłuż półwyspu Gramvoussa. Jadąc „tam” z lewej strony
wysokie i strome zbocze, z prawej nisko w dole morze. Mniej więcej w połowie
drogi mijamy niewielką biała kapliczkę. W okolicy mnóstwo kóz- te z Gramvoussy
są znacznie bardziej towarzyskie od tych z Imbrosa. Gdy się zatrzymujemy
podchodzą do samochodu- nie wzięliśmy pomidorów, ale zakupione ciastka także
bardzo im smakują. Widoki przez cały czas robią wrażenie. Trasa długości około
8 kilometrów trwała około pół godziny do 40 minut (ze względu na nawierzchnię
maksymalny bieg to dwójka) i kończy się parkingiem, na których stoi
zaparkowanych około 20 samochodów. W okolicy jest również jakaś tawerna, ale
tam tylko lody i napoje podają. Oprócz samochodów wita nas kilkanaście kóż- te
już wyjątkowo towarzyskie są, bo jak jedna zobaczyła, że ciastka do kieszeni
chowam to zaszła mnie od tyłu i pysk w kieszeń wsadziła- taka bezczelna była.
Parking jest w takim miejscu, że jeszcze nic nie widać. Jest kamienista
ścieżka, która po około 100 metrach rozwidla się. Tabliczka w prawo pokazuje,
że półtoragodzinny marsz zaprowadzi Cię na koniec półwyspu, ta w lewo mówi, iż
za 20 minut dotrzemy do Balos Beach. Niezbyt wygodna ścieżka prowadzi w dół.
Po kilkuset metrach ukazuje nam się to do czego przyszliśmy- przylądek Tigani
z plażą Balos. Widziałem zdjęcia już wcześniej, ale to co zobaczyłem na własne
oczy przerosło moje największe oczekiwania- widok wspaniały, cudowny,
fascynujący- jakich słów bym nie użył nie oddadzą rzeczywistości. Zamieściłem
zdjęcia już nieco wcześniej, by się przygotować do opisu (i przez parę
forumowiczek wcześniej zostałem nakryty!!), ale one nie oddają rzeczywistości:
fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,65724025,65724025,0,2.html?v=2
Warto tu przyjechać, naprawdę warto. W dole widać dwa stateczki, ludzi
trochę, ale jakby grupowali się na plaży w pobliżu- czyżby zbliżał się czas
powrotu? Ale nas czeka jeszcze droga w dół. Dosyć strome kamienne schody-
trasa przyznać muszę nie najłatwiejsza, ale z całą pewnością lepsza niż na
Preveli. Jesteśmy już na dole. Woda cieplutka, piasek bialutki. Znajdujemy
miejsce na rozbicie obozu. Po nasmarowaniu chłopaków oczywiście do wody, która
jak zwykle jest krystalicznie czysta. Ja idę na krótki rekonesans w kierunku
statków- faktycznie szalupy już przewożą na nie ludzi. Jeszcze pół godziny i
oba pojazdy wodne odpływają. W tym momencie na Balos zostało 20 może 30 osób-
olbrzymia plaża i prawie w ogóle ludzi- cudo. Chłopaki z wody prawie nie
wychodzą. Ja też maska, rurka i dalej eksplorować dno zatoczki. Tutaj
nazbieraliśmy najwięcej muszelek. Jagoda wybrała się na wycieczkę. I
przyniosła z niej smutne niestety informacje. Pamiętacie mój opis z Falasarny
o tych białych posklejanych asfaltem kamyczkach? Tu sytuacja wygląda jeszcze
gorzej. Skały schodzące do morza pokryte są czarnym osadem, w gorącym
powietrzu wyraźnie unosi się smród asfaltu lub smoły. Miejscami ten osad
pokryty jest solą. Jak na tak cudowne miejsce odkrycie to jest doprawdy
niemalże traumatyczne. Także zdjęcia tych skał zamieściłem w fotoforum (link
powyżej). Do tego miejsca trzeba kawałek dojść, więc większość przyjezdnych
pewnie nawet tego nie zauważyła (patrząc na Tigani trzeba iść najpierw w jej
kierunku plażą, a potem skręcić w lewo). Czas upływa nieubłaganie. Ja
zostałbym tu jeszcze do zachodu słońca, ale Jagoda ma obawy co do drogi
powrotnej po ciemku. Szkoda- magiczne miejsce praktycznie bez ludzi. Kamienną
ścieżką udajemy się do góry na parking. Jeszcze ostatnie zdjęcia przy już dość
nisko znajdującym się słońcu. Droga w górę po dosyć stromych kamiennych
schodach nie należy do przyjemności. W końcu udaje się nam dojść do samochodu.
Oczekują nas oczywiście kozy. Znowu ciasteczka. Jedna- taka wyjątkowo
bezczelna pomyliła ciastko z moim aparatem i dosłownie próbuje wyrwać mi go z
rąk- wprost trzeba się od nich opędzać. Droga powrotna nie stanowi już żadnego
problemu, choć oczywiście dalej trzeba jechać
Obserwuj wątek
    • barbelek Moje pierwsze greckie wakacje- dzień dziesiąty 12.07.07, 00:44
      Droga powrotna nie stanowi już żadnego problemu, choć oczywiście dalej trzeba
      jechać ostrożnie i powoli. Tak nawiasem mówiąc to ten prawdziwy opis drogi jest
      tylko dla uczestników tego forum- na tym ogólnym będę wszystkim odradzał
      samodzielną jazdę, bo miejsca do którego dotarliśmy naprawdę szkoda reklamować-
      niech jak najdłużej pozostanie niedostępne. Już sobie wyobrażam te tłumy, gdy za
      kilka lat (oby nie) nawierzchnia zostanie pokryta asfaltem. Po kilkudziesięciu
      minutach jesteśmy już na National Road. Kolację postanowiliśmy zjeść w pobliżu
      miejsca zamieszkania. Nasz wybór padł na tawernę w miejscowości Kalathas
      (knajpka przy drodze tuż przed plażą z wyspą na Akrotiri, dosłownie z ulicy
      wchodzi się na tars; niestety nie wzięliśmy wizytówki i nie pamiętam nazwy).
      Polecam miejsce, bo jedzonko wyśmienite. Tutaj po raz pierwszy (i jedyny-
      nigdzie indziej nie trafiliśmy) serwowano świeży sok z Water Melon’a. Nawet nie
      przypuszczałem, że sok z arbuza może być tak smaczny. Do raki serwowanej na
      koniec dosiadł się do nas przesympatyczny kelner. Rozmowa prowadzona łamaną
      angielszczyzną przebiegła w uroczej atmosferze. Po posiłku do hotelu, jak zwykle
      basenik. Chłopaki, aczkolwiek niechętnie, spać. A my- no co. Taras, cykady,
      fale, rogalik księżyca, jego odbicie na morzu, leciutka bryza od morza, retzina
      (mi bardzo podpasowało to wino). Bajko, bajeczko proszę.... Ty wiesz o co.
      • gacek95 Obecna:) 12.07.07, 09:01
        No to jadę, Barbelku dziękuję za ten optymistyczny opissmile
      • eridan Re: Moje pierwsze greckie wakacje- dzień dziesiąt 12.07.07, 09:05
        Okolice półwyspu Gramvoussa zwiedzałem dość niedawno, wędrując na piechotę jak
        również opływając go stateczkiem, co też ma swój urok i muszę stwierdzić, że
        jest to miejsce wręcz stworzone dla fotografów (których spotkałem tam w różnych
        miejscach z drogim sprzętem i statywami, czekających na możliwość zrobienia
        pieknego zdjęcia). Mogłem jedynie zazdrościć miejscowym, że mogą sobie
        fotografować ten cud przyrody w różnych warunkach atmosferycznych i o każdej
        porze doby.Pzdr
        • eridan Re: Moje pierwsze greckie wakacje- dzień dziesiąt 12.07.07, 09:20
          I zapomniałem dodać słowo o fascynującej twierdzy Gramvoussa, do której jednak
          nie można się dostać bezpośrednio z półwyspu, gdyż mieści na wysokiej wysepce.
          Twierdza ma swoją szaloną historię, sięgającą czasów walk Wenecjan i Turków,
          pirackich batalii wokół warowni. Wrak statku przybyłego z Libii pod twierdzę
          świadczy również o niezwykłych walorach strategicznych tego miejsca i o pewnych
          trudnościach żeglarskich w tamtym rejonie (płycizny, skały).Pzdr
        • lukiszymi Re: Moje pierwsze greckie wakacje- dzień dziesiąt 12.07.07, 09:22
          Masz rację Berbelku, to miejsce jest wspaniałe!! Jestem juz obejrzeniu zdjęć,
          ta woda, piasek...no bajka, jak piszeszsmile Szkoda tylko ze ten asfald i ten
          smród...oj szkoda.
          Serdecznie pozdrawiam przy porannej kawie.
      • hania404 tez jestem:-) dzis troche... 12.07.07, 09:55
        ... spozniona! ale fajna rekacja, a Barbelek ma racje: utrzymujmy w tajemnicy
        jak naprawde wyglada ta droga - im mniej tam turystow tym lepiejsmile
        aha! i wiem juz co cyka w nocy: to GRILOS, w odroznieniu od cykad (tzitzikas)
        ktore nadają w dziensmile
        • gacek95 grilos i cykada 12.07.07, 10:27
          www.animalplanetbrasil.com/insetos/insetos_saltam/insetos_grilos/index.shtml
          www.animalplanet.pl/owady/owady_latajace/cykady/index.shtml
          • gacek95 a to tzitziki ;) 12.07.07, 10:31
            en.wikipedia.org/wiki/To_Tzitziki_Kai_I_Parea_Tou
            • gacek95 tzitziki na serio 12.07.07, 10:33
              flickr.com/photos/flioukas/684058136/
              • hania404 czyli mamy jasnosc 12.07.07, 10:47
                co nam gra do tzatzikow i retsinysmile dzieki gacku! moja wiedza przyrodnicza
                znacznie sie poszerzyłasmile
      • gacek95 Barbelku a masz zdjęcia z Aradeny- drogi? n/t 12.07.07, 11:58
        • barbelek Gacku kuchana- dla Ciebie wszystko 12.07.07, 17:27
          Powalczyłem, pozmniejszałem i wrzuciłem Aradenę tu:
          fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,65805126.html
          • megalonissos Re: Gacku kuchana- dla Ciebie wszystko 12.07.07, 22:02
            Melduję się i ja - kolejną relację przeczytałam. Sok z arbuza jest smaczny a i z
            kiwi również ! Owadów raczej nie lubię ale tzitziki bardzo bardzo. Pierwszy raz
            słyszałam je na Rodos. Piszesz zajmująco ale czemu musiał być papierosik ? /
            bardzo walczę z tymi, ktorzy palą/.
            • barbelek Elwiro- na głupotę naprawdę nie ma rady 12.07.07, 22:50
              wiem, że palenie to idiotyzm, próbuję walczyć z tym nałogiem. W domu i w
              pomieszczeniach w ogóle nie palę. Staram się i trzymaj za mnie kciuki. Podobno
              ludzie na starość mądrzeją?!
              • gacek95 Mądrzeją na starość 13.07.07, 08:21
                ja jestem tego fragmentarycznym przykładem: wyobraź sobie Barbelku, że przez
                kilka lat paliłam paczkę dziennie nieznosząc jednocześnie smaku papierosów!?!?
                to dopiero głupota! I pewnego razu odeszło ode mniesmile niestety na rzecz słodyczy..

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka