ydorius
12.05.09, 14:05
Osobiście uważam, że jazda ścieżką rowerową jest niebezpiecznym, żmudnym i
niezdrowym zajęciem i że z dwojga złego (choć to jak wybór między ptasią a
świńską grypą) lepiej już jechać ulicą.
1. Ścieżek nie ma. Sieć ścieżek w Warszawie, choć stale rosnąca, jest siecią
iluzoryczną. Gdyby rowery miały tę cudowną właściwość, że znikałyby w
momencie, gdy ścieżka się kończy, zaś pojawiały w momencie gdy ścieżka
zaczyna, rowerzysta więcej czasu spędziłby w takim teleporcie, niż właściwie
pedałując. Warszawskie ścieżki są niestety poszarpanymi fragmentami i nie
stanowią właściwej sieci. Momentów, w których ścieżka zmienia się w
eksperymentalne pole ryżu (Wołoska, róg Racławickiej) albo kończy się
niespodziewanie wystającym krawężnikiem, za którym zieje rów (Al.
Jerozolimskie na wysokości Blue City) nie jest wcale mało. Nie mówiąc o tym,
że nawet jeśli ścieżka idzie "jednym cięgiem", to i tak rowerzysta co i rusz
napotyka niespodzianki w stylu dziwnie wyżłobionej nawierzchni (Sobieskiego w
okolicy Dolnej) czy przejazdu przez pasy z krawężnikami wysokości 15
centymetrów (Puławska w okolicy Naruszewicza).
2. Ścieżka boli. Jazda po czymś na kształt kostki Bauma (dziurawej zresztą
zazwyczaj), odbijanie się od krawężników, a nawet konieczność zjeżdżania z
nagle urywającej się ściezki w pola ryżu czy na ulicę - boli. Pół biedy, jeśli
się jechało daną ścieżką razy pięćdziesiąt i ma się obcykane wszystkie wądoły
i pułapki - wówczas stosuje się środki zaradcze. W innym przypadku jest to
rajd po "złotego hemoroida".
3. Ścieżka buduje poczucie bezpieczeństwa. Złudne zresztą. Raz na ścieżce
wgryzło się we mnie jakieś bachorzę, które urwało się rodzicielce ze smyczy i
wpadło z półobrotu na ścieżkę. Jechałem wolno, więc szczęka bachorzęcia tylko
odcisnęła swój ślad, gdybym jechał szybciej, to bym ją pewnie zabrał za sobą.
Ścieżka rowerowa, jak sama nazwa wskazuje, służy dzieciom, psom, staruszkom
idącym ławą, matkom z wózkami (również w szyku bojowym), ludziom z parasolami,
drabinami, kijami do polo i czego tam jeszcze. Przeszkody te pojawiają się na
ścieżce w sposób losowy i nieprzewidywalny. W rezultacie nie raz czułem się
jakbym grał na symulatorze jazdy rowerem, przechodząc kolejne poziomy.
4. Ulica ma również swoje wady. Nie ma pobocz, ucieczka na chodnik utrudniona
jest przez łańcuchy i krawężniki (nie mówiąc o pieszych, ale oni akurat mają
prawo stać i się gapić), ale jednak, mimo wszystko, na ulicy rowerzysta jest
tym słabszym. Co wymusza na rowerzyście ostrożność, czego nie można powiedzieć
o ścieżce. Poza tym ulice są wszędzie, czego nie można powiedzieć o ścieżce. I
w zasadzie, jeśli zaakceptuje się jedną jedyną Świętą Zasadę Rowerzysty:
"Nawet jeśli masz pierszeństwo, i tak nie masz pierszeństwa", to w sumie da
się jeździć.
m,
.y.