stara_dominikowa
23.12.09, 13:51
Tak sobie myślę, że w poprawnych, edukacyjnych polskich serialach panują
zależności feudalne.
W tych wszystkich M jak miłościach, Klanach i innych Na dobre i na złe jest
warstwa inteligencka ze swoim życiem pełnym moralnych dylematów, rzucaniem
pracy z powodów honorowych mimo stada głodnych dzieci w domu oraz warstwa,
której życie toczy się na orbicie tych pierwszych. Doktorostwo Lubiczowie,
sędzia Mostowiak czy inne rekiny biznesu z "Na Wspólnej" nie zadają się na
płaszczyźnie towarzyskiej z barwnymi i rubasznymi Heniami - majordomusami,
paniami Steniami - gosposiami czy Żanetką manicurzystką. Doły prowadzą swoje
życie gdzieś w sutenerach serialowych, mają meblościanki zamiast plazmy na
ścianie, radzą się "panów" w każdej sprawie, słuchają nabożnie rad i mówią
śmieszne rzeczy, które wywołują u Panienek i Paniczów pobłażliwy uśmieszek.
Odnoszę wrażenie, że scenarzystów tak pochłonęła edukacja społeczeństwa w
zakresie hiv, adopcji, alkoholizmu, że zapomnieli o zburzeniu tej bariery.
Rozumiem, że może ideą jest trafienie do szerokiego kręgu odbiorców, ja jednak
nie chciałabym identyfikować się z córką Lubiczów pobłażliwie uśmiechającą się
do gadatliwej gosposi tak samo jak z Heniem, chłopem pańszczyźnianym u
chodzącej po domu w piżamie i szpilkach Marty M. Taki sobie "Dom", czy "Daleko
od szosy" nie dzielił ludzi tak banalnie, nie tworzył barier nie do pokonania,
te światy się przenikały.
Mam obsesję? Tak mnie demokratycznie natchnęło w czas przesilenia
zimowego...