teodozja_600n
19.08.10, 20:50
Na początek chciałam serdecznie przywitać wszystkie dziewczyny i
wszystkich rodzynków. Od ponad roku śledzę Wasze forum, choć jeszcze
nigdy sama nic nie napisałam. Nie wiem do końca czemu, raczej nie z
nieśmiałości, prędzej z braku czasu, w każdym razie biję się w
pierś, bo myślę, że powinnam się wcześniej przedstawić, zamiast
tylko czytać, nie powinnam być takim "podglądaczem". Postaram się to
nadrobić, jeśli pozwolicie, mam na imię Iza, mieszkam na warszawskim
Grochowie. Motocykle były moją pasją od wielu lat, ale przez długi
czas nie mogłam sobie pozwolić na spełnienie marzenia o posiadaniu
dwóch kółek, jedyne co mnie pocieszało, to dziesiątki modeli stojące
na moich półkach. W końcu znałazłam czas na zrobienie prawka, zdałam
egzamin na jesieni i zaczełam się zastanawiać, co kupić, na początek
chciałam coś niedużego, spodobała mi się Honda VTR 250, poszłam do
salonu i wyszłam z Hondą CBF 600 NA. Pomyślałam sobie, że na głowę
upadłam, przecież nie mam doświadczenia w jeździe, nawet samochodem,
a ja tu od razu 600, na warszawskie ulice, zdawałam sobie sprawę, że
pierwszy raz 600-tką przejadę się dopiero swoją własną, i to kupioną
na kredyt, a jednak zaryzykowałam. I nie żałuję. Bałam się, ale
stwierdziłam, że sobie poradzę, miałam dobrą szkołę, dobre wsparcie.
Podczas kursu zapoznałam się z moją instruktorką (bo akurat trafiła
się dziewczyna, co było super, bo miałam dodatkowy argument, że baby
też mogą). No i ja na wiosnę do tej baby dzwonię, że skoro mnie
nauczyła, że skoro (jak twierdziła) najlepiej z jej kursantów
zrobiłam zjazd z Siekierkowskiego, to ona musi teraz ze mną po motor
pojechać i ze mną jeździć, bo sobie kupiłam i teraz już nie ma
wyjścia, bo nie mam z kim. Od tej pory zaprzyjaźniłyśmy się,
zjeździłyśmy razem parę tysięcy kilometrów, poznałam jej chłopaka,
znajomych, mieszkałyśmy obok siebie, było super. Może dlatego nie
odzywalam się na forum, miałam mało czasu na nowe znajomości, za
dużo spraw na głowie, a Kinga mi wystarczała za wszystko, za
przyjaciółkę, za towarzyszkę na drodze, za nauczycielkę. Śmiałam sie
nawet, że mam swojego osobistego instruktora. A ona się cieszyła, że
może komuś pomagać, była dumna z każdego mojego postępu. Dzięki
Kindze nie miałam wątpliwości, że się da, nawet jak na początku było
trudno, nawet jak wszyscy dookoła mówili co innego. Kochała
motocykle i zarażała tą pasją... Podziwialam ją, że jeździ z
kursantami siedząc za nimi na motocyklu, narażała się, ale potrafiła
wyłapać błędy, czasem nawet uratować skórę... Sama jakiś czas temu
straciła bliską osobę w wypadku motocyklowym i mówiła mi, że zrobi
wszystko, żeby jak najlepiej nauczyć innych, nawet jeśli miałaby
ryzykować. Pamiętam te nasze jazdy, jak rok temu wiozłam ją po
mieście, ona mi do ucha powtarzała jak mantrę, że "kierowca powinien
być zawsze uważny i przewidujący", a ja się w tym czasie mordowałam
z motocyklem i z nią na plecach, bo musiałam zawrócić w ciasnej
uliczce, więc nie wytrzymałam i jej palnęłam "nie bądź taka mądra".
Potem mi to sto razy wypomniała i sto razy się z tego śmiałyśmy.
Pamietam jak wyprzedził nas rowerzysta, mimo, że wydawało mi się, iż
jadę szybko, uśmiałysmy się, że straszny obciach. Ale to był jakiś
kolarz chyba, więc obciach nie był aż tak duży. Pamiętam jak na
początku mojej nauki na placu zgłosilam, że zaciął się
prędkościomierz, bo pokazuje maksymalnie 20 km/h, a ja przecież
pędzę na złamanie karku. Okazalo się, że prędkościomierz był
dobry... Na początku się wkurzałam, że muszę ją dzwigać na
motocyklu, ale tak na prawdę dzięki temu więcej się nauczyłam i
odważyłam się kupić większy, czyli taki, jaki na prawdę chciałam. W
dodatku Kinga miała taki sam, to również mnie ośmieliło. Od
pierwszych godzin nauki jazdy do ostatniego wakacyjnego wyjazdu
Kinga uczestniczyła w moim motocyklowym życiu. To nie trwalo
przecież długo, bo niby znałyśmy się rok, ale motocykl mam niecałe
cztery miesiące, ale wydarzyło się tak wiele fajnych rzeczy przez
ten czas, tak się zżyłyśmy, tyle piwa się przelało, tak się
cieszyłam z tej znajomości i wiem, że to była radość
odwzajemniona... Takie kumpele na dobre i na złe, miałysmy dużo
wspólnego, te same pasje, takie same motocykle, obok siebie
mieszkałyśmy, obok siebie pracowałyśmy, jeździlyśmy tymi samymi
drogami, słuchałyśmy tej samej muzyki. Nawet lat miałysmy dokładnie
tyle samo, tyle samo wzrostu i tyle samo wagi, serio. Tylko ona się
na rudo farbowała. Charaktery miałyśmy różne, ale dzięki temu
uczyłyśmy się od siebie nawzajem tego, czego nam samym brakowało.
W niedzielę wieczorem Kinga miała wypadek na zjeździe z
Siekierkowskiego w stronę Gocławia. Wpadła w nawałnicę,
prawdopodobnie silny podmuch spowodował, że straciła panowanie nad
motocyklem. Uderzyła w stalowy słup, pomiędzy ekranami
dzwiękochłonnymi, niestety nie przeżyła... Dopiero dziś jestem w
stanie o tym napisać... Uczyła w dwóch szkołach, w Linii i w
Babskiej w Wawie, moze ktoś z Was ją znał, może kogoś uczyła.
Spontaniczna, śliczna i wesoła dziewczyna, choć czasem trzeba było
do niej trochę cierpliwości...
Kochała swój motocykl, tak go kochała, że po wypadku nie miałam siły
go kopnąć, choć strasznie chciałam. Stoi tam gdzie zwykle, tylko
troche porysowany, w sumie prawie nic mu sie nie stało. Ale wiem, ze
to nie wina motocykla, to raczej nieszczęśliwy zbieg okoliczności,
być może Kinga nie spodziewała się takiej nawałnicy po drugiej
stronie jak wjeżdzała na trasę, nie miała dokąd uciec, a tam nie ma
sie gdzie zatrzymać, schować, do bezpieczniejszego miejsca zabrakło
jej kilku metrów... Codziennie jeżdżę ta samą drogą... Zgineła na
ślimaku, który kiedyś podobno przejechałam najlepiej z jej
kursantów, zawsze jak na niego wjeżdzałam to sobie o tym z dumą
przypominałam. Dziś już zawsze będzie będzie to dla mnie tragiczne
miejsce.
Dopiero zaczynam swoją przygode motocyklową, ale wydaje mi się, że
już sporo się nauczyłam. Wskoczyłam na głęboką wodę i chyba daję
sobie radę. Początki były stresujące, oczywiście bałam się pierwszej
gleby, pierwszego deszczu, pierwszy raz wjechać w korek. Dziś się
czasem trochę z tego śmieję, bo po kilometrze przejechanym przez las
w sypkim piachu, czy po wjechaniu po kamieniach pod zamek w Janowcu,
czy jechaniu kilometrami przez remontowane odcinki dróg odkryłam,
że to wszystko da się przeżyć. I deszcz okazał się nie tak straszny,
teraz to mi tylko zależy żeby rano nie padało, bo w pracy głupio
siedzieć w mokrych ciuchach, a potem to już trudno. Ale tak jak
pierwszego deszczu, bałam się również pierwszej śmierci
motocyklowego kompana, miałam nadzieję, że tego nie doświadczę...
Niestety doświadczyłam, i to szybko. Bardzo boli... Nie tylko mnie,
wszyscy co znali Kingę nie mogą w to uwierzyć... Brakuje mi jej...
Nam wszystkim jej brakuje... Wiem, że wielu z Was mnie rozumie.
Dlaczego nick teodozja? Kinga tak do mnie mówiła, powiedziała
kiedyś "wybieraj - Brunhilda albo Teodozja". Nie wiem czemu to, ale
z dwojga złego wybrałam Teodozję i śmiałam się, jak mnie tak
przedstawiała swoim znajomym. Swojemu chłopakowi i niektórym
kursantom również nadała własne imiona, pewnie nawet o tym nie
wiedzą... Taka była, lekko postrzelona. Tylko ona potrafiła
przytroczyć na tylne siodełko za pomocą siatki dwa litrowe napoje,
tort i dwie surowe ryby i przejechać z tym przez całą Warszawę. Ja
bym pewnie wolała to wszystko kupić pod domem, no bo jak to
przewieźć bez plecaka, ale Kinga nie miała takich ograniczeń.
Uwielbiałam to w niej.
Dzięki Kindze poznałam kilka fajnych osób, które uczyła, i które
dorobiły się już własnego motocykla, jeździmy czasem razem. Mam
nadzieję, że i z Wami się kiedyś spotkam na trasie czy na Babozlocie.
Ten post to zarazem przywitanie i pożegnanie, tak trochę dziwnie
wyszło, powinno być wesoło a jest smutno...
...Trzymaj się KINGUŚ kochana! Nawet nie