pszczola35
13.04.11, 15:38
Dosyć długo zastanawiałam się, czy opisać Wam ostatni mój wyjazd z przyjaciółmi w Polskę...Dlaczego? Bo niecodzienny... I być może pod moim/naszym adresem będą padały dosyć ostre słowa krytyki, ale spróbuję :)
W minioną sobotę udaliśmy się do Tomaszowa Lubelskiego, w ostatnie odwiedziny naszego, wspaniałego przyjaciela Lucjana. Jak wiadomo nie były to radosne okoliczności. Do ostatniej chwili było wahanie, czy jechać na motocyklach, czy też samochodami?
Rozmowy trwały aż do sobotniego poranka, kiedy to po skontaktowaniu się z chłopakami i padła decyzja - motocykle. Pomimo że pogoda była niepewna, a ja z uwagi na problemy zdrowotne, nie mogłam sama pokierować Maczkiem, tylko opcjonalnie plecakować.
Jednakze za namową przyjaciół wpakowałam strój i akcesoria do mojego"enduro", aby dojechać do domu moich serdecznościowych i tam (ewentualnie) przesiąść się na motong...
Za zgodą wspaniałej pary - cejotów, wpakowałam się jako plecak Czarkowi (cejotowi) na siodło i zegnani przez Kasię i dzieciaki, ruszylismy do Kobyli, na spotkanie z kolejnym kolegą, który tam na nas czekał. Za nami jechał inny, ale autem ( jadac az z Gdańska).
To co działo się na trasie przeszło najśmielsze nasze oczekiwania, jesli chodzi o kaprysy aury: Porywisty wiatr, który spychał motongi na obrzeża dróg, zacinający deszcz, gradobicie i do tego w drodze powrotnej niska temperatura powietrza, nie nastrajałyby optymistycznie, gdyby... Nasze łepetyny nie były nabite ogromną chęcią pożegnania Lucjana z kaskami w rękach, oddania mu hołdu poprzez warkot maszyn przy miejscu wiecznego spoczynku...
Zmarznięci, skostniali ze skupionymi twarzami i radością z dotarcia do celu, dojechalismy na cmentarz.
Troszkę spóźnieni, ale jednak razem z innymi kolegami i koleżankami, moglismy odprowadzić prochy naszego przyjaciela... Po uroczystosci dotarlismy do Jego domu rodzinnego, gdzie bardzo serdecznie przyjeła nas Lucusiowa rodzina. :) Jak to zwykle bywa wśród braci motocyklowej, było i sporo zadumy, ale też i humoru, tak dla nas charakterystycznego, jak i dla samego Lucjana, który zawsze służył nam radą, pomocą, gościnnością i uśmiechem :)
Po paru godzinach wspólnie spędzonych, czas na powrót... W niższej temperaturze, przy przejmującym wietrze,ale z bananem na twarzy...Ze jednak warto było! :)
Twardzieli było pięciu i jako "pasożyt" na plecaku.
Tym opowiadaniem chcę złozyć jeszcze raz podziekowania cejotowi, Bandziorkowi, Lukowi, Dziadkowi i marcoji, za tak niesamowitą desperację i ogromną wiarę, że jednak motocykliści wszędzie dojadą, jesli tylko tego bardzo chcą... I potrafią wspierać się nawzajem, poprzez troskę i asekurację na trasie w tak trudnych warunkach pogodowych.
Dla Lucjana i Was moi przyjaciele,
Aga :)