friendzone
27.05.24, 12:57
Cześć.
Utkwiłem we friendzone i nie jestem w stanie z niego się wyplątać.
Nie dotarło to do mnie zbyt szybko, gdyż byłem niesamowicie zakochany i od początku myślałem, że i ona również.
Są dwa problemy. Telefon i seks.
Uzależniła się od telefonu kilka lat temu i mam wrażenie, że ciągle siedzi ze wzrokiem wbitym w telefon. Czasem oglądamy razem filmy, ale tak naprawdę to ja oglądam, a ona patrzy w telefon. Rozmowa z kimś takim to jak rozmowa z zombie, niby odpowiada: „uhm, uhm, uhm”, ale później się okazuje, że niczego nie pamięta.
Drugi problem to seks. Czasem uprawiamy seks. Ona też lubi mówić o seksie. Często rzuca jakimiś aluzjami odnośnie seksu. Problem tylko leży w tym, że kiedy próbuję zainicjować seks, to mam wrażenie, że ona odgania mnie jak natrętną muchę. Dosłownie NIGDY nie zgadza się na seks inicjowany przeze mnie. Czasem po prostu przychodzi do mnie, zrzuca ciuchy i kładzie się obok z miną: „TERAZ”. Nauczyłem się, że słowo „jutro” nie oznacza, że jutro będziemy się kochać, tylko oznacza, że dzisiaj nie będziemy. Nauczyłem się też, że jeśli ona mówi, że dzisiaj będzie zajebisty seks, to oznacza, że dzisiaj na pewno nie będzie seksu. W sumie, to nie jesteśmy parą, tylko współlokatorami, którzy czasem ze sobą sypiają. Nie wspomniałem jeszcze, że mieszkamy razem? Owszem, mieszkamy. W sumie to już od kilkunastu lat. Ale od dłuższego czasu jestem tak zmęczony sytuacją, że przestałem inicjować seks. Całkiem. Nie muskam w przejściu, nie dotykam absolutnie rękami, tylko przytulam, nie podchwytuję rozmowy z podtekstami, bo wiem, że i tak nic z tego nie będzie.
I czuję się winny.
Ostatnio tak po kilkunastodniowym poście spotkała mnie gdzieś w piwnicy, przytuliła się i powiedziała: a może byś tak od czasu do czasu mnie przeleciał, co? Powiedziałem, że nie ma problemu, że mogę od razu, ale oczywiście nie teeeeraz… Tego wieczora seksu nie było. Zdarzyło się też raz, że jedliśmy kolację, ja w ciszy, ona z nosem w telefonie, wspominamy, że jesteśmy zmęczeni, a wczesna pora, podnosząc wzrok stwierdziła: zjemy i chodźmy na górę się pobzykać! W sumie to skinąłem głową, a ona zjadła, poszła do łazienki i siedziała na telefonie 40 minut, a potem kąpała się 20 minut. Oczywiście o żadnym seksie nie mogło być później mowy. Jakiś czas temu w ciągu dnia usłyszałem kilka razy „a dzisiaj środa – dzień loda”. Idiota – zapomniałem o zasadzie, że jak jest mowa o seksie to nie ma mowy o seksie. Wykąpany, czyściutki przyszedłem do sypialni, za chwilę pojawiła się ONA, w samych majteczkach, wyglądała zjawiskowo, zapomniałem się, zacząłem całować, ale ona każe zaczekać, mówiąc, że zaraz się pokochamy, musi tylko maila wysłać, coś ważnego do pracy. Trwało to 10-15 minut, bo z jednego maila zrobiły się 4, po czym ubrała bluzkę od piżamy i „sorry, ale dzisiaj już jestem za bardzo zmęczona”.
Po czymś takim leżę i nie mogę zasnąć, mając samopoczucie zanadto obniżone.
Zawsze wtedy zastanawiam się, jak to jest, tyle się teraz mówi, że kobieta zawsze ma prawo odmówić seksu. Pamiętam awanturę, którą mi zrobiła kiedy jeden raz odmówiłem jej seksu, ale było to na początku naszego małżeństwa, jeszcze nie znałem wszystkich zasad w nim panujących. Czy wspominałem już, że jesteśmy małżeństwem? Jestem na nią wściekły, za to jak mnie traktuje, rozmowy i zwiększanie mojej strefy „sprzątania i ogólnej pracy w domu” nie przyniosły żadnego rezultatu. Kiedy przychodzi do mnie nago, nie jestem w stanie jej odmówić, mimo że chciałbym, ale jestem facetem i potrzebuję i to jedyna moja okazja. Ale to nie przeszkadza, żeby czuć się po takim seksie jak gówno.
Mam czterdziechę i zapieprzam od rana do popołudnia, zawożę dzieci na zajęcia dodatkowe, dzień w dzień pracuję przy domu lub sprzątam, mam na głowie pracę, rachunki, kredyt na dom, wykształcenie dzieci i żonę-zombie, która czasem decyduje o mojej przyjemności i jedyne co daje mi nadzieję na przyszłość, to wyprowadzka i rozwód za 10-11 lat, kiedy dzieci będą już dorosłe. Oczywiście mógłbym zrobić to teraz, ale widywałbym je pewnie tak rzadko, że to absolutnie nie wchodzi w grę.