frygija
13.03.05, 01:50
Ogladalam po raz pierwszy i wielkie rozczarowanie - kolejna wariacja na temat
mlody prawnik kontra zla korporacja ala John Grisham. Z taka roznica, ze tu
mlodym prawnikiem jest pomoc biurowa Julia Roberts. Przedstawiciele
korporacji w scenie kiedy przychodza do kancelarii w sprawie ugody - czy te
postaci nie mogly byc juz bardziej stereotypowe - 3 roboty ubrane w garnitury
z niezmienionym wyrazem twarzy i oczywiscie bez serca zeby sie lepiej
skontratowali z dobra i szlachetna Julia.
Teraz o Robersts - czy to jest rola na oscara? zagrala tam poprawnie, ale
zeby od razu najlepsza aktorka roku? Albert Finney przewyzszal ja w kazdej
scenie.
I jeszcze o muzyce - nie bylo tam tego wiele, ale co mnie od pewnego czasu
denerwuje u hollywodzkich kompozytorow to powtarzane w kazdym filmie motywy
muzyczne - tu ledwo pojawily sie napisy poczatkowe ja zaczelam sie
zastanawiac gdzie ja to slyszalam, w polowie filmu zaswitalo - american
beauty, sprawdzilam pozniej na imdb i okazalo sie ze mialam racje. Niestety.
Thomas Newman pisal muzyke do obu. Wydaje mi sie, ze to lenistwo ze strony
kompozytorow, bo moje niewprawione ucho nie powinno chyba takich detali
wychwytywac.
Ogolnie znacznie ponizej oczekiwan. Rozumiem, ze historia na faktach ale po
co walkowac jeszcze raz cos juz zostalo opowiedziane przez hollywood
dziesiatki razy?