Dodaj do ulubionych

Dr Krisk i niezwykle spotkanie w podrozy....

28.10.05, 01:50
Jechalem, jechalem i pod Nowy Jork miasto dojechalem, w okolice obskurne,
ciemne ale niezwykle tanie. Gdzie motel o wdziecznej nazwie Econo Lodge sie
znajdywa, w cenach umiarkowany, chedogi i nie stwarzajacy problemow w
rodzaju: czy wypada samemu wtachac walizke, czy nie? Komu dac napiwek i ile?
Do czego sluzy ten przycisk???? Aha.. do wzywania kelnera.... ojej, po co
bylo wciskac... herbate z cytryna poprosze....
No wiec zjezdzam z ruchliwej podmiejskiej drogi, zainstalowywuje sie,
mietkosc loza (queen bed! A co!) podskokami badam i wychodze gwoli
zaopatrzenia sie w to co zwykle. Piwo znaczy.
Ide przez jakies blota prawie poleskie, ciemno, z boku ryczy ruchliwa droga,
dochodze do niedalekiego budynku, klub jakis, zamkniety. I nagle oko moje, do
amerykanskiej mowy juz przyzwyczajone, poraza napis w jezyku niewatpliwie
rodzimym: W SOBOTE - MANDARYNA!!! Otoz owa gwiazda nasza silikonowa, malzonka
Wisnieskiego Michala, co to jakies platynowe (chyba) plyty nagrywa, w
czasopismach kobiecych stale bywa, tu w amerykanskim kraju za gastarbetera
rozrywkowego robi, po klubach podejrzanych jezdzac!!!!

Przez chwile podly rechot mnie za gardlo chwycil, ale zaraz mi przeszlo...
Jakos mi sie tej glupiej dziewuchy zal zrobilo. Obskurnosc miejsca byla
przytlaczajaca, pewien jestem ze na jej wystep przyjdzie troche podpitych
polonusow, a ta nieszczesna bedzie musiala sie do nich szczerzyc, udajac ze
spiewa.
I zawsze jak bede widzial jej biedna ziemska powloke silikonem wzdeta, z
jakims wspolczuciem przypomne sobie to zadupie do kwadratu, w ktorym zmuszona
jest zarabiac niewielkie przeciez pieniadze.
Piwo bylo niedaleko, nabylem i wrocilem gwoli konsumpcji oraz powyzszych
rozmyslan.
KrisK
Obserwuj wątek
    • quarantine Re: Dr Krisk i niezwykle spotkanie w podrozy.... 28.10.05, 08:00
      Zastanawiam się, co drKrisk chciał wyrazić swem postem. Pogardę dla drugiego
      człowieka, czy rzeczywiste współczucie? Każdy orze jak może, jak to się mówi.
      • daria13 Re: Dr Krisk i niezwykle spotkanie w podrozy.... 28.10.05, 08:57
        Pochlebiam sobie tym, że zdaje mi się, że Kriska już trochę poznałam i w
        związku z tym nie budzi u mnie cienia podejrzenia intencja powyższego wątku. I
        tak jak chronicznie nie cierpię nieszczęsnej Mandaryny i we mnie ten post
        wzbudził cień współczucia. Jest to poza tym ciekawostka, że nasza "gwizda" w
        Hameryce występuje. I tak sobie myślę, że może nie ma co współczuć, bo ona z
        pewnością sobie to wszystko tłumaczy koniecznością wyższą i pociesza się, ze
        wiele późniejszych gwiazd też tak zaczynało.
        Pozdrawiam:)
        • mamarcela Re: Dr Krisk i niezwykle spotkanie w podrozy.... 28.10.05, 09:24
          Dżizaz, aż mi się zimno zrobiło przez to wartościowanie. Nie i jeszcze raz nie.
          Nie oceniajmy postów pod względem etycznym. Stanowczo protestuję przeciwko
          kojarzeniu „pogardy dla drugiego człowieka” z dr.KrisKiem. Doktor K. jest
          pogodnym obserwatorem życia i ludzkości jako takiej, a ponieważ jest osobnikiem
          obdarzonym znakomitym poczuciem humoru, jego ogląd świata i siebie samego jest
          jaki jest. Obserwacja, którą przekazał w swoim poście, jest rodzajem refleksji
          o pop kulturze, bohaterach masowej wyobraźni, i nie można na podstawie tego
          postu oceniać stosunek dr.K. do „drugiego człowieka”, bo Mandaryna jako taka
          człowiekiem nie jest. Człowiekiem jest Marta W., a tej dr.K. po prostu nie zna.
          I ma prawo krytykować a nawet wręcz „gardzić” silikonowym wizerunkiem
          Mandaryny, nie myśląc o tym, że ona biedna porzucona przez męża, chora i na
          waciki musi w nędznych spelunach hameryckich zarabiać. Ponieważ krytykując
          Mandarynę ocenia nie człowieka a produkt.
          Osobiście znam parę takich „produktów”, których prywatnie uwielbiam, uważając
          jednocześnie ich wizerunki publiczne i tzw. twórczość za wybitnie obciachowe.

          mamarcela z upodobaniem kupująca ostatnio na jajeczne prezenty dla
          znajomych „Herbatkę odchudzającą Mandaryna” z wizerunkiem rzeczonej artystki na
          pudełku

          PS. Po zastanowieniu stwierdzam, że kupowanie tejże herbatki jest okazywaniem
          współczucia , bo każde zakupione opakowanie przyczynia się do pomnożenia
          majątku artyski, coby się po tych spelunach nie musiała produkować.
          • quarantine Re: Dr Krisk i niezwykle spotkanie w podrozy.... 28.10.05, 09:40
            Ja nie oceniam, a już broń boże pod względem etycznym. Ja pytam. Odnoszę
            wrażenie, że łaskawie pozwalacie istnieć Mandarynie, po cichu trącając się
            łokciami.
            • brunosch a co możemy, biedne żabki? 28.10.05, 09:48
              > Odnoszę wrażenie, że łaskawie pozwalacie istnieć Mandarynie, po cichu trącając
              się łokciami.

              a jak mamy nie pozwolić istnieć Mandarynie? Płatnego mordercę wynająć? Zdusić
              gardło jej pieśni garrotą z pończochy i statywu mikrofonowego?
              Musimy łaskawie pozwolić jej istnieć.
              Pytania uszczegóławiające: o co, według Ciebie się łokciami trącamy - o meble, o
              ściany, o samych siebie? I dlaczego mamy się głośno trącać?
              • quarantine Re: a co możemy, biedne żabki? 28.10.05, 09:52
                :)))))))
                • quarantine Re: a co możemy, biedne żabki? 28.10.05, 09:54
                  No jasne. Czepiam się:)
              • mamarcela Re: a co możemy, biedne żabki? 28.10.05, 10:01
                Oj, Bruno, Ty sadysto niewyżyty, Ty. Garottą ją? W samo gardło pieśni?
                Okrutniku!

                mamarcela usiłująca zracjonalizować to, co niezracjonalizowalne
                • brunosch a co możemy, biedne żabki? 28.10.05, 10:12
                  > Oj, Bruno, Ty sadysto niewyżyty, Ty. [...]
                  > Okrutniku!

                  jaki straszny zarzut i to od samego rana (a właściwie środka nocy ;)) tażeż
                  właśnie mój wpis był o tym, że nijak nie możemy żadnego kuku jej zrobić. :(((
                  Pomijam niehigieniczność duszenia pończochą (przepoconą od wysiłku estradowego,
                  błeee), to jeszcze trzeba byłoby namierzyć ją w którymś podmiejskim kornegiholu,
                  a trudno latać po wszystkich jaskiniach rozpusty, barach, motelach i innych
                  zajazdach.
                  Cała nadzieja w tamtejszej publice, która gwiazdę polskiej estrady może
                  znienacka na śmierć zagłaskać.
            • mamarcela Re: Dr Krisk i niezwykle spotkanie w podrozy.... 28.10.05, 09:53
              Nikt tu na tym forum, ani nigdzie indziej nie ma (niestety, ale bardziej na
              szczęście) boskiej mocy, aby pozwalać, lub nie pozwalać istnieć Mandarynie.
              Mandaryna istnieje bez względu na nasze pozwolenie, czy chciejstwo. I tak się
              niestety przykro składa, że produkt kultury masowej jest narażony na krytykę .
              Bluzki, czy samochodu, który mi się nie podoba po prostu nie kupuję i nikt mi
              go na siłę nie wciska. A ci tzw. idole niestety pchają się do nas drzwiami i
              oknami i siłą rzeczy niemal każdy ma do nich jakiś tam stosunek.
              Nikt tu się nie musi trącać łokciami po cichu - możemy to robić całkiem GŁOŚNO.

              Pzdr :)
              mamarcela, którą jako obywatela Mandaryna smuci, ale jako wstrętną sarkastyczną
              babę rozbawia do łez
      • wqrwiony Re: Dr Krisk i niezwykle spotkanie w podrozy.... 28.10.05, 11:59
        chodzi o to, że Dr Krisk wspólczuje mandarynie nieroztropności, bo przecież
        mogłaby tańczyć na rurze jako support przed występem Stasia Drzewieckiego co by
        oszczędziło jej dyskomfortu związanego z udawaniem śpiewu i szczerzenia
        fałszywego do obślinionych polonusów

    • brunosch tjaaa 28.10.05, 09:41
      z tego wniosek, że poczekać chwilę, a z prasy plotkarskiej dowiemy się o
      triumfalnym turne po USA i jej oszałamiających sukcesach w nowojorskich salach
      koncertowych.
    • beatanu o ścieżkach wiedzy 28.10.05, 12:15
      Niezbadane są kanały przepływu wiedzy wszelakiej...

      Bawiący w USA Dr Krisk zahacza o lokaj podejrzany, i w jakich czas potem,
      dzięki rozgorzałej na TWA dyskusji, nieświadoma istnienia Mandaryny emigrantka
      zza drugiej strony Bałtyku o tejże Mandarynie się dowiaduje...

      Poszperałam trochę w sieci, już wiem jak pani M. wygląda, przynajmniej w wersji
      britnejo-podobnej i... zazdroszczę wam. Bo ZJAWISKO samej Mandaryny jest mi
      nieznane, nawet jeżeli mam podejrzenia, że nie odbiega zbytnio od tutejszych
      zjawisk pt. idole wylansowani siłą mediów. Ale to nie do końca to samo...

      B dotknięta nagle tęsknotą za przejawami polskiej popkultury

      • aaneta Re: o ścieżkach wiedzy 28.10.05, 13:28
        Beato,
        doprawdy, nie masz czego zazdrościć i za czym tęsknić, mówię Ci. To naprawdę
        żadna przyjemność oglądać wbrew własnej woli zdjęcia takich gwiazd w różnych
        miejscach publicznych, bo o ile da się uniknąć słuchania efektów ich tfurczości,
        o tyle trudno jest chodzić po ulicy z zamkniętymi oczami. A poza tym popkultura
        to za dużo powiedziane.
        A swoją drogą, jak to możliwe, że KrisK za oceanem wie, kto to Mandaryna, a Ty,
        tylko za morzem, nie wiedziałaś do tej pory? KrisKu, czyżbyś...?
        • dr.krisk Moja wiedza o Mandarynie... 28.10.05, 16:33
          aaneta napisała:

          > KrisKu, czyżbyś...?
          Moja mandarynia wiedza pochodzi z mego kraju ojczystego, albowiem w USA
          przebywam tylko czasowo i zaraz wracam miedzy kaczory.. tfu, rodaki mile!
          Przyznam rowniez, ze mam jakas slabosc do tzw. "obciachu", i zdarza mi sie
          czasem przeczytac w poczekalni u dentysty lzawa historie o trudnym zyciu
          rodzinnym owej Mandaryny, jej milosci bezbrzeznej do syna Xawiera (tak! tak!
          tak to dziecko ma na imie!!!!), itp, itd.
          Przy okazji wyjasniam quarantinie, ze absolutnie o pogardzie do wzmiankowanej
          Mandaryny mowy nie ma (co za pomysl...). Pogarde to ja sobie starannie
          przechowuje dla rozmaitych kanalii, co po swiecie laza i gorszym go czynia. A
          Mandaryna niech sobie jest i bardzo dobrze.
          Tu krotka historia, moj stosunek do maskalczer wyjasniajaca. Odbywalem kiedys
          dluga podroz zagraniczna jako pasazer (i tlumacz) pewnego sympatycznego
          businessmana. Onze na wstepie zapytal czy moze sobie w podrozy puszczac swe
          ulubione utwory muzyczne. Oczywiscie zgodzilem sie, i przez kilkanascie godzin
          wysluchalem calego zestawu: od "Polesia czar", poprzez "Lwowskie przyspiewki"
          do figlarnych "Majteczki w kropeczki". I wiecie co? Bylo bardzo sympatycznie -
          pan businessman okazal sie czlowiekiem bardzo przyjemnym i milym, opowiadal mi
          o zawilosciach swych losow, stawial obiady - polubilem go bardzo a takze jego
          ulubione utwory. Bardzo zreszta je przezywal - przy owym "Polesiu" wyraznie sie
          wzruszyl....

          To tyle gwoli wyjasnienia.
          KrisK
          • aaneta Re: Moja wiedza o Mandarynie... 28.10.05, 16:38
            Wielkie dzięki za wyczerpujące wyjaśnienie, przy okazji rozwinęłam się
            intelektualnie i emocjonalnie, wiedziałam, że mogę na Ciebie liczyć :)
            I przyjeżdżaj, wracaj szybciutko na Ojczyzny łono, bo my tu strasznie za Tobą
            tęsknimy!
            • mamarcela Re: Moja wiedza o Mandarynie... 28.10.05, 16:45
              Drogi Doktorze, nie będę pisać, że należę do grona Twoich wielbicielek, bo to
              aksjomatyczny banał. Napiszę jednakże (aż chce się tu użyc słowa jednakowoż),
              że łączę się z Tobą w upodobaniu masochistycznym do obciachu. Obciach taki
              szczególnie zabawny jest jeżeli konsumuje się wespół wzespół np. razem z moją
              córką uwielbiamy patrzeć na (bo nie oglądać) i komentować głupie polskie
              seriale. Robienie tego w samotności w ogóle nie wchodzi w grę. I jeszcze jedno
              drogi i wielce szanowny Dottore, czy już wiesz, że piszesz prozą tfu to znaczy
              chmielewską. Pzdr. :)
              • dr.krisk Ja i proza chmielewska... 28.10.05, 16:54
                mamarcela napisała:

                >I jeszcze jedno
                > drogi i wielce szanowny Dottore, czy już wiesz, że piszesz prozą tfu to
                znaczy
                >
                > chmielewską. Pzdr. :)
                No wlasnie nie wiem - nigdy Chmielewskiej nie czytalem (nie ze wzgledow
                ideologicznych, po prostu popyt na jej tworczosc znacznie przewyzszal podaz -
                ksiazki niknely przed dotarciem do ksiegarn). Podejrzewam ze moj barokowo
                bombastyczny styl jest odreagowaniem na jezyk, w ktorym musze sie poslugiwac w
                pracy: zawsze w formie bezosobowej (uzyskano, udowodniono..), bez dowcipow
                zadnych, bo to panie powazne sprawy sa!!!
                • mamarcela Re: Ja i proza chmielewska... 28.10.05, 17:13
                  No to już wiesz:)
                  mamarcela najbardziej chmielewska ze wszystkich chmielewskich albo i jeszcze
                  bardziej. A co nie wolno mi?
                  • dr.krisk Polskie seriale.. 28.10.05, 17:53
                    Polskie seriale zbily mi sie jakos w jeden wielki ciag serialowy: nie
                    rozrozniam bohaterow ani miejsc - nie bylbym w stanie sledzic takiej ilosci
                    wejsc, wyjsc, dzieci calujacych dziadkow, zdradzonych zon, zazdrosnych mezow,
                    itp, itd.
                    Czy zwrocilas natomiast uwage, ze bohaterowie naszych seriali zywia sie
                    wylacznie zupa???? Typowe pytanie, po wkroczeniu nowej osoby w pielesze
                    domowe: "Nalac ci zupy??". Jak sadze, wynika to z latwosci symulowania zupy
                    jakakolwiek ciecza w kolorze nieprzejrzystym, natomiast jak symulowac zrazy
                    zawijane w buraczkach????
                    • mamarcela Re: Polskie seriale.. 28.10.05, 18:09
                      Ależ mnie się też zbiły, co nie przeszkadza mi chichocząc okrutnie komentować
                      co bardziej absurdalne przejawy serialowej rzeczywistości. Mistrzostwem swiata
                      są seriale polsatowskie ze szczególnym uwzględnieniem tzw. dobrego Wrocławia,
                      czyli "Pierwszej miłości". Zupa to jest mały pikus w porównaniu z tym, co tam
                      się dzieje - bohaterowie wychodza do pracy pozostawiając swoje mieszkanie z
                      niebieskimi ścianami i czerwona kanapę, po powrocie znajdują zielone ściany i
                      żółty fotel i nic a nic się temu nie dziwią. Dialogi: "Co ona taka
                      zdenerwowana?" "Gdybys ty wydawała syna zamąż też byś była". "no tak drogi
                      HOLMESIE (czytane, jak napisano). Nauczyłam sie takiego doładowywania
                      akumulatorków od czasu do czasu rzewnymi idiotyzmami niektórych polskich
                      seriali od kolegów mojej córki - oni to robią nałogowo. Najgorzej jak czasami w
                      niedzielę zdarza sie nam bywać u mojej mamy na obiedzie. Mama osoba
                      wykształcona i bywała przyjmuje serialową rzeczywistość no, może nie jako
                      prawdę, ale jednak. Odbywaja się awantury: Z czego wy sie smiejecie? Z
                      ludzkiego nieszczęścia się śmiejecie? Nawet innym nie pozwolicie oglądać.
                      Polecam to naprawdę pyszna zabawa - tym lepsza im mniej sie wie o zależnościach
                      pomiedzy bohaterami serialu.
            • dr.krisk Prosze bardzo! 28.10.05, 16:48
              aaneta napisała:


              > I przyjeżdżaj, wracaj szybciutko na Ojczyzny łono, bo my tu strasznie za Tobą
              > tęsknimy!
              Juz niedlugo dolacze do was, ale powiem szczerze ze jakos najlepiej czuje sie
              poza "miejscem stalego zameldowania". Moze ja z jakos ludow wedrownych
              pochodze?? Tak wiec wiem, ze po powrocie zaczne sie znowu wiercic, przestane
              sluchac co do mnie mowia, tesknie zaczne na mapy patrzec, i rozsylac rozmaite
              blagalne listy (bede wam jezorem czyscil klawiatury, ino mnie przyjmicie...).
              Ale moze jeszcze mi sie zmieni?
              KrisK
          • quarantine Re: Moja wiedza o Mandarynie... 28.10.05, 17:35
            Mię właśnie o to chodzi, żeby sobie Mandaryna była razem ze swoim imidżem tam
            gdzie chce, oraz żeby się podobała byznesmenom oraz innym znawcom. Bo gdyby
            wszyscy posiadali wyrafinowane gusta, to byłoby bardzo nudno na świecie. I
            smutno:)
    • eva.68 Wysoka Komisja Oceniająca? 28.10.05, 17:34
      Bardzo mię ostatnio energia odeszła dlatego głównie czytam, bo pisać nie mam
      siły. Dzisiaj, nie wytrzymawszy, resztkę energii wykrzesując, zapytuję
      nieśmiało:
      1. czy zmieniło się coś w intern. komunikacji/rozrywce/czym tam jeszcze i już
      na prywatnym forumie nie można posługiwać się używaną do tej pory mową, dla
      większości bywających zrozumiałą?
      2. czy każda osobista uwaga o czymś/Kimś podlegać już będzie wnikliwej ocenie
      Wysokiej Komisji Oceniającej?
      3. co można by wykorzystać w charakterze ładowarki do ludzi? Żeby tylko
      wielkiej krzywdy sobie nie uczynić, a energię osobistą życiową jakoś podładować?
      Pozdrawiam
      Ewa Bez Życia
      • braineater Re: Wysoka Komisja Oceniająca? 28.10.05, 17:59
        @1 - nic się nie zmieniło, a zmienić się może chyba tylko wtedy, jak zaczniemy
        do siebie podania pisać.

        "Szanowny Panie KrisKu (doktorze),
        otóż spieszę poinformować Pana, iż nasze niegdysiejsze
        dyskusje/kłótnie/emanacje intelektualne*niepotrzebne skreślić, okazały się, ku
        ogólnemu zgorszeniu i zatroskaniu odpowiedzialnych organów, niczym innym, jak
        tylko tania podpierdułką,w dodatku zerżnięta, z niejakiej Chmielewskiej Joanny,
        zamieszkałej .... przy ul. ...., co groZi nam sadowym procesem o plagiat. Z
        wyrazami niepokoju i licem zarumienionym
        pozdrawiam braineater"
        ale do tego nie dojdzie:P

        @2) Wysoka Komisja oceniająca, to wszyscy, co maja na tym forum uprawnienia
        administratorskie (a jest onych bez liku)i którzy jednym gestem myszy, mogą
        odesłac nieprawomyslnego posta w odbyt niebytu. Na razie trafił się jeden taki
        post, usunięty przeze mnie, w dodatku po uprzednim odpowiedzeniu na zawrte w
        nim pytanie:)

        @3) Ładowarka dla ludzi - wsiadamy w pojazd mechaniczny, jakiejkolwiek maści,
        udajemy się do najbliższego kina i tamże, zasiadamy przed ekranem oglądając
        Charliego i fabrykę czekolady. Wracamy naładowani na parę dni na zaś. Wersja
        alternatywna, dla leniwych lub od kin zbytnio oddalonych - ściągamy ów film i
        ładujemy się w domu.

        Pozdrowienia:)
      • dr.krisk Jak sie ozywic - porady praktyczne. 28.10.05, 18:12
        Poniewaz co pewien czas rowniez i mnie dopada absolutny brak checi do
        jakikichkolwiek przejawow zyciowych (wyjawszy oddychania oraz inne niezbedne
        czynnosci fizjologiczne), opracowalem na swoj uzytek zestaw ratunkowy w postaci
        Pojscia na Wagary. Otoz wymykam sie z domu i robie te wszystkie rzeczy, ktorych
        mi nie wolno: objadam sie, wyleguje, przesiaduje, spaceruje. Wazne jest aby
        zerwac codzienny kolowrotek spraw nie cierpiacych zwloki (kazda z nich rodzi
        dwie inne, podobne sprawy), tyhc samych twarzy, dowcipow, zajec....
        Moze to byc trudne, jezeli masz duzo obowiazkow domowych i prace w godzinach od-
        do, ale mozna pojsc na wagary w weekend.....
        Powodzenia - KrisK
    • broch Skolimowski czyli obrona drKK 28.10.05, 17:49
      ktorej oczywiscie nie potrzebuje, ale niech tam
      Takie zaskoczenie (jak doktorowi) zdarzylo mi sie pare razy. Ostatnio z niejakim
      Skolimowskim (ktorego cenie). Otoz w jednym z bardziej popularnych polskich
      tygodnikow, ukazal sie artykul, niezwykle entuzjastyczny, o wystawie
      Skolimowskiego w L.A.
      No to smy poszli (dziecku pokazac tzw korzenie z ktorych dumni jestesmy). Okazal
      sie ze wystawa miala miejsce na obrzezach L.A. w baraku. Prezentacja miala
      miejsce tylko w jednym malym pokoiku, a poniewaz wystawa byla zamknieta (bez
      informacji o otwarciu), popatrzylismy przez okienko i wrocilismy do domu.
      Sadzac po entuzjastycznym artykule, otwarcie wystawy bylo wydarzeniem
      kulturalnym w L.A.
      Faktycznie nic takiego nie mialo miejsca. Polskie kapele grywaja dla polonii (z
      reguly nieco podpitej i podspiewujacej niekoniecznie do melodii piesni Legionow
      Pilsudskiego) w malych dziurawych barach. To dotyczy wiekszosci podbojow Ameryki.

      W Stanach istnieje Gorecki, Penderecki, Polanski, Kapuscinski, Szymanowski,
      Kieslowski (o ktorym pisze sie z poczuciem winy iz Oskara nie dostal) Wajda,
      Stanko i moze jeszcze ze trzy osoby. Oczywiscie istnieja dla ludzi wiecej niz
      wyksztalconych.

      Czy to zle? Nie, poniewaz o percepcji wielu krajow w Stanach trudno powiedziec
      nawet tyle. Podobnie jest w innych krajach (z odbiorem polskiej kultury)
      przypuszczam.

      Niektore odpowiedzi ( o tym czy drKK chcial obrazic czy nie) sa smieszne. Mistrz
      (jesli moge sie tak poufale odezwac) skomentowal co widzial a ze nie jest to
      dokladnie to co nam sie wydaje? Czy to znaczy ze "pogardza"? Fakt ze ARTYSTKA
      zaliczyla tandetne bary jest zenujacy bardziej dla Niej czy dla Polski (jesli w
      ogole)? To sie nazywa "reality check": mierz sily na zamiary. Artystka bez
      watpienia w wywiadach opowie o trasie pelnej sukcesow (nie wspominajac o stowie
      przylepionej do czola) co dodatnio wplynie na sprzedaz Jej plyt. No i dobrze.

      Nawiasem mowiac o mandarynie nie slyszalem, nie mam nic przeciw. Z landryna sie
      kojarzy.
      • dr.krisk Re: Skolimowski czyli obrona drKK 28.10.05, 18:27
        broch napisał:

        > W Stanach istnieje Gorecki, Penderecki, Polanski, Kapuscinski, Szymanowski,
        > Kieslowski (o ktorym pisze sie z poczuciem winy iz Oskara nie dostal) Wajda,
        > Stanko i moze jeszcze ze trzy osoby. Oczywiscie istnieja dla ludzi wiecej niz
        > wyksztalconych.

        To prawda - czesto slucham lokalnej rozglosci nadajacej wylacznie muzyke
        powazna i wielokrotnie sluchalem Goreckiego, Szymanowskiego, Kilara i
        Lutoslawskiego. Mile.
        Ale w ogolnosci to raczej cisza i spokoj. No i dobrze. Chyba wazniejsze jest to
        co Polacy maja w glowach i jacy sa, niz to czy Polska ma dobre publicity....
      • quarantine Re: Skolimowski czyli obrona drKK 28.10.05, 19:04
        Jestem wzruszona faktem, że skomentowałeś mój post jako śmieszny, bo jako te
        nożyce odzywam się. Mandaryna byłaby jeszcze bardziej wzruszona całą tą
        dyskusją.
        • quarantine To do brocha było 28.10.05, 19:04
          bo znowu mi się wkleiło nie tam gdzie należy i to dopiero jest śmieszne.
          • broch Re: To do brocha było 28.10.05, 19:43
            "...Pogardę dla drugiego człowieka, czy rzeczywiste współczucie?"

            To jest tekst z komedii z lat 60' albo z komedii o tamtych dobrych czasach.
            Takie zasadzone teksty lubie. Nic nie poradze ze sa smieszne. Prosze sie nie
            gniewac.
            • quarantine Re: To do brocha było 28.10.05, 20:05
              Choćbym nie wiem jak się starała, to i tak wyjdzie ze mnie kretynka. Ciekawe
              gdzie się to wklei? A swoją drogą, lubię być patetyczna, w najmniej
              odpowiednich momentach.
        • dr.krisk Czy Mandaryna sie przejmuje i wzrusza? 28.10.05, 19:10
          Sadze, ze ma w nosie (i slusznie) nasze tu wybrzydzanie na drobny fakt iz
          falszuje niemilosiernie i gust ma koszmarny. Liczy sie ilosc sprzedanych plyt,
          i uwielbienie dziesieciu pomocy kuchennych cieszy ja znacznie wiecej niz
          ironiczne uwagi jakiegos pieknoducha-erudyty.
          W calej tej sprawie ciekawy dla mnie byl ten rozdzwiek pomiedzy Wersja
          Oficjalna owej celebrity a ponura rzeczywistoscia jej zycia codziennego.....
          I tyle.
          • mamarcela A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 19:20
            Jestem na tym forum od niedawna i pewnie niewiele wiem, ale coś mi się właśnie
            ze stylu wydaje, że albo ktoś się tutaj pod kogoś podszywa, albo zarażony
            paranoją internetową Noidy (nie tylko ptasia grypa mamarcelowego stylu jest
            zaraźliwa) kogos całkiem innego (nowego) udaje.
            • dr.krisk Re: A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 19:29
              Hmm, niestety, stylista nie jestem i ciezko mi wykryc kto nie jest kim...
              Najlepiej nie zaprzatac sobie tym za bardzo glowy. W ogole, lepiej sobie glowy
              w ogole nie zaprzatac, tylko jakimis Przyjemnymi Czynnosciami sie zajac. Jako
              ze piatek wieczor i weekend sie zbliza, zamiaruje odwiedzic sklep z tytuniem i
              alkoholiami, oraz jakas wycieczke krajoznawcza przedsiewziac. Z uzyciem roweru
              na przyklad.
              Albo jeszcze cos innego?
              • mamarcela Re: A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 19:34
                Ja się nie przejmuję tylko tak sobie rzuciłam. A do sklepu też sie udaję - juz
                w butach jestem - po słodką, niezdrową, tuczącą i obrzydliwą cherry coke, która
                w moim wypadku za nałóg robi i zdecydowanie humor poprawia.
                :)
            • agni_me Re: A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 19:55
              Czy to jest, nie dajcież bogowie, zaraźliwe?
              • mamarcela Re: A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 20:00
                Co konkretnie? mamarcelowe ględzenie? - może trochę. udawanie kogos innego? -
                to pytanie nie do mnie? picie chery coke? - nie, ale w mojej rodzinie
                dziedziczne.
                • broch Re: A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 20:34
                  chyba chodzi o styl/maniere pisania. To drugi watek na ten temat. :))

                  • mamarcela Re: A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 21:00
                    To ja powiem prosto i bez owijania w chmielewszczyznę żadną. Na forum jeste
                    nowa, ale kiedy zostałam tak przez wszystkich (no, niemal) gościnnie przyjęta i
                    do serca forumowego przytulona, trochę sobie dawnych postów poczytałam. I na
                    tej podstawie ośmielam sie podejrzewać, że Qurantina, pisząca na forum kilka
                    tygodni temu nie jest tą samą (różnica jednej litery) quarantine, która
                    doktorowi K. "pogardę dla drugiego człowieka" (socrealistyczne sformułowanie)
                    imputuje. Jakos mi właśnie styl nie pasuje.
                    Druga hipoteza jest taka, że to ta sama Quarantina tylko sobie postanowiła
                    kogos inego poudawać.
                    Pozdrawiam.
                    • wqrwiony Re: A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 22:03
                      a nie można jeszcze prościej?
                      • mamarcela Re: A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 22:08
                        W zasadzie można. Qurantine to nie Quarantina. Jeśli to Ty się pod nia
                        podszywasz to sie przyznaj.
                        • wqrwiony Re: A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 22:40
                          teoretycznie taka możliwość istnieje ale nie chce mi się wierzyć, że aż taki
                          próżny jestem i sam sobie wysyłam zaproszenia na nowo otwarte forum (Quarantine
                          jeśli Ty to nie ja to dziękuję Ci za nie)
                          • wqrwiony Re: A propos stylu i trochę off topic 28.10.05, 22:47
                            Poza tym czepcie się dziewczynay za zdrowe moralnie odruchy.

                            Przy całym szacunku dla Doktora niezbyt fortunnie ubrał intencje w słowa i
                            watpię żeby nawet Maria Janion na spółkę z Błońskim ćwiczacy od maleńkosci w
                            chińskim cyrku przez 50 lat żonglowanie słowem potrafili zinterpretować ten
                            passus tak, żeby czytelniek nie czuł lekkiego zgrzytu:

                            "Przez chwile podly rechot mnie za gardlo chwycil, ale zaraz mi przeszlo...
                            Jakos mi sie tej glupiej dziewuchy zal zrobilo. Obskurnosc miejsca byla
                            przytlaczajaca, pewien jestem ze na jej wystep przyjdzie troche podpitych
                            polonusow, a ta nieszczesna bedzie musiala sie do nich szczerzyc, udajac ze
                            spiewa.
                            I zawsze jak bede widzial jej biedna ziemska powloke silikonem wzdeta, z
                            jakims wspolczuciem przypomne sobie to zadupie do kwadratu, w ktorym zmuszona
                            jest zarabiac niewielkie przeciez pieniadze"
                            • dr.krisk O zgrzytach krotkie wyjasnienie... 31.10.05, 14:29
                              Uprzejmie informuje ze napisalem dokladnie to co zamierzalem napisac. Nigdy
                              zadnych intencji w slowa nie ubieram, ale je (te intencje) goluskie calkiem
                              pokazuje. Bo prosty ze mnie czlowiek, i zanego janiona nie znam, no chyba ze o
                              tego hydraulika z parteru chodzi, ale on Marian jest, i mowie oszczedny bardzo.

                              Co do zgrzytow - nic nie poradze ze w zyciu czasem zgrzyta. Przyloz kiedys,
                              mily przyjacielu, ucho do zycia prawdziwego to uslyszysz.....
                              Niestety, Piesn Zycia nie jest pisana piorem feniksa zanurzanym we lzach
                              jednorozca, ale siekiera maczana w lepiku.
                              Howgh.
                              KrisK
                              • wqrwiony Doktorze wsłuchaj się w słowo... 10.11.05, 17:15
                                Określenia "głupia dziewucha", "biedna ziemska powloke silikonem wzdeta"
                                wskazują na zgłaszanie pretensji o to, że Mandaryna jest z plastiku.

                                Obrażanie się na plastikowe lale/ współczucie im, że służą tylko do zabawy
                                raczej nie wynika z wnikliwej obserwacji życia.

                                Tu mnie zgrzytnęło.
                                • wqrwiony Re: Doktorze wsłuchaj się w słowo... 10.11.05, 17:55
                                  a teraz spróbuję podsunąć sugestię wybacz, że nie prostolinijną, która może
                                  wyjaśni dlaczego uznałem, że quarantine miała prawo wyczuć zgrzyt etyczny:


                                  [znalezione w sieci]

                                  "Jechalam, jechalam i pod Nowy Jork miasto dojechalam, w okolice obskurne,
                                  ciemne ale niezwykle pociągające "zbójeckim" klimatem. Zainstalowałam się w
                                  hotelu średniej klasy bo nie stać mnie na nic lepszego co piszę wprost bo nie
                                  lubię tłumaczeń serwowanych przez koleżanki które rzekomo wybierają podrzędne
                                  miejsca tylko dlatego, żeby nie skupiac na siebie uwagi, całego tego męczacego
                                  zainteresowania, nadskakiwania i protokołu.
                                  No wiec zjezdzam z ruchliwej podmiejskiej drogi, zainstalowywuje sie,
                                  mietkosc loza (queen bed! A co!) podskokami badam i wychodze gwoli
                                  zaopatrzenia sie w to co zwykle. Fantę znaczy.
                                  Ide przez jakies blota prawie poleskie, na szczęście mam na sobie długie botki,
                                  czarne zresztą i bardzo sexi, ciemno, z boku ryczy ruchliwa droga,
                                  dochodze do niedalekiego budynku, klub jakis, zamkniety. I nagle oko moje, do
                                  amerykanskiej mowy juz przyzwyczajone, poraza napis w jezyku niewatpliwie
                                  rodzimym: "W sobotę w New Yorku spotkanie w klubie polonijnym z "dr Kriskiem"
                                  odczyt pt " Ruch ciał na płaszczyźnie i na równi pochyłej, siły tarcia"
                                  Ha! - wypuściłam gwałtownie powietrze ze swego airbagowego popiersia.
                                  Mój były korepetytor do matury tu w amerykanskim kraju za gastarbetera
                                  intelektualnego robi!!!!

                                  Przez chwile podly rechot mnie za gardlo chwycil, ale zaraz mi przeszlo...
                                  Jakos mi sie tego biednego doktora zal zrobilo.
                                  Obskurnosc miejsca byla przytlaczajaca, w kraju Kaśka Kanclerz będzie
                                  dyskontować ten mój wyjazd jako sukces na miarę podboju Ameryki przez Villas ale
                                  pewna byłam, że przyjdą fajne chłopaki, może trochę obleśne z tym ślinieniem
                                  się ale za to proste i szczere, no i zawsze taki wyjazd to jakaś przygoda.
                                  Pewna jestem ze na jego odczyt przyjdzie troche snobistycznego towarzystwa
                                  a ten nieszczęsny będzie musiał sie do nich szczerzyc, udajac że bierze na
                                  poważnie ich miny skupione pod którymi jest pustka znudzenie i ignorancja.

                                  I zawsze jak bede przypominała sobie jego biedną ziemska powloke ambicją
                                  nauczenia mnie wzdeta, z jakims wspolczuciem wyobrażam sobie te ciasne sale w
                                  których tacy jak on doktorzy zarabiać muszą niewielkie przecież pieniądze
                                  teoretyzowaniem, umizgiwaniem się wzajemnym i dumaniem nad ruchami na
                                  płaszczyźnie, zamiast sobie na niej potańczyć.

                                  Fanta byla niedaleko, nabylam i wrocilam gwoli konsumpcji i przerwanej lektury
                                  "Homo Ludens" Huizinga

                                  blog.mandaryna.com
                                  • dr.krisk Zgrzyty etyczne... 10.11.05, 19:14
                                    Jednak jestem niezbyt inteligentny, albowiem nic z tego co piszesz nie
                                    rozumiem.
                                    Nie bardzo wiem, co ma etyka do prostej konstatacji rzeczywistosci. Koparka
                                    stala? Stala. Rzeczona Mandaryna glupia dziewucha jest? Jest. I tyle. Mozesz
                                    oczywiscie uwazac, ze jest ona madra, urocza dziewczyna, ale pozwol ze bede
                                    innego zdania.


                                    Pudrowanie rzeczywistosci, czy tez odwolywanie sie przy byle okazji do
                                    Miloszowego "Który skrzywdziłeś człowieka prostego", uwazam za zabiegi sztuczne
                                    i nieszczere.
                                    Nie lubie tandety i daje temu wyraz. Ot co.
                                    Pozdrawiam.
                                    KrisK
                                    • wqrwiony Re: Zgrzyty etyczne... 12.11.05, 19:04
                                      dupa
                  • agni_me brochu :) n/t 28.10.05, 23:06
                    • wqrwiony Prosze się szyderczo nie trącac łokciami 28.10.05, 23:31
                      • wqrwiony kolezanko agni_me! 28.10.05, 23:33
    • dr.krisk Zycie dopisalo dalszy ciag.... 07.11.05, 18:13
      muzyka.onet.pl/mr,1180199,wiadomosci.html
      Troche smiesznie, troche strasznie.
      • aaneta Re: Zycie dopisalo dalszy ciag.... 07.11.05, 19:16
        Krisku, a mogę wstawić link do Twojego pierwszego w tym wątku postu na tamtym
        forum? Bo mnie strasznie korci...
        • dr.krisk Hm.... prosze bardzo.. 07.11.05, 19:22
          Ale juz widze tlum fanow Mandaryny, jak zwala nam sie do TWA... i grubemi slowy
          traktuje nas tu wszystkich, zazdrosnikow wstretnych.
          A moze niech zyja w milej niewiedzy?
          Pozdrawiam - KrisK
          • aaneta Re: Hm.... prosze bardzo.. 07.11.05, 19:31
            Ale zauważ, że na tamtym forum wszyscy równo się z niej nabijają!
            • dr.krisk Owszem zauwazam... 07.11.05, 19:37
              ... ale nie chcialbym sie do choru dolaczac, bo jakos mi naprawde jej zal
              (musialabys zobaczyc ten "klub" kolo Newark..... ciemna noca wiatr kolysal
              resztkami neonu.... zas kolo klubu zaparkowana byla wieksza od niego, ublocona
              koparka).
              A wielbiciele - no coz, musi miec jakowys skoro te plyty wydaje w nakladach
              znaczacych.
              • aaneta Re: Owszem zauwazam... 07.11.05, 19:53
                No wiesz, w życiu nie ma lekko, zwłaszcza jeśli jest się gwiazdą światowego
                formatu...
                Ale przekonałeś mnie tą ubłoconą koparką: rzeczywiście, dosyć tego znęcania się,
                nie będziemy tego rozgłaszać, bo przyjemność żadna, a ryzyko, że nam się tu
                zlezie jakieś tałatajstwo, duże.
                • dr.krisk Zwlaszcza, ze jeszcze nas jacys moralisci.... 07.11.05, 19:59
                  .. za uszy wytargaja, ze sie nasmiewamy, i w ogole ludzie z nas bez serca. I
                  zrobi nam sie przykro, i w ramach ekspiacji nabedziemy wzmiankowanej Mandaryny
                  wyrob wokalny, i zagustujemy.
                  I co bedzie?????
                  Mialem kolege co gustowal okrutnie w biusciastej blondynie spiewajacej - Stenia
                  Kozloska jej bylo. Nawet ozenil sie podobnie!
                  To sa wielkie niebezpieczenstwa.
                  • mamarcela Re: Zwlaszcza, ze jeszcze nas jacys moralisci.... 07.11.05, 21:17
                    Ja tak sobie myślę, że jeśli chodzi o zagustowanie w tzw. wokalu to chyba nie
                    ma obaw.
                    media.putfile.com/mandaryna2
                    mamarcela okrutnica
      • wqrwiony Re: Zycie dopisalo dalszy ciag.... 08.11.05, 00:16
        Doktorze Szanowny, proszę wytłumacz mi co Cię w tej informacji śmieszy i straszy?
        • dr.krisk Prosze bardzo. 08.11.05, 14:51
          Enturaz mnie smieszy, a rozziew straszy.
          Przynajmniej tak mi sie wydaje.
          KrisK
    • griszah Kulisy szoł biznesu 08.11.05, 13:07
      Opowieść Dr. Kriska przypomniała mi dwa zdarzenia kiedy otarłem się o SŁAWNE
      OSOBY ZNANE Z TV. Jakieś pół roku temu zostałem wysłany z firmy na szkolenie
      tzn. udział w prezentacji firmy X nowych produktów – kotłów, zasobników ciepła
      itd. No więc zeszło się szacowne grono inżynierskie, krawaty, teczuszki,
      garnitury. Prezentacja odbywała się w dobrym hotelu a na zaproszeniach tłustym
      drukiem widniała informacja o poczęstunku czekającym na przybyłych i
      niespodziance. Prezentacja nie trwała zbyt długo a poczęstunek spełnił
      oczekiwania wszystkich (tak naprawdę większość przychodzi bo można się trochę
      wyrwać z roboty i nawbijać za darmoszkę) no i na koniec zapowiedziana
      niespodzianka – występ zespołu „Brathanki”. Grają trochę folkowo więc jest to
      dla mnie muzyka jak najbardziej strawna. Uwierzcie mi, że żal było patrzeć jak
      przez godzinę bezskutecznie próbowali rozruszać całe to drętwe towarzystwo – po
      każdej piosence rachityczne oklaski, „hej! jesteście cudowną publicznością” i
      na koniec wymuszony bisik.
      A nie dawno jako małżonek nauczycielki brałem udział w balu nauczycieli – też
      hotel parogwiazdkowy, atmosfera bankietu i jako atrakcję przewidziano występ
      pana Majewskiego – satyryk znany mi z tv . Trzy czwarte sali równo go olewała
      bo wznosiła toasty, starał się chłop jak mógł próbując przekrzyczeć ogólny
      gwar, powiedział swoje i poszedł.
      Ktoś tu napisał, że każdy orze jak może. Jednak wydawało mi się, że osiągnąwszy
      pewną pozycję w tym biznesie (wg mnie Brathanki jeśli chodzi o prezentowany
      poziom artystyczny biją Mandarynę o trzy głowy co najmniej) można unikać imprez
      suto zapewne opłacanych ale polegających na graniu „do kotleta” dla mało
      zainteresowanej publiczności – chyba byłem naiwny.
      Griszah Rozczarowany.
      • mamarcela Re: Kulisy szoł biznesu 08.11.05, 13:46
        Mnie się osobiście wydaje, że to po prostu zwyczajna "żądza pieniądza", ale
        może oni sobie jakąś ideologię trafiania pod strzechy dorabiają.
        Najdziwniejsze dla mnie jest to, że oni wszyscy są tacy niesamowicie
        wysublimowani - reżyser badziewiastego serialu nie rozumie ludzi, którzy
        czytają Grocholę (a kto ma niby te jego wypociny trzy razy głupsze od Grocholi
        oglądac?), dzienikarka szmatławej gazety w życiu nie zhańbiłaby sie *** itd.
        itd. Znam takich ludzi osobiście i wiem to z autopsji. Strasznie się męczą
        biedulki udawaniem, że są tak w ogóle to ponad to, czym się w życiu zajmują.
        Wcale nie zdziwiłaby, sie gdyby okazało się, że Mandaryna to tylko Monteverdi
        i "Doktor Faustus".
        mamarcela z yeatsem
      • brunosch oj, chyba jesteś naiwny ;) 08.11.05, 13:47
        senator z Budki Szofera też uświetnił otwarcie sklepu z butami...
        • quarantine Re: oj, chyba jesteś naiwny ;) 08.11.05, 13:57
          Czy to, że ktoś gra do kotleta stanowi ujmę na honorze? Ja w kółko to samo.
          Wykonuje zawód. W ciągu roku trafia się kilka, o ile w ogóle, koncertów z
          prawdziwego zdarzenia. Reszta to chałtura, przecież. Zawsze tak było.
          Wybrzydzać mogą wielcy, czytaj niezależni finansowo.
          • griszah Re: oj, chyba jesteś naiwny ;) 08.11.05, 14:53
            Nie - nie chodzi o żadną ujmę na honorze tylko o świadomy wybór rodzaju
            publiczności. Wydaje mi się, że każdemu artyście (a za takich jednak uważam
            zespół Brathanki) powinno chyba zależeć na publiczności czującej blusa,
            nieprzypadkowej. I nie musi to być od razu Sopot. Koncert nawet w małej salce w
            Kostomłotach (bez obrazy) może być zupełnie udany jeśli przyjdą na niego osoby
            chcące posłuchać właśnie tego artysty. Zadają sobie trud dotarcia, kupują
            bilety. Po za kasą niepomijalną korzyścią dla zespołu powinna być artystyczna
            satysfakcja a w czasie grania „do kotleta” raczej o nią trudno. Wiem – na chleb
            trzeba zarobić, dzieci nakarmić i przecież to rzeczywiście nic nagannego, ot
            chałtura ale chałtura i artyzm nie idą dla mnie w parze. Może zresztą
            przesadzam z tym artyzmem u zespołu bądź co bądź popkulturowego. A czy
            wyobrażacie sobie naszego tegorocznego zwycięzcę konkursu szopenowskiego
            przygrywającego na jakimś dancingu? Ja nie bardzo.
            Pozdrawiam.
            • aaneta Re: oj, chyba jesteś naiwny ;) 08.11.05, 15:31
              A "Con amore" oglądałeś?
              • braineater Re: oj, chyba jesteś naiwny ;) 08.11.05, 15:38
                Nie od końca wyobrażam sobie Blechcza przygrywającego na dancingu, ale już z
                wyobrażeniem go w sytuacji, jak przygrywa spaślakom w garniturach do kotleta,
                bo Rotary Club, czy innym badziew dla ubogich umysłowo a zasobnych w pieniądze,
                sobie umyslił, że ukulturalnić trza towarzycho od pomnażania mamony, nie mam
                najmniejszego problemu.
                Artyzm artyzmem, a jeść też trzeba, a tego typu imprezy to spora gotówa, za
                niewielki wysiłek - bo nikt przeciez nie będzie sprawdzał czy jakis playback
                nie leci.

                P:)
                • aaneta Re: oj, chyba jesteś naiwny ;) 08.11.05, 15:44
                  Przygrywanie na dancingu raczej Blechaczowi nie grozi (odpukać!), ale zobacz,
                  komu będzie pojutrze przygrywał w FN - melomanom dostało się raptem parę
                  zaproszeń, resztę zgarnęła banda urzędasów skumanych z Kaczorem :(
                  • mamarcela Re: oj, chyba jesteś naiwny ;) 08.11.05, 17:01
                    Dla mnie osobiście pojęcie chałtury to nie miejsce, gdzie się gra, wystepuje,
                    nie rodzaj literatury, filmu itd, który się uprawia, ale stosunek do tego, co
                    się robi. I dlatego tak wkurzaja mnie Ci nadęci i wysublimowani chałturnicy, o
                    których pisałam w swoim poście. Jeśli nie ma zapotrzebowania na mnie jako
                    reżysera "Księdza Marka" w T. Narodowym ro reżyseruję serial dla gospodyń
                    domowych, farsę w teatrze w Pipidówku, albo koncert Dody, ale staram sie robić
                    to najlepiej jak potrafię i nie wstydzę się tego, co robię. Nie uprawiam
                    dialogów jak np. dzienikarka gazety F., która nie rozumie zupełnie, że jej
                    koleżanka może pracować w takim szmatławcu jak S. (nazwy do wiadomości
                    redakcji!)Żadna praca nie hańbi za wyjątkiem tej fatalnie wykonanej. I gdyby
                    podejście twórców kultury było takie to może mielibyśmy przyzwoitą kulturę
                    popularną na poziomie np. Kinga, Stinga i Hollywodu, a nie grupę
                    niedocenionych, obrażonych primadonn nadymających się jak ropuchy. A taka
                    Mandaryna, która jest chałturą samą w sobie bez względu na to, czy gra do
                    kotleta, czy homara, w Carnegie Hall, czy na wspomnianej przez dr.Kriska
                    koparce miałaby konkurencję w osobach, które chociaż trochę potrafią śpiewać.
                    Pozdrawiam
                    mamarcela zangażowana
                • dr.krisk Cos w tym jest, czyli o sztuce... 08.11.05, 18:31
                  Przyznam, ze powyzsze pytania & watpliwosci drecza mnie zawsze przy rzadkich
                  okazjach gdy ze Sztuka Wysoka obcuje. Zwiedzam ci ja nowojorskie MoMA (Museum
                  of Modern Art), albo inszego Guggenheima i co widze? Slynne krzeslo z wbitym w
                  niego przednim widelcem od roweru meskiego, produkcji Marcela Duchampa - a
                  wokolo chodza ludzie i miny robia, bo jak tu do tego krzesla sie ustawic? O co
                  tu chodzi? Pieknez ono jest, czy raczej turpistyczne takie wiecej?
                  A owe obiekty Sztuki Wysokiej nabyte i wystawione zostaly przez rozmaitych
                  potentatow finansowych, co to jak sadze najlepiej sie czuja jak jakis bank
                  przejma, albo akcjonariat ubogi przetrzebia, a nie zeby owe plamy kolorowe
                  Legera godzinami kontemplowali.
                  A potem jakis biedny KrisK wygrzebie z portmonetki ostatni grosz, bilet
                  nabedzie i sie napawa! Ku ich, krwiopijcow finansowych, chwale!
                  Totez olalem rozmaite plamiska kolorowe, druty ze scian zwisajace oraz inne
                  zabawy czysta forma oraz klapcegami, i polecialem sobie obejrzec poczciwego
                  Hoppera.
              • griszah Re: oj, chyba jesteś naiwny ;) 08.11.05, 16:48
                Nie oglądałem - a co?
                • mamarcela Re: oj, chyba jesteś naiwny ;) 08.11.05, 20:05
                  To chyba nie bardzo a propos, ale nie mogłam się oprzeć
                  film.wp.pl/p/id,64545,wiadomosc.html?rfbawp=1131476654.976
                  mamarcela znowu w paroksyzmach

                  "od dzieciństwa lubiłem syreny"
                  • dr.krisk Wielkie dzieki. 08.11.05, 20:16
                    Najbardziej podobaja mi sie komentarze pod owa notatka. Niezle!
                    KrisK
                  • eva.68 Czy to początek końca? 08.11.05, 20:20
                    Czy to znaczy, że cywilizacja nasza finiszuje? Paru innych pytań nie zadam na
                    razie.
                    P:-)
                    • dr.krisk A skad! 08.11.05, 20:22
                      eva.68 napisała:

                      > Czy to znaczy, że cywilizacja nasza finiszuje?
                      Nieprawda - dalej poczciwie toczy sie przed siebie poskrzypujac na wybojach.
                      Przynajmniej tak sie pocieszam przez lzy smiechu.
                      • eva.68 Re: A skad! 08.11.05, 20:48
                        Mnie też pocieszyłeś. Trochę. Dzięki!
                        P:-)
                        • mamarcela Koparka 08.11.05, 21:42
                          A ta koparka koło tego klubu z Mandaryną to może dekoracja do "Samotności w
                          sieci"? Jezu, a ja myślałam, że wszyscy demonizują tego Wiśniewskiego Janusza
                          L., że taki niby kultowy, a tu masz takie kwiatki. Siła rażenia jak bomba
                          atomowa.

                          mamarcela pod wrażeniem i niemal pod koparką ze smiechu

                          "od dzieciństwa lubiłem syreny"
                • aaneta Re: oj, chyba jesteś naiwny ;) 08.11.05, 20:53
                  griszah napisał:

                  > Nie oglądałem - a co?

                  To obejrzyj :)
                  • beatanu o con amore 08.11.05, 21:01
                    Czy to ten film o obiecującym pianiście, który z miłości do dziewczyny (z guzem
                    mózgu?) poświęca swoją karierę i chałturzy w lokalach PRL-owskich?
                    Coś mi się kojarzy jak przez mgłę... Czy ona też była pianistką?

                    B :)
                    • monikate Re: o con amore 08.11.05, 21:21
                      Dokladnie, to ten film, Beato. Z młodym Konarowskim jako bohaterem pozytywnym,
                      który porzuca niezbędne przed udziałem w konkursie chopinowskim ćwiczenia, by
                      zajmować się Ewą (Małgorzata Snopkiewicz), mającą guz mózgu, więc operacja,
                      rehabilitacja, wspieranie dziewczyny... Na co potrzebna była gotówka, zaczem
                      pianista Konarowski zaczął chałturzyć w knajpach do kotleta. Dziewczyna
                      wyzdrowiała i uczucie odwzajemniła. Konkurs poszedł w diabły, of kors. Wygrał
                      go pianista gorszy, chłopak Ewy zresztą, który jakiekolwiek napomknienia o
                      problemach życiowych kwitował: "muszę ćwiczyć". Albo miłość, albo kariera. Albo
                      rybki, albo akwarium. Powiedzmy, że nawet jest to prawda życiowa.
                      Ale film drętwy, sztuczny.... to inna sprawa.
                      • mamarcela Re: o con amore 08.11.05, 21:31
                        A książkę napisała Krystyna Berwińska. Nie wiem dlaczego to pamiętam i po co,
                        ale pamiętam.
                        mamarcela z zapchaną pamięcią, ale za to z adekwatną stopką

                        "mi sie bardzo podoba ten film ,ja bardzo lubiu takie filmy,które mają w sobie
                        troche zła i dobra, są w nim sceny które dotyczą, zdrowia, szczęścia,
                        miłości,zła oraz chumoru"
                        • aaneta Re: o con amore 08.11.05, 22:02
                          Adekwatna ta stopka, tylko nie wiem, do czego ;)
                          Ale profanacja, jak mogłaś, Mamarcelo!
                          A film wcale nie jest drętwy, trochę niedorobiony, to fakt (te chryzantemy
                          wiosną! i oczywiście Trasa Łazienkowska przy każdej okazji, kto wie, dlaczego?),
                          ale dziewczyna grająca Ewę - rewelacja!
                          • monikate Re: o con amore 08.11.05, 22:12
                            Eee... nie przypominam sobie! W czym ona taka rewelacyjna była? Aktorka z niej
                            żadna, uroda b. przeciętna. Dobrze w tym filmie zagrała młoda Joasia
                            Szczepkowska koleżankę zakochaną bez wzajemnosci w obiecującym pianiście.
                            Chyba, że potraktujemy film jako perłę z lamusa z mała już myszką... wtedy może
                            być rozczulający w rzeczy samej.
                            • beatanu Re: o con amore 08.11.05, 23:02
                              monikate napisała:

                              > W czym ona taka rewelacyjna była? Aktorka z niej
                              > żadna, uroda b. przeciętna. Dobrze w tym filmie zagrała młoda Joasia
                              > Szczepkowska koleżankę zakochaną bez wzajemnosci w obiecującym pianiście.

                              A ja ją pamiętam jako bardzo piękną dziewczynę z burzą kasztanowych włosów...
                              Szczepkowskiej za to w ogóle. O aktorstwie się nie wypowiadam, bo jako
                              czternastolatka na takie drobiazgi nie zwracałam chyba uwagi. Wiem, że
                              zaimponowała mi bardzo postawa chłopaka, który rezygnuje z kariery w imię
                              miłości. Ach, jakie to romantyczne! Jezuniu, ale to było prawie trzydzieści lat
                              temu!!!

                              Idę spać.
                              B =)
                          • mamarcela Re: o con amore 08.11.05, 22:29
                            Stopka adekwatna do każdego filmu, w końcu niemal w każdym trochę tego zdrowia,
                            szczęścia i "chumoru" się znajdzie.
                            Dla mnie najbardziej drętwy był Konarowski, a dziewczyna to chyba niezawodowa
                            aktorka, bo tylko w tym zagrała. A "Jezioro osobliwości" z tymże Konarowskim
                            pamiętacie?

                            mamarcela sentymentalna

                            "od dzieciństwa lubiłem syreny"
                            • aaneta Re: o con amore 08.11.05, 23:12
                              W Konarowskim kochały się wtedy wszystkie nastolatki, ja też :)
                              "Jezioro osobliwości" nie przetrwało próby czasu, moim zdaniem, w
                              przeciwieństwie do "Con amore", ale przeżywało się kiedyś, przeżywało...
                              Małgorzata Snopkiewicz, która grała Ewę, studiowała wówczas polonistykę, o ile
                              dobrze pamiętam.
                              Dbrnc :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka