Dodaj do ulubionych

o rocznicach

09.11.05, 11:45
Kilka dni temu minęło osiemnaście lat odkąd przed diabolicznie wymalowaną
reprezentantką USC wypowiedzieliśmy z L. formułkę "świadomy/-a obowiązków..."
(dalej nie pamiętam!) Ponieważ nasz związek wszedł w fazę dojrzałości i
pełnoletności - postanowiłam to uczcić a) uroczystym bardziej obiadem, b)
tortem na deser... I nawet dzieci się tym przejęły, ale nie mój mąż... I nie
chodzi o to, że to już po tylu latach nudne, że rocznica nie okrągła itp.
On po prostu nigdy takich rocznic nie uznawał, nigdy się nimi nie przejmował,
nie miały dla niego takiego znaczenia (jak dla mnie). I niby o tym od lat
wiem, ale i tak trochę mi było smutno :( Bo ja bym chciała i rybki i
akwarium... Faceta, który zmywa, sprząta, pierze i angażuje się w wychowanie
dzieci w 112% miałam od zawsze. Faceta, który przyniesie do domu kwiaty z
okazji takiej lub innej - nie. Hmmm. Czy można mieć bardziej
wydumane "problemy"?

Ale to tylko wstęp do pytania o rocznice w ogóle. Nie tylko o rocznice ślubu -
bo są jeszcze inne, mniej lub bardziej ważne. Jak ważne są dla Was Twa-cze
mili? Obchodzicie je z przytupem, czy pomijacie zupełnie? Różnicie się z tych
obchodach/nieobchodach z patnerem, rodzicami, rodzeństwem?

B

Obserwuj wątek
    • jottka Re: o rocznicach 09.11.05, 12:13
      nooo, a przypominając sobie nerwowo poradniki apropo rybek i akwarium - nie
      powinnaś mu o tym powiedzieć?:) to znaczy weź powiedz wyraźnie, że chcesz
      kwiatki na jutro:) i ma to zrobić nie dlatego, że osiemnaście lat coś tam, tylko
      dlatego, że inaczej będzie ci smutno


      a co do reszty - mam wrażenie, że skłonność i umiejętność obchodzenia rocznic
      wynika może po trosze z charakteru, ale po większej części z wyuczonej tradycji
      domowej. mam znajomych, którzy nawet miesięcznicę wsadzenia do ziemi cebulek
      tulipanów obchodzą radośnie, bo jest okazja, ale oni tak mają już w którymś
      pokoleniu. girlandy z bibułki, sukienka za pięć złotych, pościągani przyjaciele
      bliżsi i dalsi, i jest impreza:) bardzo sympatyczne to jest i fajnie sie gościć
      u nich raz w czas, ale mnie by na przykład trudno było samej takie obchody
      organizować, mam poglądy zbliżone do twojego męża:)
      • beatanu Re: o rocznicach 09.11.05, 12:33
        jottka napisała:

        > nooo, a przypominając sobie nerwowo poradniki apropo rybek i akwarium - nie
        > powinnaś mu o tym powiedzieć?:) to znaczy weź powiedz wyraźnie, że chcesz
        > kwiatki na jutro:) i ma to zrobić nie dlatego, że osiemnaście lat coś tam,
        tylk
        > o
        > dlatego, że inaczej będzie ci smutno

        Poradników nie czytuję :) - ale swoje racje przedstawić potrafię. I mówiłam
        oczywiście razy ileśtam. I jemu jest przykro z powodu, że mnie jest przkro i...
        nic z tego nie wynika. Bo "wymuszone" kwiaty nie cieszą tak jak kwiaty
        przyyniesione spontaniczne. Po prostu pod tym względem różnimy się okrutnie i
        już. I pewnie rację ma Daria, twierdząc, że u i tak "lepiej na tym wychodzę" -
        bo faktycznie bardziej satysfakcjonuje mnie związek partnerski niż związek
        oparty na romantycznych ale nie do końca równouprawnościowych (jakie wstrętne
        słowo, istnieje takowe?)zasadach.

        No, ale kurdę jak ktoś chce i rybek i czegoś jeszcze...
        • jottka Re: o rocznicach 09.11.05, 12:44
          beatanu napisała:

          > Poradników nie czytuję :)


          no ale bridżit dżons pewnie tak?:) skąd i my możemy czerpać cenne wskazówki



          > ale swoje racje przedstawić potrafię. I mówiłam oczywiście razy ileśtam. I
          jemu jest przykro z powodu, że mnie jest przkro i...nic z tego nie wynika.


          jako niepsycholog podejrzewam, że jednak nie przedstawiasz racji właściwie:) no
          to jest złe podejście 'kwiatki wymuszone nie cieszą cośtam cośtam' - one nie są
          wymuszone, skoro małżonek wie, że one sprawią ci radość. a skoro mu jest
          przykro, to niech nie jęczy żałośnie, tylko weźmie sie do roboty przy
          najbliższej okazji, a jak zapomni, to ty z kolei nie płacz, tylko zrób taką
          awanturę, że gwałtownie wyleci w poszukiwaniu najbliższej kwiaciarni:)




          > bo faktycznie bardziej satysfakcjonuje mnie związek partnerski niż związek
          > oparty na romantycznych ale nie do końca równouprawnościowych (jakie wstrętne
          > słowo, istnieje takowe?


          sprawiedliwych:)




          > No, ale kurdę jak ktoś chce i rybek i czegoś jeszcze...


          w kontekście chciałam tylko nadmienić, że rybki bez akwarium szlag trafi
          • beatanu Re: o rocznicach 09.11.05, 12:49
            :-)))))
    • braineater Re: o rocznicach 09.11.05, 12:14
      heh - my w sumie z Marysią do dziś nie potrafimy dojść do tego, czy jesteśmy ze
      sobą lat 10 czy 9, a o tym, by ktoreś z nas wiedziało, kiedy to ten dzień
      szczególny był, to już w ogóle mowy nie ma. Został umownie ustanowiony na
      początku marca, ale z reguły przypomina nam się jakiś tydzień, dwa po:)
      I tak z uroczystości obchodzonych hucznie, to tylko urodziny i Marysiowe i
      moje, bo te daty w miarę łatwo zapamietać (oraz dzień Nauczyciela, ale to już
      Maryś solo:), natomiast cała reszta rodziny musi liczyć na to, ze ktoraś z
      teściowych w odpowiednim momencie toporną aluzją przypomni o innych ważnych
      rodzinnych uroczystościach i obchodach, takich, jak ich własne urodziny lub
      imieniny (a to to w ogóle jest koszmar, bo cały czas mi się wydaje, że moja
      teściowa, mając imię dość często w kalendarzu spotykane, co roku losowo sobie
      wybiera, kiedy będzie miała imieniny, co dla mnie, osoby wychowywanej w
      regionie bezimieninowym, jest w ogóle jakąś czarną magią)
      Natomiast ze wszystkich uroczystych obchodów, przy całej areligijności, to
      najbardziej lubie komunie. Jakoś zawsze kojarzyło mi się to z cywilizowanym
      weselem, ogólna radochą (co już na weselach nie jest tak oczywiste)i miłym
      spedzenim czasu.

      P:)
    • daria13 Re: o rocznicach 09.11.05, 12:19
      Rocznice obchodzimy w domu zawsze i z reguły w ramach obchodów mąż robi dobrą
      kolację z lepszym winem. Im mniej ważna rocznica, tym skromniejsza kolacja. Np.
      jeśli rocznica bardziej pod dzieci to po prostu pizza przez nie uwielbiana,
      własnoręcznie oczywiście zrobiona. Najśmieszniejszą rocznicą, jakią obchodzimy
      jest rocznica (nie śmiejcie się) pierwszego pocałunku (w Łazienkach), bo
      poznaliśmy się w szkole i nie mozemy jednoznacznie oznaczyć daty poznania
      się:)). Obdarowujemy się tez regularnie prezentami z okazji rocznic, z każdym
      rokiem niestety coraz skromniejszymi, wręcz czasami symbolicznymi, bo zarobki
      jakoś stoją, a ceny za cholerę nie:(
      Muszę Ci jednak Beatko powiedzieć, żebyś mi przypadkiem nie zazrodściła, że u
      mnie w domu jest dokładnie odwrotnie niż u Ciebie i śmiem twierdzić z całą
      pewnością i stanowczością, że to Ty lepiej na tym wychodzisz.
      Pozdrawiam serdecznie:)
    • marquis Re: o rocznicach 09.11.05, 12:21
      Uwielbiam celebrować różnego rodzaju rocznice. Jako dzieciak np. zorganizowałem
      rocznicę 100 lat mojej rodziny (z dokładnościa co do dnia wyliczyłem datę, gdy
      suma wieku wszystkich członków rodziny wyniesie 100 lat :) Obchodziłem też
      rocznice okrągłych tysięcy dni przeżytych ;-) Pamiętam o rocznicy urodzin i
      śmierci Oscara Wilde'a i Marii Callas, pamiętam daty ważnych wydarzeń w moim
      życiu, mam w głowie daty urodzin moich przyjaciół i całej rodziny. Niestety,
      większośc osób, jakie znam w ogóle nie przywiązuje do tego wagi, niektórzy maja
      problem z określeniem roku (o dniu nie wspominając) urodzenia swoich rodziców,
      rodzeństwa czy ukochanej/ukochanego itd. Ale cóż pozostaje innego niż akceptacja
      ich odmienności? :-)
    • kwiecienka1 Re: o rocznicach 09.11.05, 12:59
      ze względu na to, że stosunki wewnątrz (całej) mojej rodziny są od zawsze
      bardzo luźne, nie przywiązuje się wagi do rocznic/urodzin/imienin - owszem jest
      miło jak ktoś skojarzy datę z osobą/wydarzeniem i zazdwoni z krótkimi
      życzeniami, ale raczej na nic innego nie można liczyć...
      moi rodzice mają dwie daty ślubu i hucznie "obeszli" obie dwudziestkipiątki,
      ale innych rocznic przez nich obchodzonych sobie nie przypominam
      tylko jako dziecko dostawałam prezent na urodziny, więc od jakichś dziesięciu
      lat w tej kwestii mogę liczyć wyłącznie na przyjaciółki... nawet mi to nie
      przeszkadza, po prostu w naszej rodzinie już tak jest
      ale, niestety, skoro nie mam nawyku zapamiętywania cudzych rocznic/urodzin to
      czasami wychodzę na nienajlepszą przyjaciółkę co to nawet o urodzinach nie
      pamięta...

      a propos kwiatków: dostawałam od kolegów z liceum na Dzień Kobiet, od moich
      przyjaciółek po obronie licencjata & magistra i ostatnio dostałam od jednego
      faceta (niestety, jego szanse i tak były marniutkie, ale przynajmniej niechcący
      sprawił, że go zapamiętam chyba do końca życia) - tak więc motyw badylków w
      moim życiu nie jest specjalnie rozbudowany :-))) miło jest dostawać kwiaty, ale
      jakoś nie jest to dla mnie (może jeszcze) coś strasznie ważnego - ani kwiaty,
      ani zapomniane urodziny
      właśnie, może tylko jeszcze? na razie żyję jak motylek, bez przywiązania do
      kogokolwiek & czegokolwiek i może dopiero jak założę rodzinę to takie
      świętowanie pierwszego pocałunku, pierwszego ząbka i pierwszego dnia w zerówce
      stanie się dla mnie ważne? hmmmmm...
      pozdrawiam
      Kwiecienka nad Własnym Brakiem Empatii(?)Pochylona
    • blue.berry Re: o rocznicach 09.11.05, 14:04
      jesli jakos Cie to pocieszy droga B. to ja rowniez wspoldziele swoje zycie z
      podobnym osobnikiem. mam 112% oraz zero rocznic. na poczatku troche sie
      awanturowalam, napraszalam jak rowniez obrazalam. moj TZ po prostu rocznic nie
      uznaje i nie obchodzi, ani swoich (tych to zabrania rowniez innym obchodzic),
      ani cudzych, ani wspolnych. podobniez chetnie nie obchodzilby zadnych swiat ani
      w nich nie uczestniczyl.
      u nas w sumie rozeszlo sie po kosciach, bo jak sie okazalo moje przywiazanie do
      rocznic wielce mocne nie bylo, i jakos tak w przeciagu paru lat pozbylismy sie
      rocznic wszelakich. na uroczyste obiady chodzimy z zaskoczenia (i to bywa
      mile). kwiatow nie dostaje bo kwiaty ciete to marnotrawstwo natury i w ogole
      dziwny wymysl. ale za to mam obok siebie pelna mobilizacje typu "podoba sie to
      kupujemy". mobilizacja ta wyrobila we mnie zreszta lekki strach przed
      dotykaniem, ogladaniem i wachaniem czegokolwiek (a ciezko bylo bo wzrokowcem
      jestem ogromnym i czasem lubie sobie po prostu poogladac bez checi
      jakiejkolwiek nabycia). swoja droga czasem musi to niezle wygladac jak pani
      panu wydziera z reki flakon perfum/elegancki sweter/album niekoniecznie
      potrzebny, wykrzukujac po cichu "zostaw, ja wcale tego nie chce, tylko
      ogladalam sobie":))
      ale ale mialo byc o rocznicach.
      wychodzi na to ze nie obchodze.
      imieniny - w ogole dziwny zwyczaj
      urodziny - od pewnego wieku malo chetnie
      rocznica spotkania/pocalunku i in. - obchodzilabym ale zapal ostygl
      uwielbiam za to Boze Narodzenie (o ile mozna to zaliczyc do rocznic:))
      i chyba to u mnie rodzinne bo rocznice osobiste zawsze byly obchodzone bardzo
      prywatnie, imieniny/urodziny to okazja do spotkania ale moja rodzina (jako
      wielce praktyczna) zazwyczaj ochodzi kilka na raz (znaczy zbiera te z zakresu
      3, 4 miesiecy i dawaj hurtem:)

      ale obiecuje sobie ze 10 rocznice obejde! a co!
      • beatanu Re: o rocznicach 10.11.05, 00:57
        blue.berry napisała:

        > jesli jakos Cie to pocieszy droga B. to ja rowniez wspoldziele swoje zycie z
        > podobnym osobnikiem.

        Dziękuję, czuję się pocieszona :-)

        /chociaż mam zabandażowany lewy kciuk i trochę ciężko mi się wystukuje na
        klawiaturze/

        Pozdrawiam!
    • nienietoperz Re: o rocznicach 09.11.05, 14:06
      Rocznice fajne sa...
      Niekoniecznie po to, zeby swietowac rocznicowo, ale po to, zeby znalezc sobie
      kolejny powod do zrobienia czegos niecodziennego.

      Pamietam dosc dobrze daty adRodzicowe, adSiostrzane i adZonine, dalej juz
      rozpacz - babcie, kuzyni, siostrzency czy szwagier gina w kalendarzowej mgle.
      Ze slubem ulatwilismy sobie mocno pobierajac sie w Dzien Matki (ktory skadinad w
      Anglii przypada jakos w kwietniu!?); datami romantycznowczesniejszymi mamy
      problem - o ile jestesmy w stanie zdeterminowac konkretny moment utworzenia tak
      zwanej pary, to nie jestesmy w stanie go ulokowac w kalendarzu (ulatwic powinno
      to, ze ogladalismy tego dnia Teatr Telewizji, z Zapasiewiczem w roli dyrygenta
      Furstwanglera, i do ustalenia konkretnej daty wystarczylaby pewnie wyprawa do
      archiwow TVP).

      Stosunkowo cieplo i oryginalnie wspominam I rocznice slubu, spedzana samotnie
      (nienietoperzowa na wygnaniu w Linkoping) w Atelier u Aniola w Lodzi, na zmiane
      badz jednoczesnie czytajac cos uroczego (oczywiscie nie pamietam co), piszac
      listy do skandynawskoopuszczonej ukochanej, konsumujac piwo proste i sluchajac
      muzyki, tradycyjnie w AuA dosc przedziwnej.

      Wasz rozmarzony nienietoperz...
      • beatanu Re: o rocznicach 10.11.05, 01:05
        nienietoperz napisał:
        > Ze slubem ulatwilismy sobie mocno pobierajac sie w Dzien Matki

        My też sobie w pewnym sensie ułatwiliśmy... Pobraliśmy się 7 listopada, w
        rocznicę Rewolucji Październikowej. I dopóki mieszkaliśmy w PRL-u, co roku nam
        o tej rocznicy przypominano :) Później czasy się zmieniły i... mój mąż miał
        wymówkę, gdy o NASZEJ rocznicy zapomniał: "No, cóż, nikt w radio/prasie/TV
        nawet nie wspomniał, że to jakiś wyjątkowy dzień..." Albo jakoś tak. Dla żartu
        oczywiście.

        B

    • dr.krisk Masz racje... 09.11.05, 15:34
      Moi rodzice wszelkie rocznice obchodzili z bolem i wymuszenie. Rocznice swego
      slubu starannie pogrzebali w pamieci.
      Ja natomiast rocznice lubie i obchodze. Jakos musimy przeciez zindywidu...
      zinwidual.. przystosowac kalendarz do naszych wlasnych potrzeb. Niech tam dla
      wszystkich ludzi bedzie na przyklad zwykly wtorek, a dla nas to Niezwykla
      Rocznica, okazja do bachanalii & rozrywek wyszukanych (a jaki to byl tort??).
      Nie chodzi tu o jakies drogie prezenty (prawdziwy prezent musi byc tani i
      wyszukany!!!), scenografie wyrafinowana, itp.
      Jestem wielkim zwolennikiem drobnych, prostych zyciowych przyjemnosci: milo
      dostac na urodziny pare ladych buteleczek... Potem siedzi czlowiek zimowa pora,
      buteleczki studiuje, z etykiet obcych jezykow sie uczy. Sama korzysc, a jaka
      przyjemnosc!
      Uwazam ze powinnismy byc dobrzy dla samych siebie - organizujmy obchody,
      rocznice, jubileusze, benefisy!
      • blue.berry Re: Masz racje... 09.11.05, 16:38
        ale przeciez mozemy byc dla siebie mili rowniez bezokazyjnie. robic sobie
        prezenty dla polepszenia humoru (bez koniecznosci czekania jeszcze 8 miesiecy),
        podawac sniadanie do lozka w zwykla szara listopadowa niedziele czyniac ja o
        wiele bardziej sloneczna, zbez powodu po pracy olac wszystko i wybrac sie do
        restauracji na obiad. im dluzej zyje tym bardziej wlasnie ciesza mnie takie
        rzeczy. bo np o ilez fajniejsze bywaja niespodziewane imprezy niz wydumane
        zaplanowane sylwestry. spontaniczny wyjazd z przyjaciolmi na weekend niz
        zaplanowana impreza urodzinowa. zreszta nie wiem. wlasciwie nawet o tym nie
        rozmyslalam tylko ten temat mnie do tego zachecil. a moze zyjac z bardzo
        praktycznym i kompletnie nieromantycznym TZ nauczylam sie cieszyc tym co
        niespodziewane i z zaskoczenia:))
    • allexamina Re: o rocznicach 09.11.05, 17:43
      Na moim slubie chmura sie oberwala i zalala cale miasto, straszliwie.
      Spoznilismy sie przed tzw. 'oltarz'. Nie bylo problemu bo wejscie do kosciola
      tez zalalo... Male przyjecie po slubie, ktoremu mial towarzyszyc kwartet
      klasyczny skonczylo sie obiadem na 8 osob z samotnym skrzypkiem i cala zgraja
      kelnerow...

      Nie pojechalam na urodzystosc dyplomowa bo drzewo sie przewrocilo na moj
      samochod zgniatajac go dokumentnie (podczas gdy ja wyskakiwalam zza kierownicy).
      Mialam przemawiac na uroczystosci jako ze konczylam studia z wyroznieniem. Potem
      sie musialam tlumaczyc calej szkole – kazdej osobie z osobna! Ze tak po
      indiansku powiem: uff!

      Raz na urodziny maz zabral mnie do stanowego parku gdzie mielismy sobie
      pochodzic po roznych kanionach wyzlabianych od epoki lodowcowej. To bylo tego
      samego roku kiedy Mississippi wylala. Kaniony sa daleko od Mississippi ale bez
      kaloszy z cholewkami po udo nie dalo sie wejsc. Wiem, bo zgubilam buty. I
      skarpetki. Kiedy po latach wrocilismy do tego samego miejsca na rocznice
      czegostam - zastalo nas tornado. Nic sie nam nie stalo, za to z miasteczka malo
      co zostalo...

      Na rocznice (jakas-tam) pojechalam skakac ze spadochronem. Samolot z ktorego
      mielismy skakac zepsul sie w powietrzu i musielismy nagle ladowac... Kto ladowal
      takim samolotem wie jaka to przyjemnosc. A jeszcze zepsutym!

      Na imprezie po przysiedze obywatelskiej nie bylam bo na stacji kolejki jednej
      pani ktos wyrwal torebke i rzucil sie w moim kierunku. Przypadkiem – zupelnym
      przypadkiem! – podstawilam ktosiowi noge. Skonczylo sie guzem, wizyta na
      pogotowiu i potem na komisariacie. Na szczescie nie musialam zeznawac w sadzie.

      W tym roku na rocznice slubu mielismy pojsc do nowej francuskiej restauracji –
      miesiac wczesniej trzeba rezerwacje robic! Musze tu zaznaczyc, ze mamy nowa
      kotke-dachowca, ktora gdzies okolo rocznicy naszego slubu wprowadzila sie do nas
      ze swymi 4-tygodniowych kocietami. Tego dnia wlasnie wymyslila sobie jak
      otworzyc drzwi do reszty chalupy (podczas naszej nieobecnosci oczywiscie).
      Problem w tym, ze reszte chalupy zajmowaly 2 dorosle, dobrze zadomowione, meskie
      koty. Efekt byl taki ze zamiast do restauracji francuskiej pognalismy na
      pogotowie weterynaryjne. Reszte wieczoru, czyli gdzies kolo polnocy, spedzilismy
      zmywajac krew i mocz z dziwnych miejsc w domu... Po przeliczeniu wydatkow za
      pogotowie okazalo sie ze na restauracje francuska nie bedzie nas stac jeszcze ze
      dwa lata.

      I tak jest wlasciwie przy kazdej okazji, rocznicy... Historie moglabym
      opowiadac jeszcze dlugo. Po przeczytaniu Hitchhiker’s Guide to Galaxy nabralam
      przekonania, ze to _ja_ jestem krolem deszczu... Takze Beato droga, jak Ci
      kiedys jeszcze smutno bedzie z powodu (nie)spontanicznie (nie)obchodzonych
      rocznic – pomysl sobie o mnie. :o) Niektorzy z nas zupelnie nie maja wyboru... :oD
      • mamarcela Re: o rocznicach 09.11.05, 20:22
        Witaj Allexamino w Klubie Ludzi Którym Przydarzają Się Różne Takie. Na
        szczęście nie jestem osamotniona, a podejrzewałam, że wszyscy w Trupie myśleli,
        iż ja te "mamarceli dziwne przypadki" zmyślam okrutnie. Otóż nie - niektórzy
        tak mają, że nawet w nudnym i monotonnym zyciu (jakie jest moje ostatnio)
        zdarzaja się im kompletnie idiotyczne przygody, czyli tak zwane "numery
        scenariuszowe", co w tłumaczeniu na ludzki znaczy, że są zbyt nieprawdopodobne,
        żeby je umieszczać w jakimkolwiek scenariuszu. No chyba, że seriali
        polsatowskich, w których wszystko jest możliwe.
        Pozdrawiam
        mamarcela pechowiec, który ma szczęście
      • beatanu Re: o rocznicach 10.11.05, 00:54
        allexamina napisała:
        Takze Beato droga, jak Ci
        > kiedys jeszcze smutno bedzie z powodu (nie)spontanicznie (nie)obchodzonych
        > rocznic – pomysl sobie o mnie. :o)

        Dziękuję za pocieszenie! Pomyślę :)
        Ale mam też nadzieję, że od czasu do czasu uda Ci się celebrować którąś z
        rocznic trochę bardziej zgodnie z planem...

        B
        • allexamina Re: o rocznicach 11.11.05, 21:14
          Mamarcelo,

          1) dzieki za powitanie! :o)
          2) bede zaszczycona rola malego stroza w 'Klubie Ludzi Którym Przydarzają Się
          Różne Takie' :o)

          Apropos, mialam kolege, ktoremu nigdy sie nic nie wydarzalo. Tak twierdzil.
          Przez lata trzymal sie mnie blisko bo mnie sie wydarzaja, jak to ladnie
          okreslilas, rozne takie i on tez by chcial. Byl z nami, tak mi sie wydaje,
          podczas tornada w Utice. Odbieral mnie z posterunku policji (bez sensu, bo
          wszyscy policjanci chcieli mnie odwiezc do domu - rzadko sie zdarza ze 164 cm
          kobiety obala ponad 2 metry mezczyzny podstawiajac mu noge i to przypadkiem),
          gdzie sie wdal w duza dyskusje na tematy matematyki teoretycznej z
          tranwesta/prostytutka. (Prostytutka w pewnym momencie do aresztujacego ja
          policjanta: "Nie przeszkadzaj, to jest istotne co on mowi!" Duzy, chicagoski -
          znaczy moze nalac - policjant odwraca glowe w kierunku kolegi i czeka na ta
          istotna wypowiedz. Po wysluchaniu mowi: "Eeeh, myslalem ze bedzie mowil o
          paczkach". :o) ) Ale jak mojego kolege zapytasz - to jemu sie nigdy nic nie
          wydarza, do dzis tak ma. Prowadzi bardzo monotonne zycie...

          Beato, prawde mowiac jestem wdzieczna za to ze rzeczywistosc karmi mnie dziwnymi
          wydarzeniami. Czuje sie wtedy jak ten motyl nad Nowym Yorkiem co machajac
          skrzydlami powoduje tsunami w Azji. Pewnie jakies rocznice obchodzilam zgodnie z
          planem. Tych nie pamietam, choc pewnie byly przyjemniejsze w trakcie. :o)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka