stephen_s
15.11.05, 18:35
Diabollo linkował, ale wkleję oddzielnie dla porządku...
"NIECH EUROPA CZYTA Z PŁOMIENI
W Biblii czytamy, że Bóg, wyprowadzając swój lud z Egiptu, "szedł przed nimi
podczas dnia jako słup obłoku, nocą zaś jako słup ognia". Dziś uboga młodzież
z gett na francuskich przedmieściach przemawia do nas poprzez słup dymu za
dnia i słup ognia nocą. Słupy unoszą się z samochodów - jak dotąd spalono ich
ponad 8 tys. - a na pozór bezsensowna przemoc niesie przesłanie równie jasne
jak to, którego posłuchał Mojżesz. Europa, która imigrantom zdawała się
ziemią obiecaną, dla ich dzieci stała się nowym domem niewoli.
Młody człowiek imieniem Bilal z osiedla 112 w Aubervilliers zwierza się
dziennikarzowi: "Gdy wymachujesz koktajlem Mołotowa, czujesz się tak, jakbyś
wołał o pomoc. Brakuje słów, żeby nazwać urazy - wiesz tylko, co chcesz
powiedzieć, podpalając". Oni wiedzą, co robią - przemawiają przez ogień.
Nie oznacza to usprawiedliwienia przemocy. Nic zaiste nie usprawiedliwia
pobicia na śmierć starszego człowieka, niewinnego przechodnia - emerytowanego
mechanika samochodowego Jeana Jacques'a le Chenadeca, który podobno próbował
tylko ugasić płonący kosz na śmieci koło swego domu. Lecz kiedy kruchy pokój
społeczny jest przywracany za pomocą metod tak drastycznych jak godzina
policyjna, winniśmy spróbować zrozumieć głos dobiegający z płomieni.
Nie tylko Francja
Niektórzy komentatorzy porównują spokojną, wielokulturową Wielką Brytanię z
wybuchową, monokulturową Francją. Sądzę, że to niebezpieczne złudzenie.
Przesłanie w postaci płonących renault i citroënów skierowane jest oczywiście
przede wszystkim do przywódców Francji. W żadnym kraju europejskim nie żyje
taki odsetek imigrantów i ich dzieci - głównie z Afryki, głównie muzułmanów.
Ich liczbę szacuje się na 6-7 mln, ponad 10 proc. ludności Francji. W
niewielu też krajach europejskich imigranci i ich dzieci poddani są takiej
gettoizacji jak w podupadłych dzielnicach podobnych 112 Aubervilliers. W
niewielu krajach minister spraw wewnętrznych pozwoliłby sobie nazwać
buntowników „motłochem”, który trzeba wymieść pompą ciśnieniową - i pozostać
jednym z najpopularniejszych polityków. A skoro w takiej chwili premierem
Francji jest arystokrata, który często bez ogródek sięga po przemoc, trudno
doprawdy nie pomyśleć o ancien régime. Niewiele europejskich stolic może się
poszczycić bardziej ekskluzywną elitą.
We francuskim życiu publicznym spotkać można niewielu potomków powojennych
imigrantów zza Morza Śródziemnego. Ich położenie świetnie podsumowuje rysunek
w "Le Monde", na którym siwowłosy arystokratyczny premier Dominique de
Villepin wita się z ministrem ds. równości szans Azouzem Begagiem, klepiąc go
po głowie. Dobry, dobry Azouz... Realia społeczne "równych szans" streszcza z
kolei tytuł książki biznesmena pochodzenia marokańskiego: "Społeczna winda
nie działa, pójdę schodami". Na francuskim rynku pracy można znaleźć mnóstwo
przykładów endemicznego rasizmu. Brytyjski pisarz Jonathan Fenby opowiada
historię artysty estradowego z jednego z biednych osiedli, który złożył dwa
podania o pracę w telewizji publicznej. W jednym podał swe afrykańskie
nazwisko i prawdziwy adres, w drugim nazwisko francuskie i adres w lepszej
dzielnicy. Na pierwsze dostał odmowę, na drugie - zaproszenie na rozmowę.
Jednocześnie Francja zdecydowanie przoduje w wysiłkach asymilacji. Żaden kraj
europejski nie zakazał tak rygorystycznie islamskich chust. Żaden nie
traktuje równie nieustępliwie różnic kulturalnych. Jak odnotował Alain
Duhamel w książce "Chaos we Francji", "jedyną społecznością, jaką uznaje się
we Francji, jest naród francuski".
Wszystko to jest typowe dla Republiki Francuskiej lub zostało tam
doprowadzone do skrajności. Ale nie łudźmy się - problem dotyczy całej
Europy. To właśnie drugie pokolenie imigrantów w spokojnej, wielokulturowej
Wielkiej Brytanii dopuściło się najokropniejszego czynu, jakim były lipcowe
zamachy w Londynie. Zważywszy na formę buntu, Bilal i jego koledzy
przemawiają w pewnym sensie staromodnym językiem francuskim, choć to
francuski bez słów. Bo przecież widowiskowe, choć wcale nie tak krwawe
protesty - z blokowaniem dróg i wznoszeniem barykad - należą do
ponaddwustuletniej francuskiej tradycji rewolucyjnej. Francuskie drugie
pokolenie imigrantów pali samochody - nasze spaliło ludzi. Co wolicie? A w
spokojnej, wielokulturowej Holandii popełniono zeszłego roku rytualny mord na
Theo van Goghu.
Ich dom Europa
W większości krajów Europy Zachodniej żyją duże społeczności niezadowolonych
imigrantów i ich potomków. To my sprowadziliśmy ich tutaj - jako spadek po
kurczących się imperiach kolonialnych i jako robotników do podrzędnych prac,
którymi nie chcieli się parać rdzenni Europejczycy w czasach imponującego
boomu gospodarczego po 1945 r. Trzymaliśmy ich zwykle na dystans, traktując
jak naturalizowanych obcych, a nie pełnoprawnych obywateli Europy. W
Niemczech np. do niedawna nie zachęcano gastarbeiterów z Turcji do
występowania o obywatelstwo, nawet jeśli mieszkali tam od 30 lat.
Proklamowana zaś po 11 września "wojna z terroryzmem" zwiększa jeszcze to
wyobcowanie.
To jeden z ogólnoeuropejskich, chciałoby się powiedzieć - główny
ogólnoeuropejski problem; w każdym razie nie mniej istotny od tworzenia
miejsc pracy. Zresztą oba problemy ściśle się wiążą. W wielu osiedlach
przemawiających dziś językiem ognia bezrobocie sięga 40 proc., a średnia
wieku nie przekracza trzydziestki. Zarazem rdzenni bezrobotni Europejczycy
zasilają szeregi Frontu Narodowego Jeana Marie le Pena i innych partii
antyimigranckich w całej Europie. Wszystko to nakręca spiralę...
Wiele przesłanek wskazuje na to, że w najbliższej dekadzie znacząco wzrośnie
europejska społeczność muzułmańska o korzeniach imigracyjnych - zarówno
wskutek wyższego przyrostu naturalnego, jak i dalszej imigracji. Jeżeli nie
możemy sprawić, by ci, którzy się tu urodzili, poczuli się w Europie jak u
siebie, zacznie się niezły cyrk. Ponad 8 tys. spalonych samochodów wyda się
tylko przekąską.
Zajęcie się socjoekonomicznymi problemami imigrantów to rozwiązanie
połowiczne, nadto bardzo trudne, bo kluczem są miejsca pracy, których więcej
powstaje dziś w Azji i Ameryce niż w Europie. Druga połowa problemu dotyczy
obywatelstwa, tożsamości i tego, jak imigrantów traktują na co dzień
współobywatele.
Bycie Europejczykiem powinno oznaczać wszechogarniającą tożsamość obywatelską
pozwalającą imigrantom i ich dzieciom czuć się jak u siebie w domu. W teorii
powinno być łatwiej poczuć się tureckim, algierskim czy marokańskim
Europejczykiem niż tureckim Niemcem, algierskim Francuzem czy marokańskim
Hiszpanem, gdyż tożsamość europejska jest z definicji szersza, ogólniejsza.
Ale nie jest łatwiej. Europejskość jakoś tak nie funkcjonuje. Rdzenni
Europejczycy mogą czuć się Europejczykami francuskimi, niemieckimi,
hiszpańskimi czy brytyjskimi. Owszem, trafiają się ludzie rzeczywiście mający
tożsamość, powiedzmy, pakistańsko-brytyjską czy tunezyjsko-francuską. Ale
taki myślnik rzadko działa. By więc poradzić sobie z największym problemem
nie tylko Francji, lecz całego naszego kontynentu, winniśmy zdobyć się na
zdefiniowanie od nowa, co to znaczy być Europejczykiem."
serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,3014329.html