lotak2
18.12.06, 14:20
Postanowiłem mój list do Fnolla opublikować w formie nowego wątku, bo tym
razem rzeczywiście życzyłbym sobie, aby przeczytało go jak najwięcej forumowiczów.
Motto:
„Oczywiście mam na myśli czytających oczyma, a nie rozdziawioną na widok
ciastka gębą...” /Fnoll, 18.12.06 godz 0.50/
Drogi Fnollu!
Ten list jest ostatni, jaki ode mnie otrzymasz. Postanowiłem sobie nie
reagować już więcej na żadne Twoje wpisy, na żadne wątki, nie komentować
niczego, co Ciebie dotyczy, a także nie pisać o Tobie w żadnych przyszłych
wypowiedziach.
Być może moja reakcja będzie dla Ciebie niezrozumiała, być może pomyślisz, że
przesadzam lub się zgrywam – jest mi to zupełnie obojętne i bez względu na
fromę i treść Twojej ewentualnej odpowiedzi, już więcej nie zareaguję.
Ale tych kilka zdań na koniec muszę jednak napisać, a to dlatego, że mam
niewyobrażalne wprost wyrzuty sumienia, które nakazuje mi po prostu w ten, a
nie inny sposób zakończyć nasze forumowe „spotkania”.
Tak się bowiem złożyło, że to po moich trzech ostatnich wpisach na Twój temat,
doszło do zupełnie dla mnie nieprzewidzianej emocjonalnej eskalacji z Twojej
strony, za którą pośrednio czuję się odpowiedzialny. Chodzi mi nie tylko o to,
że zupełnie niewłaściwie Cię oceniłem, uznając zupełnie niesłusznie za „kutego
na cztery nogi” ateistycznego twardziela, którego nikt i nic nie jest w stanie
sprowokować czy wyprowadzić z równowagi, ale także o zbawienny szok, jakiego
SAM doznałem, czytając Twoje weekendowe wpisy.
Po raz pierwszy od czasu mojego udziału na tym forum zrozumiałem, DO CZEGO jak
tak właściwie dokładam rękę, wdając się z Tobą w polemiki, kłótnie i wzajemne
prowokacje.
Wstydzę się dosłownie każdego wpisu do Ciebie i na Twój temat; może zabrzmi to
teatralnie, ale chciałbym, aby zapadły się one w najdalszą czeluść piekła,
skąd niechybnie – jak miemam – przy całej mej niekwestionowanej OSOBISTEJ
WINIE, pochodziła ich inspiracja...
Cokolwiek sobie pomyślisz, bez względu na to, czy mi uwierzysz czy nie,
chciałbym Cię niniejszym, najszczerzej jak tylko potrafię, przeprosić za każde
słowo, za wszystkie prowokacje i obelgi, za kpinę i insynuaje, których Ci nie
szczędziłem. To było złe, podłe, grzeszne, niegodne ani Ciebie jako adresata,
ani tym bardziej mnie, piszączego te wszystkie paskudztwa, a uważającego
siebie za głęboko wierzącego człowieka. Miałeś absolutną rację, wytykając mi
to od czasu do czasu w Twoich odpowiedziach, na które niestety zwykle
reagowałem zwiększoną jeszcze bezwzględnością.
Proszę Cię jednocześnie o wybaczenie mi; nawet jeśli nie natychmiast, co mogę
zrozumieć, to być może kiedyś w przyszłości.
No i koniecznie pozostań na forum, które wzbogacasz swoją wiedzą, oczytaniem,
humorem i błyskotliwymi uwagami.
******
Na koniec opowiem Tobie i innym, co mi się dzisiejszej nocy wydarzyło, stając
się dodatkowym bodźcem do napisania tego listu, chociaż decyzję podjąłem już
wczoraj.
Otóż cierpię na tzw. bezdechy, czyli fazy snu, kiedy człowiek po prostu
przestaje na jakiś czas oddychać. Ta przypadłość męczy mnie już od kilku lat,
a teraz, w związku z moimi sercowymi problemami, stała się jeszcze bardziej
niepokojąca. Ze względu na głośne chrapanie od lat sypiam w oddzielnym pokoju,
aby nie przeszkadzać pozostałym domowinikom, więc – chociaż nie mówię tego
głośno – czasem boję się wręcz, że mogę się któregoś poranka po prostu nie
obudzić.
Dzisiejszej nocy znowu miałem taki oddechowy zastój, ale tym razem był on
wyjątkowo głęboki i połączony z dziwnym snem. Otóż śniło mi się, że widzę sam
siebie, jak upadam... Potem zrobiło się zupełnie ciemno, a ja miałem
świadomość, że nie oddycham i absolutną pewność, że oto umieram. Na początku
gorączkowo próbowalem zmusić się do nabrania powietrza, ale już po kilku
bezowocnych próbach, zrezygnowany pogodziłem się z faktem własnej śmierci,
zupełnie biernie czekając na finał. Czułem jakiś taki dziwny żal, wstyd i
kompletną niemoc w uczynieniu czegokolwiek, ciągle na nowo powtarzając sobie w
myślach: „ach, więc to TAK wygląda śmierć”....
Musiałem trawć w tym stanie wyjątkowo długo, bo przy nagłym niezwykle głośnym
i tym razem udanym wdechu, aż sobie usiadłem na łóżku. Możesz mi wierzć, byłem
kompletnie przerażony! Zapaliłem nocną lampkę, spojrzałem na disyplay budzika
– była godzina 0.50.
Resztę nocy spędziłem na czuwaniu i modlitwie...
Jedno jest pewne, nigdy nie położę się dołóżka po napisaniu jakiegoś
paskudztwa na forum...
Po przyjeździe do pracy, z jeszcze większym przerażeniem skojarzyłem czas
Twojego wpisu, którego urywek zacytowałem jako motto do niniejszego listu...
Pozdrawiam
Juras - lotak