Miało być półdomowo, wyszedł poród szpitalny. Na szczęście nawet warunki na porodówce przypominającej przed południem ruchliwy włoski plac w centrum miasta (za parawanem sznur dziewczyn na ktg, jakieś amnioskopie, rozmowy z sąsiadującego pokoju socjalnego - marzyłam o cichym, przytulnym i odosobnionym schowku na szczotki) nie przeszkodziły w tym, żeby poszło szybko i całkowicie naturalnie.
Obudziłam się o 3:30 ze skurczami. Nie dało się zasnąć, więc zaczęłam odliczać czas - były tak mniej więcej co dwie minuty. Po konsultacjach telefonicznych z położną, która właśnie kończyła dyżur, zdecydowałyśmy, że jedziemy do szpitala. Dotarliśmy jakoś tak przed ósmą. I okazało się, że nie za mocne te skurcze. Ale zdaje się, że taka moja uroda - skurcze do końca były krótkie i niby nie takie, a skończyliśmy zabawę o 14:25. Krótkie nie krótkie, ale póki co nie mam ochoty powtarzać doświadczenia

W ogóle nawet i przy porodzie muszę być indywidualistka - próby oddychania przeponą przy skurczach tylko mnie rozpraszały, ruszać się za bardzo nie chciałam, to znaczy jak już byłam w jakiejś pozycji, to chciałam tylko tak zostać (z wyjątkiem pierwszego, leżącego ktg i badań również na leżąco), a skurczy partych wcale a wcale nie przyjęłam jako ulgi.
W każdym razie, biorąc pod uwagę, że to musiał być szpital i w takich a nie innych godzinach, jestem zadowolona z porodu. Z tego, co działo się potem z Małym mniej. Udało się poczekać, aż pępowina wytętniła i nie było problemu z tym, że nie chcieliśmy witaminy K, ale poza tym szpitalnie, szpitalnie, szpitalnie. Dużo za krótko miałam synka na brzuchu, długie odśluzowywanie, w czasie kiedy rodziłam łożysko i byłam szyta (pękłam - jedynka) Małego trzymał tata, ale później zabrano go na szczepienie, badanie i co tam jeszcze i dość długo to trwało. A po trzech godzinach wyszliśmy do domu. I tak przyzwyczajamy się do siebie

))