Witam wszystkie i wszystkich.
Przez kilka lat byłam uczestniczką tego forum, gdy moja córka grała tak między 4 a 9 rokiem życia na fortepianie. Szła jak burza, achy i ochy. Niestety ostatnie dwa lata to była japońska nauczycielka, która stawiała na technikę, młoda miała ogromny rozstrzał między wiekiem(czyli też zachciankami dzieciaczka z wczesnej podstawówki), a umiejętnościami i niestety zderzenie skończyło się źle, tym bardziej, że pani nie chciała jej robić przyjemności, dawać jej nut lubianych utworów, był płacz, interwencje w szkole itd. Ja też nie jestem bez winy, bo nieprzyzwyczajona do niechęci, nie potrafiłam jej ogarnąć. Znów ten rozstrzał - za dużo może od niej wymagałam, po latach kolorowych kart i naklejek, zbyt nagle zrobiło się "wymagająco" i poważnie.
Zrezygnowała.
Przeboleliśmy.
Teraz ma 12 i 1/2. I śpiewa. Od rana do nocy, jak bum tarara, to nie jest przenośnia! U mojej mamy, gdy byliśmy na Gwiazdkę, to w 52 metrach we 4 trudno mieć swoją przestrzeń cichutką, więc zamykała się w łazience/toalecie, żeby śpiewać. Oczywiście, znów gra na pianinie, odtwarza sobie wszystkie ulubione piosenki, albo gra je z nut. Od początku tego roku szkolnego to jest szał totalny. W szkole chodzi na chór ale to jest 2* 1/2h między lekcjami, szału nie ma. W domu nagrywa się na aplikacji Smule. Śpiewa głównie piosenki (chanson, mówię tu o rodzaju utworu), mieszkamy we Francji, jest to więc bardzo często France Gall, Aznavour, takie lata 70-80. Nie jest typem rokowym, już prędzej by się dała namówić na operę

Zapisaliśmy ją na intensywny kurs śpiewu w najbliższe ferie, w piątek przyszła do niej pierwszy raz nauczycielka (oddech, rozgrzewka, codzienne ćwiczenia z pianinem).
Przepraszam za przydługi wstęp. Potrzebuję Waszej obecności, wsparcia, rad, Waszych historii...
Potrzebowałam tu wrócić