gerda11
10.12.07, 23:57
Pamiętajmy mur
Felieton Leopolda Ungera
Mam znakomitą pamięć, wszystko zapominam - powiada humorysta Alais.
A ja, wprost przeciwnie - mam fatalną pamięć, wszystko pamiętam.
Przez kilkadziesiąt lat patrzyłem na mur w Berlinie, kolejno ze
Wschodu, a potem z Zachodu. Od 20 lat mur istnieje już tylko w mojej
fatalnej pamięci, ale dokładnie pamiętam, jak przyklejony do radia
śledziłem jego budowę 13 sierpnia 1961 r., no i kiedy 9 listopada
1989 r. mur na naszych oczach - bo była już telewizja - się
rozlatywał.
Byłem niedawno w Berlinie, mur stanął mi w oczach. Wyruszyłem śladem
historii, statystycznie, nic nowego. Ten koszmarny symbol czasów
pogardy wiązał były Berlin Zachodni betonowym pancerzem długości 155
km, zniewolił 20 mln osób i zabił 130 uciekinierów.
Dziś ostatnie jego trzy kilometry są jeszcze na swoim miejscu. I
jest East Side Gallery - segment, 1,3 km muru udekorowany, na gorąco
w 1990 roku przez ponad 100 artystów, a dziś zżerany spalinami,
właściwie porzucony. Freski są ledwo widoczne, pokryte zresztą
graffiti turystów. Galeria, pamięć muru i jego czasów, uznana za
zabytek historyczny, powoli niszczeje. Deszcze i zima dopełniają
reszty.
Zdania są podzielone. 18 lat po zburzeniu muru jest rzekomo w
Berlinie właściwie tylu obrońców utrwalenia jego pamięci, co i
zwolenników starcia resztek jego śladów. Artyści wołają o pomoc,
kasa pusta, na odnowienie fresków potrzeba 2 mln euro.
Artyści założyli więc stowarzyszenie: te nasze 2 miliony to przecież
nic, powiadają, w porównaniu np. z kosztem odnowienia dawnego
pruskiego pałacu królewskiego Hohenzollernów za cenę prawie 500 mln
euro.
Naiwni. Nie wiedzą, że nie wszyscy chcą pamiętać to samo. Jelcyn
odnowił Kreml, a Putin pałac w Petersburgu za znacznie większe
pieniądze, niż będzie kosztować pałac Hohenzollernów, gdy w ruinie w
Rosji leżą i daremnie czekają na jakiegoś mecenasa obiekty znacznie
ważniejsze dla ludzi niż kilometr starego muru. Proste, decydenci w
Moskwie i - toute proportion gardée - w Berlinie mają inne
priorytety.
Historia chodzi zygzakami, pytanie, jakie symbole i w jakiej formie
odchodzące pokolenie powinno przekazać pamięci i mądrości następcom,
nigdy nie zniknie z naszych zmartwień. Debata, jaka i czyja pamięć,
kiedy i o czym pamiętać, czy i jaki pomnik postawić, gdzie i kiedy,
ciągle nęka historyków i polityków.
Zapewne niedługo, w nowych warunkach, ta debata wróci do polskich
gazet, wokół choćby postaci, posłania i pomnika Dmowskiego. Tak jak
nie da się w polityce zagranicznej uniknąć nieporozumień między
Polską a Niemcami wokół sprawy Centrum Wypędzonych albo różnic w
polskiej i rosyjskiej percepcji i pamięci o Katyniu.
Niemcy mają prawdziwy głód pamięci. W samym centrum Berlina jest
ponad 20 wielkich obiektów wspominających historię ofiar nazizmu czy
dyktatury komunistycznej, inne są w budowie, powstają nowe centra
dokumentacji (np. gestapo). Tym mniej mogę zrozumieć, dlaczego
Galeria rdzewieje, freski marnieją i dlaczego w miejscu, gdzie
dokładnie 18 lat temu wyrąbany został pierwszy segment muru, dziś
tylko z trudem odnaleźć można tablicę z napisem, że tu
właśnie "Berlińczycy odnaleźli się pierwszy raz od 1961 roku".
Historia, powiadają, jest pamięcią świata. Bez pamięci muru historia
pozostanie kaleka. A świat bez tego epizodu swojej historii
łatwiejszy do zamurowania.
Źródło: Gazeta Wyborcza