herr7
17.07.11, 09:19
Rosyjska opozycyjna względem reżimu gazeta "Moskowskij Komsomolec" zamieściła artykuł, w którym autor stara się wykazać podobieństwo pomiędzy dyktatorem Meksyku Porfirio Diazem, a obecnym, "późnym" lub jak kto woli "schyłkowym" Putinem. Porfirio Diaz władał Meksykiem przez ponad 30 lat, a jego rządy zakończyła znana wszystkim rewolucja z 1910 r. Jak utrzymują moi znajomi Meksykanie, rewolucja ta, podobnie jak poprzednia była w istocie finansowana przez Stany Zjednoczone, które nie chciały dopuścić do wzmocnienia państwa położonego bezpośrednio u swoich granic. Amerykanie mieli się czego obawiać, gdyż mające pokrycie w srebrze meksykańskie peso miało w czasach Diaza wartość trzykrotnie większą niż amerykański dolar. "Porfiriato", jak Meksykanie nazywają rządy Diaza okazał się najlepszym okresem w całej gospodarczej historii Meksyku i tak mądrze rządzony kraj mógł stać potęgą, przynajmniej regionalną, czego nie życzyły sobie Stany Zjednoczone i dlatego zorganizowały jedną z pierwszych "kolorowych" rewolucji. Skutkiem tego jest obecny status Meksyku - kraju będącego protektoratem Ameryki, któremu amerykańcy prezydenci otwarcie mówią kogo sobie życzą, a kogo nie jako prezydenta.
Podobieństwo pomiędzy sytuacją Meksyku z "późnym" Porfirio Diazem a Rosji ze "schyłkowym" Putinem ogranicza się jedynie do zmęczenia społeczeństwa oglądaniem tej samej twarzy. W odróżnieniu od Diaza, Putin nie okazał się "efektywnym menadżerem" i raczej wszystko wskazuje, że jego "efektywność" się w przyszłości nie zmieni. Autor artykułu zakłada, że decyzja dotycząca kandydowania już zapadła i że Rosjanom przyjdzie oglądać tę swoją marniejszą wersję Porfirio Diaza przez następnych sześć, a może i 12 lat, z czym jak widać wielu Rosjan pogodzić się nie może...
www.mk.ru/politics/article/2011/07/14/605801-neizbezhnost-putina.html