yurek11111
28.04.14, 00:09
Na dodatek nagle się okazało, że Rosja, która rzekomo jest mocarstwem, straciła Ukrainę. Okazało się również, że przywódca Rosji, który – wydawało się – był szanowany w polityce zagranicznej, poniósł spektakularną klęskę na arenie międzynarodowej. Przede wszystkim stracił wiarygodność – wypracowywaną latami w wielkim trudzie. Zza maski spokojnego, lecz stanowczego męża stanu wyjrzał znerwicowany, szarpany emocjami despota. Rangę klęski sam wyolbrzymił, nadając pozyskaniu Ukrainy do unii celnej czy eurazjatyckiej najwyższy wymiar. Przy każdej okazji podkreślał, że związek z Ukrainą jest Rosji niezbędny, że w znacznej mierze decyduje o jej planach imperialnych. Był święcie przekonany, że Kijów jest już jego. A tu nagle jacyś ludzie, którzy całą zimę przetrwali na Majdanie, wysuwając jakieś nierealne żądania, ukradli mu Ukrainę. I gardło ścisnął mu strach. Po takiej klęsce Putin może się obawiać, że jego prezydentura jest zagrożona.
Czując, że jego przywództwo w Rosji jest niepewne, Putin zachowuje się jak szuler w czasie gry w karty. Przegrywając, zaczyna podbijać stawkę, posługując się prawdziwymi i fałszywymi żetonami. Ale nie jest w stanie wygrać, za mało ma tych żetonów i za słabe karty. Podbijając stawkę, powoduje, że jego sytuacja staje się coraz trudniejsza. Rozwoju wydarzeń na Ukrainie odwrócić już mu się nie uda.
Co teraz może zrobić? Na Krymie – wszystko, co zechce. Przez 15 minut. Bo każdy jego krok musi wywołać nieprzychylną reakcję Zachodu, za każdym razem ostrzejszą, nawet jeśli początkowo większość krajów zachodnich preferowała działania maksymalnie łagodne. Reakcja jednak być musi, gdyż Putin – jak słoń w składzie drogocennej porcelany – narusza zasady uważane dziś przez Zachód za święte, rujnuje ustabilizowany porządek europejsko-atlantycki, szkodzi interesom licznych państw, a także boleśnie rani prestiż wpływowych polityków.
I rzecz najważniejsza: sprawa wyszła daleko poza Ukrainę. Zakwestionowany został bowiem porządek polityczny Europy, budowany przez ostatnie półwiecze. A na to UE nie może się zgodzić. Dla USA zaś – po latach kruszenia rangi mocarstwa globalnego – pojawiła się nadzwyczajna okazja: bez ryzyka rzucić Rosję na kolana. Barack Obama zrozumiał, że przejdzie do historii jako prezydent, który pokonał najgroźniejszego historycznego konkurenta.
Ale do rozwiązania obecnego kryzysu działania militarne Zachodu nie są konieczne. Ten konflikt ma już kształt militarny, choć wciąż nie jest to konflikt zbrojny (bo się nie strzela). Jest to pokojowa rywalizacja potencjałów wojennych. Aby nie dopuścić do przekształcenia działań militarnych w konflikt zbrojny i zmusić Rosję do wycofania się, wystarczy kontrakcja gospodarcza i dyplomatyczna.
www.rp.pl/artykul/1095012.html?print=tak&p=0