Gość: Marcin Osikowicz
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
28.11.04, 23:16
Na wstępie podziękowania za poparcie, które otrzymałem od czytelników Forum
przy okazji pisania "Wielkiej smuty". Dzięki niemu na ostatniej stronie
nowego ŚM znajdziecie mój tekst, a w przyszłości być może następne. Dziś
rewanżuję się rozpoczynając nową opowiastkę.
Powinna zacząć się od testu nowego motocykla. Przy czym motocykl nie jest
nowy bo ma tyle lat, co moi najmłodsi studenci. A ja po 11 latach czytania
motocyklowych świerszczyków rzygam na techno-poetyczną elokwencję testów.
Więc będę się streszczał, bo wiem, że nie uniknę tej samej pułapki.
W 1987r. pierwsza Yamaha FZR 1000 została supebikiem roku w Niemczech.
Właściwie trudno się dziwić - zobaczcie jak wyglądał wtedy gsxr 1100. W
tamtych czasach nieco inaczej definiowano pojęcie pure sport, a taką właśnie
naklejkę przylepili na owiewce.
Na bikez.com ten model w swojej kategorii zbiera punkty za silnik,
bezawaryjność (ciekawe dlaczego rozpadł się alternator?), ucieszność (fun-
factor), i relację ceny do wartości. Ponadprzeciętnie również nadaje się do
jazdy torowej (yes, yes, yes!). Oddaje za to pole w kwestii kosztów
utrzymania (co – 5000 w serwisie to dużo?), jazdy terenowej (możliwy wjazd,
niemożliwy wyjazd), turystyki (who cares?), prawdopodobieństwa wypadku
(Ciekawe jak to mierzą? Może jako funkcję prędkości maksymalnej?). Last but
not least dostaje zasłużone baty za design & look.
Wyjechałem z warsztatu i przez pierwszy kilometr musiałem bardzo uważać, żeby
się nie posikać ze strachu. Po pierwsze tylni hamulec nie działał. To znaczy
zadziałał, kiedy go w końcu znalazłem i przestałem wyciskać sprzęgło. Po
drugie masa: skuter skręcał - Yamaha wpływała jak parowiec na Missisipi.
Wprowadzenie w zakręt wymagało pracy koncepcyjnej jeszcze na prostej, a już
zdążyłem zapomnieć jak się to robi. Po trzecie prawy nadgarstek odzwyczaił
się od precyzji ruchu, a przyzwyczaił do dwóch położeń – „zamknięte”
i „opór”.
A potem przyszedł drugi kilometr i stałem się szczęśliwym człowiekiem.
Przejechałem przez dziurę odruchowo podnosząc tyłek w górę – niepotrzebnie.
Wjechałem w koleinę – nic. Minąłem się z motocyklistą – pomachał. O, to znów
jesteśmy kumplami? Jak jeździłem skuterem, to nie chciało Ci się podnieść
nawet środkowego palca. Zjechałem na obwodnicę – 260 na liczniku. Hmm – więc
jednak zdławiona wersja. Ale chyba nie potrzebuję następnych 35 koni na
razie, co?
Podjechałem do skupu złomu i wjechałem na wagę.
- Nie jest na sprzedaż – uprzedziłem właściciela interesu.
Za 5 peelenów zważył Yamachę – 233 kg z paliwem.
- Ale wiesz pan, to 25-tonówka, mogą być odchyłki, zaznaczył lojalnie.
Reasumując:
Minusy - miękkie zawieszenia, duża masa, 5-biegowa skrzynia biegów. Całości
dopełniają kierunkowskazy jak packi na muchy, dziwaczna 18 calowa tylna
opona, przełączniki z odkurzacza Predom i kranik paliwa od motorynki.
Plusy - świetna stabilność w zakrętach (być może z racji pochylonego do
przodu silnika dociążającego przód), komfortowe wybieranie nierówności,
porażająco elastyczny silnik (trójka wyrywa nogi z butów).
Przeróbki poprzedniego właściciela w klasycznym stylu szwajcarskim -
absurdalnie wysoka kierownica zakończona najtańszym lusterkiem świata. Żeby
się zmieściła podcięto owiewkę i usunięto oryginalne lusterka. Działa mi to
na nerwy i postaram się do wiosny przywrócić poprzednie rozwiązanie. Obniżone
siodło już mi tak nie przeszkadza.
cdn