Dodaj do ulubionych

noteka 2015

17.09.05, 00:05
Konrad T. Lewandowski


Noteka 2015

Dzień zaczął się wcześnie i ponuro jak w powieści sensacyjnej. Z
łóżka wyciągnął mnie dzwonek, a za progiem stało trzech smutnych facetów.
Niezupełnie smutnych. Dwóch uśmiechnęło się na mój widok, z czego
jeden całkiem szeroko. Można było zrozumieć ten brak urzędowej powagi.
Nieogolona gęba, rozbiegane oczy oraz zmierzwione kudły czyniły mnie zapewne
podobnym do skacowanego borsuka.
Obserwuj wątek
    • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:05
      - Radosław Tomaszewski, stały współpracownik tygodnika "Obleśne nowinki"? -
      zapytał najsmutniejszy.
      Spojrzałem spode łba.
      - Tak, to ja.
      Wyciągnęli legitymacje, bardzo dbając, bym nie pomyślał, że to
      rewolwery.
      - Ministerstwo Obrony Narodowej - oznajmili chórem.
      - Wiecie co panowie, to chyba naprawdę pomyłka...
      - Możemy wejść?
      • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:06
        Pytanie, rzecz jasna, było retoryczne. Kiedy już wpakowali się do środka i
        zamknęli drzwi, ten najbardziej wesoły oznajmił:
        -Przychodzimy w sprawie pańskich artykułów dotyczących naszego
        resortu...
        -Ależ ja wszystko zmyśliłem! - nie byłem pewien, czy w obecnej sytuacji
        jest to rozsądny argument, ale w sumie nie miałem nic innego do powiedzenia.
        -Wiemy o tym - odrzekł ten umiarkowanie wesoły. - Właśnie dlatego tu
        przyszliśmy.
        -Ojczyzna pana potrzebuje - dodał najsmutniejszy.
        Zakręciło mi się w głowie.

        * * *
        • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:06
          A wszystko przez to, że trzy miesiące wcześniej w "Obleśnych Nowinkach" zmienił
          się redaktor naczelny.
          Istniało kilka reguł rządzących procesem następstwa zadów na stołku naczelnego.
          Po pierwsze: kadencje krótkie następowały zawsze po długich, na zasadzie kreska-
          kropka-kreska-kropka, jak w alfabecie Morse'a. Po drugie: każdy naczelny
          typu "kropka" zaczynał od gruntownej reformy pisma, celem jego większego
          urynkowienia. Mówiąc po ludzku: uskuteczniał nowe, w jego przekonaniu genialne,
          pomysły na czytanki dla półanalfabetów. Eksperymenty te owocowały rychło
          spadkiem nakładu, w wyniku czego wydawca spławiał nowatora i dawał na jego
          miejsce przytomniejszego człowieka, który wkrótce doprowadzał nakład do
          poprzedniego poziomu. Następowała kadencja typu „kreska". Jednak po jakimś
          czasie wydawca znów zaczynał kombinować jakby tu "Nowinki"
          bardziej "urynkowić". W efekcie zaczynał się kolejny cykl. Nie byłoby w tym nic
          przykrego, gdyby nie to, że przy każdej reformie "Nowinek" dochodziło do
          pogromu stałych współpracowników.
          • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:07
            Tym razem przyszła kolej na kropkę, czyli porcje postępu. Nowy naczelny, na
            dzień dobry, oznajmił, że od tej pory nie będziemy żadnym brukowcem, tylko
            poważnym pismem bulwarowym. Wśród autorów głupawek wybuchła panika. Ktoś kopnął
            się do komputera i zaczął przerabiać rolnika spod Piotrkowa, który zarąbał żonę
            motyka od buraków, na hrabiego Luisa z Monaco, który udusił kochankę żywym
            pytonem. Kilka osób przezornie poszło rozejrzeć się za robotą gdzie indziej, a
            mnie strzelił do głowy ten cholerny pomysł. W te pędy zapisałem się na
            audiencję do naczelnego.
            - Czym zajmował się pan do tej pory? - zapytał pól godziny później, patrząc
            przenikliwie.
            Wymieniłem tytuły paru moich głupawek. Zgodnie z oczekiwaniem naczelny skrzywił
            się z dezaprobatą.
            • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:07
              - Postanowiliśmy, że już dosyć wymysłów - oznajmił. - Od teraz będziemy pismem
              bardziej reportażowym. Ponadto rozpoczynamy druk dalszego ciągu "Pana
              Tadeusza". Nie trzynastej księgi! - zastrzegł się gwałtownie, widząc radosny
              błysk w moich oczach. - Jest pewien młody, bardzo zdolny poeta, który podjął
              się opisać dalsze dzieje rodu Sopliców do Powstania Styczniowego włącznie.
              - Aha... - chyba wiedziałem, o którego poetę chodzi. Bez wątpienia o tego,
              który niedawno w trybie pilnym musiał ożenić się z córką wiceprezesa
              wydawnictwa. - Też chciałbym zaproponować coś zupełnie nowego - oznajmiłem.
              - Co takiego? - mina naczelnego świadczyła, że nie ma dlań pomysłów nowych.
              -Pomyślałem, że "Nowinki" mogłyby opublikować kilka supertajnych dokumentów
              naszego Sztabu Generalnego.
              -A skąd pan je weźmie? - zająknął się lekko i od razu, dla równowagi, wzruszył
              ramionami.
              -Wymyślę.
              • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:08
                Bez trudu mogłem odczytać hieroglify, w które ułożyły się zmarszczki na czole
                mego rozmówcy. Z jednej strony psułem mu nowa koncepcje pisma, a z drugiej,
                gdyby udało mi się zrobić większą zadymę..., jakaś interpelacja w Sejmie...
                - To byłaby dobra reklama dla "Nowinek"!
                - Cóż... - stęknął. - Sadze, że mimo zaplanowanych zmian, na przedostatniej
                stronie znajdzie się trochę miejsca. Niech pan wymyśla... - zakończył
                zdegustowany.
                Wróciłem do domu okrutnie z siebie zadowolony. Nie dość, że znalazłem sposób na
                naczelnego, to jeszcze po raz pierwszy w mojej karierze w "Obleśnych Nowinkach"
                trafiła mi się pisanina wymagająca zaangażowania więcej niż trzech szarych
                komórek. Z zapałem zabrałem się do roboty. I trzeba, psiakrew, trafu, że sześć
                tygodni później pan Prezydent rozgonił Sejm i ogłosił się Naczelnikiem
                Państwa...

                * * *
                • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:08
                  W samochodzie ten umiarkowanie wesoły przedstawił się jako pułkownik
                  Moraszczyk, po czym wyciągnął ze schowka moja teczkę ewidencyjna z WKU.
                  -Służył pan w wojsku? - zapytał rozwiązując tasiemki.
                  -Nie.
                  -A dlaczego?
                  -Wykryto u mnie alergie na kota.
                  Zirytowany zaszeleścił gwałtownie papierami. Mina wydłużyła mu się, gdy znalazł
                  wyniki badań lekarskich.
                  -Rzeczywiście - westchnął. - Jest alergia na kota, a na dodatek na kurz i pyłki
                  traw.
                  -Czyli na koszary i poligon - skwitowałem zastanawiając się, kiedy przejdą do
                  rzeczy.
                  -Mam nadzieje, że nie jest pan pacyfistą - odezwał się ten, który do tej pory
                  uśmiechał się najszerzej.
                  -Nie jestem, ale za to znam dużo dowcipów o trepach.
                  -Prowokacja dała zaskakujący skutek. Wszyscy trzej wyraźnie się zaniepokoili.
                  Odniosłem wrażenie, że nie wiedza, jak ze mną rozmawiać. Zapadło niezręczne
                  milczenie
                  • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:09
                    Mijaliśmy Właśnie Dworzec Zachodni i skręcaliśmy w kierunku Alei
                    Jerozolimskich. W tym momencie pacyfistycznie nastawiony gołąb nasrał na
                    przednia szybę. Dobra wróżba, pomyślałem.
                    - Proszę zrozumieć, że zależy nam na pańskiej współpracy - odezwał się wreszcie
                    Moraszczyk. - Nie jesteśmy pańskimi wrogami.
                    - A kim?
                    Ten najsmutniejszy odetchnął z ulgą i odwrócił na chwile od kierownicy.
                    - Generał brygady Ryszard Jankowski - wyciągnął rękę.
                    -Ja tez generał, tyle że dywizji - przedstawił się ten najweselszy. - Emil
                    Stebnowski.
                    - I co mamy robić? - zapytałem starając się ukryć zaskoczenie.
                    - Przygotować obronę kraju według taktyki pańskiego pomysłu - oznajmił
                    Moraszczyk.
                    - Moglibyśmy zająć się tym sami, ale uznaliśmy, że będzie pan cennym
                    konsultantem - dodał Stebnowski.
                    - Nie wierzę.
                    Wjeżdżaliśmy w bramę budynku naprzeciwko domu handlowego IKEA przy
                    Jerozolimskich.
                    -Opracowaliśmy już konstrukcję szeroko zakresowego pelengatora, o którym
                    wspominał pan w swoich artykułach - ciągnął Stebnowski. - W chwili obecnej trwa
                    montaż dwóch tysięcy sztuk tych urządzeń. Poza tym dziś rano rozpoczęliśmy
                    rozśrodkowywanie dywizji pancernych.
                    Słuchałem tego oniemiały. Po raz pierwszy od czasów przedszkola zapomniałem
                    języka w gębie. Samochód zatrzymał się na wewnętrznym dziedzińcu,
                    -Napisał pan trzy artykuły? - zapytał Jankowski.
                    -Nie, cztery - wykrztusiłem. - wszystkie złożyłem w redakcji "Obleśnych
                    Nowinek".
                    -Psiakrew! Mówiłem, że ten naczelny coś ukrywa! - zdenerwował się Moraszczyk. -
                    Zdaje się, że pański szef ze strachu zniszczył ostatni tekst o strategii chaosu.
                    -To do niego podobne - mruknąłem zastanawiając się intensywnie, do czego oni
                    zmierzają. - Czy mamy przygotować jakieś manewry?
                    Wszyscy trzej popatrzyli na mnie jak na zielonego ludzika.
                    - Jesteśmy tajną grupa konsultacyjną Naczelnika Państwa - oznajmił zimno
                    Stebnowski. - Nasze zadanie polega na organizacji wojny obronnej, która
                    wybuchnie najdalej za dziewięćdziesiąt sześć godzin. Opracowane przez nas
                    wytyczne będą przekazywane natychmiast do Sztabu Generalnego, a stamtąd w
                    formie rozkazów bezpośrednio na front!
                    Cios obuchem w łeb zrobiłby na mnie dużo mniejsze wrażenie.
                    -Czy... - z trudem przełknąłem ślinę. - Czy to znaczy, że Amerykanie nie
                    blefują?

                    * * *
                    • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:10
                      Afera z sejmem zaczęła się całkiem niewinnie. Pewnego dnia, w jednej z gazet
                      pojawił się artykuł solidnie podbudowany faktami o powiązaniu jednego z posłów
                      z rosyjską mafią. Poseł ów należał do małej, opozycyjnej partyjki, która nie
                      miała szans wejść do jakiegokolwiek rządu. Zaś dowody były na tyle niezbite, że
                      Sejm prawie jednogłośnie uchwalił uchylenie immunitetu i wykluczył czarną owce
                      ze swego grona. W ten sposób powstał precedens.
                      Tydzień później, kiedy wszyscy zaczynali o sprawie zapominać, inna gazeta, w
                      żaden sposób nie związana z tą pierwszą, opublikowała materiały kompromitujące
                      trzech dalszych posłów, tym razem jednego z koalicji rządzącej i dwóch z
                      głównej partii opozycyjnej. Jak poprzednio, dowody były nie do odparcia.
                      Dokumenty i zdjęcia jednoznacznie wskazywały, iż panowie posłowie brali od
                      rosyjskich mafiozów grubszy szmal za wciskanie właściwych guzików do głosowania.
                      W Sejmie zagulgotało jak w kraterze czynnego wulkanu. Aferze najchętniej
                      ukręcono by łeb, gdyby nie świeżutki precedens, który teraz okazał się mieć
                      urok zadry w tyłku. Ostatecznie, sejmowa większość wychodząc z założenia, że w
                      sumie, po całej sprawie będzie jeden głos do przodu, wbrew skowytom opozycji,
                      zrobiła trójce winowajców polityczne kęsim.
                      I wtedy lawina ruszyła. Coraz to nowe gazety, prywatne stacje telewizyjne i
                      radiowe zaczęły na wyścigi ujawniać powiązania kolejnych posłów z rosyjską
                      mafią. Tym razem obrywało się głownie przedstawicielom koalicji rządowej.
                      Dziennikarze zamienili się w łowców głów dyszących żądzą mordu. Poszczególne
                      gazety zaczęły się licytować liczbami skompromitowanych posłów.
                      Sejm najpierw zgłupiał z wrażenia, a potem jak jeden maź zaczął udawać Greka.
                      Tymczasem wyszło na jaw, że w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych
                      ubiegłego wieku polska policja zawarła z "biznesmenami zza Buga" pewien
                      nieformalny układ. W zamian za nietykanie Polaków rosyjscy mafiozi dostali
                      wolna rękę, jeśli idzie o własnych rodaków na terenie Polski. Mogli ich
                      wieszać, palić, gwałcić i ścinać, a nasi stróże prawa mieli patrzeć na to przez
                      palce, pod warunkiem, że Wśród ofiar nie będzie polskich podatników. Obie
                      strony sumiennie przestrzegały porozumienia, aż w końcu, w ciągu następnego
                      ćwierćwiecza, jakoś tak niepostrzeżenie, dwie trzecie polskich
                      parlamentarzystów znalazło się na tajnych listach plac prywatnych spółek z
                      przewagą rosyjskiego kapitału.
                      Te wydarzenia niewiele mnie obchodziły. W czasie kiedy Sejm przypominał płonący
                      skład materiałów wybuchowych, pracowałem nad cyklem artykułów, dzięki którym
                      miałem nadzieje dotrwać do końca kadencji kolejnego naczelnego "Obleśnych
                      Nowinek". Wojsko, dziwnym zbiegiem politycznych okoliczności, rządzone przez
                      dwóch ministrów obrony narodowej na raz (bo sejmowa większość powołując nowego
                      nie zdołała odwołać poprzedniego), wydawało się instytucja całkowicie
                      niegroźna. Formę i styl dokumentów Sztabu Generalnego zapożyczyłem z ogólnie
                      dostępnych książek historycznych i sensacyjnych.
                      • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:10
                        Na dobrą sprawę moim celem była niewinna, intelektualna zabawa. Miałem ochotę
                        znaleźć odpowiedź na pytanie, w jaki sposób można skutecznie walczyć z
                        przeciwnikiem dysponującym dużą przewagą technologiczną. Skoro nad polem bitwy
                        mamy wrogiego satelitę obserwacyjnego, niżej samoloty zwiadowcze, pod nimi
                        bombowce strategiczne, myśliwce, samoloty szturmowe, helikoptery, a pod całym
                        tym parasolem oddziały pancerne i zmotoryzowane, to jak można zgryźć tę
                        piramidę nie dysponując żadną podobną strukturą nad swoimi wojskami?
                        Odpowiedź na to pytanie dawały teoria chaosu i teoria burzliwości. Szło o to,
                        jak uniknąć koncentracji własnych wojsk prze atakiem. Jeśli bowiem zaczniemy
                        gromadzić w jednym miejscu oddziały pancerne, by potem rozpocząć ofensywę, to
                        przeciwnik dysponujący dobrym zwiadem elektronicznym i przewagą w powietrzu,
                        błyskawicznie wykryje to zgrupowanie i minuta osiem przerobi je na kupę złomu i
                        opiłków zaprawionych odrobiną keczupu. Wszystko to na długo, zanim na
                        horyzoncie pojawią się wrogie czołgi. Tak więc nasze wojska powinny skupiać się
                        tylko w momencie ataku, a nie przed, bo to wystawia je na zniszczenie z
                        powietrza.
                        Istnieje w przyrodzie pewne zjawisko, które dokładnie odpowiada tym wymaganiom.
                        Jest nim piorun uderzający z chmury w ziemię. Wszak przed wyładowaniem
                        atmosferycznym ładunki elektryczne nie skupiają się w jednym punkcie chmury,
                        lecz w momencie uderzenia pioruna spływają z całej objętości. Pytanie, jak
                        sprawić, by czołgi zachowywały się jak naelektryzowane drobiny deszczu i lodu,
                        a "pancerny piorun" uderzył dokładnie tam, gdzie trzeba?
                        Tym, co "steruje" przebiegiem błyskawicy, jest różnica potencjałów
                        elektrycznych pomiędzy niebem a ziemią. W przypadku czołgów mogłoby to być
                        źródło szumu radiowego, jakim niewątpliwie byłaby wroga kolumna czołgów i wozów
                        pancernych. Wystarczy wiec rozproszone na dużym obszarze czołgi wyposażyć w
                        pelengator, po czym droga radiowa wydać im rozkaz ataku. Tego typu natarcia nie
                        da się zaznaczyć na mapie sztabowej jedna równą strzałką, będzie to raczej
                        krzak przypominający zygag błyskawicy, ale można mieć pewność, iż
                        owa "błyskawica" uderzy dokładnie tam, gdzie powinna. Jeśli ponadto dowódcom
                        czołgów wyda się rozkaz unikania wzajemnych kontaktów przed dotarciem do wroga
                        (w razie przypadkowego spotkania nasi mieliby się od siebie natychmiast
                        oddalać), to całość operacji upodobni się do tzw. przepływu burzliwego. A
                        ponieważ na przepływy burzliwe nie znaleziono jeszcze matematycznej teorii,
                        wiec ruchy naszych wojsk staną się zupełnie nieprzewidywalne dla przeciwnika.
                        • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:11
                          Wykorzystując ten pomysł wysmażyłem cztery szczegółowe teksty upozorowane na
                          tajne dokumenty sztabowe. Naczelny trochę kręcił nosem i marudził, że pisanie
                          ku pokrzepieniu serc dobre było w czasie rozbiorów, ale materiał kupił.
                          Zdążyły się ukazać trzy odcinki.
                          Tymczasem polityczne trzęsienie ziemi sięgnęło zenitu. W momencie, gdy do
                          zabawy w ujawnianie współpracowników rosyjskiej mafii włączyła się telewizja
                          publiczna, Sejm, a mówiąc ściślej: koalicja rządowa, odkryły, że cala akcje
                          przygotował i rozpoczął wywiad wojskowy. Bez wiedzy premiera, ale za to przy
                          pełnej, choć cichej, akceptacji prezydenta. W czasie, gdy Wysoka Izba ustalała,
                          na której latarni przed Pałacem Namiestnikowskim należy powiesić Głowę Państwa,
                          w całej Polsce rozpoczęła się obława na rosyjskich "biznesmenów". Schwytanych
                          umieszczano w wagonach towarowych i wysyłano ciupasem za Bug. Kilka, co
                          bardziej paskudnych postaci w ogólnym zamieszaniu "uciekło do Mandżurii".
                          Oczywiście, premier znów o niczym nie wiedział.
                          Koalicję ogarnął ustawodawczy amok. Uchwaliliby bez wątpienia rzeczy straszne,
                          gdyby nie posłowie prawicowi, których, jak stwierdził pewien cytowany na lamach
                          prasy rosyjskiej mafioso, "nie warto było kupować". Przynajmniej raz polska
                          prawica, uzbrojona w nogi od krzeseł zdemontowanych w sejmowej stołówce,
                          wykazała wyższość na sali obrad. W kuluarach wsławiła się prawicowo-radykalna
                          patriotyczna partia "Somosierra", której posłowie szarżując wzdłuż korytarza
                          samym swym impetem znieśli i rozpędzili cztery kordony Straży Marszałkowskiej.
                          Na sali koalicjanci, wprawdzie liczniejsi, ale gorzej uzbrojeni, zostali
                          przyparci do lewej ściany. W rezultacie marszałek Mirski, na którym połamano
                          laskę, kiedy wygrzebał się spod ruin prezydium potraktowanego na dodatek
                          butelką z benzyną, mógł zrobić tylko jedno. Wezwać policję i straż pożarną, co
                          też uczynił. Tak zakończyły się ostatnie obrady Sejmu piętnastej kadencji.
                          W sumie było na co popatrzeć, bo loża prasowa pracowała cały czas na pełnych
                          obrotach, ale kiedy następnego dnia zjawiłem się w redakcji "Obleśnych
                          Nowinek", drogę zastąpił mi cieć. Wręczył wierszówkę i oznajmił, że mnie tu
                          nigdy nie było, nikt mnie nie zna, ani nawet o mnie nie słyszał - zarządzenie
                          naczelnego i basta. Nietrudno się domyślić, iż mój szef widząc, że wojsko
                          wypływa na wierzch, ze strachu musiał robić pod siebie.
                          Zostałem bez pracy i więcej czasu mogłem poświęcić na czytanie gazet. Reakcje
                          międzynarodowe na wydarzenia w Polsce były zaskakujące. Niemcy z trudem kryli
                          zadowolenie. Koniec końców, przecinając mafijne szlaki przerzutowe odwaliliśmy
                          dla nich kawał dobrej roboty. Podobnego zdania byli Czesi. Jednym słowem,
                          polskie obrotowe przedmurze wznowiło działalność! Słowacy z zapałem poszli w
                          nasze ślady, natomiast Węgrzy doszli do wniosku, że chcieliby ale boja się.
                          Ukraina dokładnie odwrotnie. Białoruś i Litwa chwilowo udawały, że ich nie ma.
                          Rosja wystosowała stanowcza notę protestacyjna, ale jednocześnie prezydent
                          Walanow, którego uprawnienia za sprawa mafijnych rodzin zostały ograniczone do
                          funkcji reprezentacyjnych, upił się z radości na umór. Wspólnota Europejska
                          groziła kolejnym odłożeniem dyskusji na temat członkostwa Polski, lecz
                          najbardziej histeryczna okazała się reakcja Stanów Zjednoczonych.
                          • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:12
                            Demokratyczny prezydent Nancy wygłosił w Kongresie płomienną mowę, w której
                            powołując się na swój demokratyczny rodowód i demokratyczne tradycje Ameryki,
                            zażądał przywrócenia demokracji w Polsce. Zapowiedział, że w tej sprawie nie
                            cofnie się przed niczym i użyje wszystkich dostępnych środków. potem zaczęła
                            się czystka w CIA, która o wydarzeniach w Polsce dowiedziała się z telewizji.
                            To znaczy, odpowiednie raporty Oczywiście istniały, tylko utknęły w stertach
                            podobnych im dokumentów. Kilku urzędników położyło kilka papierów po
                            niewłaściwej stronie biurka i wyszło tak, jak z przepowiedni Nostradamusa,
                            których trafność stwierdza się zawsze po fakcie. W efekcie przez kilka dni po
                            wystąpieniu prezydenta z siedziby CIA koszami wynoszono głowy dotychczasowego
                            kierownictwa.

                            ***

                            -Amerykanie nie blefują - odpowiedział poważnie Stebnowski. - Nasz wywiad
                            również przegapił jedna cholernie istotna rzecz.
                            -Jaka?
                            -Tajny układ w sprawie kontroli nad rosyjska bronią atomowa. ponieważ oficjalny
                            rząd w Moskwie nie był w stanie niczego w tej kwestii zagwarantować, Amerykanie
                            dogadali się z przedstawicielami głównych rosyjskich rodzin mafijnych. Ci
                            zgodzili się dopilnować, by żadna głowica nie trafiła w ręce muzułmanów, ale w
                            zamian zażądali koncesji na Polskę. Mieliśmy zostać wyjęci spod parasola
                            Interpolu, rzecz jasna nieoficjalnie, rosyjskie mafijne inwestycje w Polsce
                            miały nie napotykać amerykańskiej konkurencji, a CIA przekazywać dane dotyczące
                            działań naszej policji. Rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki przystanął na te
                            warunki bez wahania.
                            Oddali Polskę do przerobienia na bazę rosyjskiej mafii. Ot, taka maluśka Jałta.
                            -Wiec czeka nas wojna z Rosja? - zapytałem chrapliwie.
                            -Nie, nie z Rosja - odparł Jankowski. - Rosyjskie rodziny mafijne podzieliły
                            miedzy siebie wpływy w armii tak, żeby na każdy klan wypadało po jednej, góra
                            dwie dywizje. W tej chwili panuje tam stan równowagi i każda rodzina, która
                            wyśle do Polski własną dywizje naraża się na to, że klany, które tego nie
                            zrobią, wykorzystają nadarzająca się przewagę, by rozszerzyć swoje wpływy.
                            każdy ojczulek chrzestny woli mieć własne czołgi pod ręką i nie nadstawiać
                            karku dla innych. Tak wiec to Amerykanie maja wyciągnąć kasztany z ognia. Oni
                            maja lepszy pretekst, ba będą walczyć o przywrócenie demokracji i im bardziej
                            zależy, bo właśnie dziś rano kilku mafijnych kacyków zapowiedziało, że straty
                            poniesione niedawno w Polsce odbija sobie sprzedając pluton na Środkowy Wschód.
                            Nancy zareagował na to oświadczenie jak na ostrogę w tyłku.
                            Słuchałem tego wszystkiego z zaciśniętymi pięściami.
                            -Dobrze - wycedziłem, kiedy generał Jankowski skończył mówić. - Bierzmy się do
                            roboty!

                            +++
                            • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:13
                              Kiedy naczytałem się gazet do syta, przyszła pora, by wybrać jedna z nich i
                              zaproponować tam swoje usługi. Nie wiem czemu, ale nie miałem ochoty zaciągać
                              się do kolejnego brukowca. Myślenie to dziwny nałóg; nieprzyzwyczajonych boli,
                              a przyzwyczajonych tez boli, bo nie można przestać. Po tekstach o taktyce
                              chaosu, odczuwałem niedosyt i wbrew wszelkiej logice, miałem ochotę napisać
                              jeszcze coś niegłupiego. W pewnej chwili wpadła mi w oko reklama pisma "Śmiała
                              Myśl". Rzecz wyglądała obiecująco, wiec zanotowałem adres redakcji i wyszedłem
                              na ulice.
                              Monarchiści po rozgonieniu Sejmu wyszli z założenia, że "teraz albo nigdy" i
                              postawili wszystko na jedna kartę.
                              Dziesięć kroków od klatki schodowej byłem już członkiem dostojnej manifestacji
                              fałszującej okropnie, za to głośno, "Bogurodzię". Dwie przecznice dalej okazało
                              się, że na identyczny pomyśl wpadli anarchiści. Ci dla odmiany
                              zawodzili "Mury". Obie manifestacje odnosiły się do siebie z taka wyższością,
                              że w ogóle nie raczyły zauważyć swojej obecności. Przez blisko trzy przystanki
                              tramwajowe oba tłumy maszerowały każdy swoja połówka jezdni, zgodnie blokując
                              cały ruch. Co było dalej, nie wiem, gdyż skręciłem we własną stronę Potem
                              minąłem plac, na którym lewicowy bez wątpienia, elektorat wygwizdywał
                              lewicowych posłów za to, że dali sobie wklepać na oczach całej Polski. I jakoś
                              specjalnie głośno nie domagano się przywrócenia demokracji. Wręcz przeciwnie.
                              Na mieście czuć było duży luz i ulgę, że wreszcie przestano rozciągać nas i
                              przykrawać do europejskich gabarytów.
                              Policja spokojnie kierowała ruchem manifestacji, której większość domagała się
                              mnóstwa rożnych rzeczy, lecz akurat nie demokracji. Wyglądało na to, że
                              nareszcie mamy nasz ulubiony ustrój - dyktaturę bez terroru.
                              Naczelny "Śmiałej Myśli" popatrzył na mnie krytycznie.
                              -A czy potrafi pan zaspokoić intelektualne aspiracje naszych czytelników? -
                              zapytał z powątpiewaniem.
                              -Sadze, że tak - odparłem stanowczo. - Chciałem zaproponować cykl artykułów
                              popularnonaukowych systematyzujących nasza wiedze o rzeczywistości. A wiec
                              najpierw astronomia, potem fizyka cząstek elementarnych aż do teorii strun i
                              fałd kompozycyjnych, dalej teoria grawitacji, która ściśle łączy się ze stanem
                              współczesnej filozofii. Od filozofii przeszedłbym do psychologii, socjologii i
                              historii - wyrecytowałem jednym tchem i czekałem na efekt.
                              • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:14
                                -Czy pan się na tym wszystkim zna?
                                -Tak. Mam również kilka pomysłów na to, jak w przystępny sposób przedstawić
                                złożone problemy naukowe.
                                Nastała chwila ciszy. Naczelny wciąż patrzył na mnie podejrzliwie.
                                -Dobrze, Proszę pisać - rzekł wreszcie.
                                Ludzie! Omal się nie rozpłakałem z radości. Nareszcie miałem dowód na to, że
                                nie zaliczam się do ginącego gatunku istot myślących na Ziemi. Do tej pory
                                musiałem przyjmować ten fakt wyłącznie na wiarę. Z rozwianym włosem pognałem do
                                domu, po drodze tratując manifestacje Matek Polek z hasłami
                                antyfeministycznymi, albo odwrotnie. Z dna szuflady wyciągnąłem moje
                                najtajniejsze notatki. Godzinę później cały pokój zawalony był otwartymi
                                książkami, a ja zwijałem się jak w ukropie. Powinienem się domyślić, że to zbyt
                                piękne, by było prawdziwe.
                                Dwa tygodnie później w redakcji "Śmiałej Myśli" usłyszałem:
                                -Wie pan, musieliśmy opóźnić druk pańskiego tekstu o jeden numer, bo korektora
                                nie rozumiała słowa "bazar".
                                -Słucham?! - uniosłem się. - Przecież w tekście stoi jak wół, że jest to struga
                                materii emitująca bardzo silne promieniowanie gamma, skierowana wprost w
                                kierunku Ziemi.
                                Taka strugę materii, kiedy obserwujemy ja z boku, nazywamy jetem, a jej źródłem
                                jest wirująca czarna dziura z dyskiem akrecyjnym!
                                -No widzi pan, ten dysk akrecyjny...
                                -Psiakrew! Akapit wcześniej napisałem, że taka postać przybiera materia
                                ściągana przez czarna dziurę i że przypomina to pierścienie Saturna!
                                -Wie pan, to wszystko jest takie skomplikowane...
                                Dlaczego właściwie nasz czytelnik ma się zmuszać, by przez to brnąc?
                                -Bo takie rzeczy dzieją się w kosmosie i człowiek inteligentny powinien o tym
                                wiedzieć!
                                -Ale ten pański artykuł trzeba czytać tak bardzo uważnie i ze zrozumieniem...
                                Je li przeczy się jedno zdanie, przestaje się cokolwiek rozumieć.
                                -Czy to zarzut?
                                Nie powiedział ani "tak" ani "nie". Jego twarz wyrażała jedno i drugie.
                                -napisałem ten tekst logicznie, po polsku i tak prosto, jak było Można, ale nie
                                bardziej! - wycedziłem. - Astronomowie, u których to konsultowałem, mieli
                                pretensje, że trywializuję, bo nie napisałem, iż dysk akrecyjny formuje się
                                dlatego, że materia spadając na czarna dziurę zachowuje moment pędu...
                                -Wie pan, nasz czytelnik ma wprawdzie aspiracje, ale...
                                -Skoro ma aspiracje, to niech aspiruje!
                                -Wie pan co, może z następnym artykułem będziemy mieli mniejsze problemy. Niech
                                pan pisze dalej. O czym to będzie?
                                -O budowie atomu - odparłem ponuro. - Będzie to wstęp do teorii fal
                                kompozycyjnych.
                                -Dobrze, wiec do zobaczenia za tydzień.
                                Pracowałem pełen najgorszych przeczuć. I słusznie, do to, co stało się później,
                                byłoby bardzo śmieszne, gdyby nie było prawdziwe:
                                -Niestety, nie możemy przyjąć pańskiego tekstu do druku, gdyż jest on zbyt
                                niezrozumiały.
                                -Niezrozumiały?!
                                -Używa pan na przykład takich pojęć jak "foton" i nie tłumaczy, co to jest.
                                -Pan żartuje! Przecież każdy wie, co to jest foton. Możemy zrobić szybki test.
                                Proszę państwa!!! - wrzasnąłem na cala redakcje. - Kto wie, co to jest "foton"?
                                Spojrzało na mnie kilka par baranich oczu. W końcu ktoś oznajmił:
                                -To zakład fotograficzny w mojej dzielnicy.
                                Z łomotem usiadłem na krześle. Cud, że się nie rozleciało.
                                -Przecież to jest poziom fizyki z pierwszej klasy szkoły średniej! -
                                zaskowyczałem.
                                -Proszę pana, nasi czytelnicy to humaniści, którzy w szkole nie lubili fizyki i
                                matematyki. Często wspominają o tym w swoich listach. Może wiec napisałby pan
                                coś o poznaniu pozazmysłowym.
                                -Mówi pan, że tylko humaniści? - westchnąłem ciężko. - Trzeba mi było
                                powiedzieć do razu, że wasi czytelnicy to półinteligenci!
                                -Myślę, iż nie powinniśmy przedłużać tej rozmowy. Nasi czytelnicy
                                kupują "Śmiała Myśl" dlatego, że pismo daje im poczucie bycia elita. Nie
                                zamarzamy zmieniać tego stanu rzeczy jakimiś nieodpowiedzialnymi tekstami. Na
                                pańskie miejsce damy porady seksuologiczne.
                                -I słusznie! - warknąłem. - Gdzie zbierze się dwóch albo trzech, tam zaraz
                                wzywany jest seksuolog.
                                -Pan nas obraza! Proszę wyjść!!!
                                wyszedłem. Potem zacząłem się zastanawiać, gdzie tu mieści się najbliższa
                                redakcja jakiegoś paskudnego, wrednego, lecz uczciwego brukowca. potem się
                                upiłem. A następnego dnia z łóżka wyciągnął mnie dzwonek do drzwi.

                                ++++
                                • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:16
                                  -Nie, to nie mogą być pojedyncze czołgi! - stwierdził stanowczo Jankowski. -
                                  Samotny czołg to zbyt mała siła. Potrzebny jest co najmniej pluton czołgów.
                                  -To nie kłóci się z moja teoria - odparłem po namyśle. - Byle tylko te plutony
                                  nie łączyły się w większe grupy przed atakiem.
                                  -Da się zrobić - odpowiedział Jankowski.
                                  -Ja dołożyłbym do takiej grupy wóz bojowy piechoty - odezwał się Stebnowski.
                                  -W sumie pięć
                                  dużych pojazdów - pokręciłem głowa. - Za dużo.
                                  -W takim razie dajmy o jeden czołg mniej - zaproponował Stebnowski. - Nie
                                  powinniśmy rezygnować ze wsparcia piechoty...
                                  -Racja - przyznał Jankowski i obaj popatrzyli na mnie.
                                  -Też myślę, że to dobry pomysł - odparłem.
                                  W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju wpadł pułkownik Moraszczyk.
                                  -Duńczycy udostępnili Amerykanom Borholm jako bazę wypadowa! - oznajmił. - W
                                  tej chwili lądują tam samoloty z piechota morska, a okręty desantowe Właśnie
                                  mijają Kopenhagę.
                                  -Co z lotniskowcami? - spytał Stebnowski.
                                  -Trzy na Morzu Północnym, dwa na Adriatyku.
                                  -Nasza flota?
                                  -Zgodnie z planem koncentruje się w rejonach zatok: Pomorskiej i Gdańskiej.
                                  Odsłoniliśmy już środkowe wybrzeże.
                                  -Odsłoniliście? - zdumiałem się.
                                  -Wobec takiej przewagi technicznej nie jesteśmy w stanie bronić całego
                                  wybrzeża, dlatego skupiliśmy się na tych jego częściach, w których mamy
                                  sprzyjające warunki terenowe.
                                  -Wiec pozwolicie im wylądować?
                                  -Planujemy oddać Kołobrzeg bez walki - odparł Stebnowski.
                                  -Przyjmiemy walkę w głębi kraju i reszta zależy od pańskiej teorii.
                                  -Wróćmy lepiej do naszych czołgów - odezwał się Jankowski. - Musimy jeszcze
                                  omówić kwestie łączności i zaopatrzenia.
                                  -Nie będzie łączności - odpowiedziałem - Potrzebujemy tylko możliwości
                                  przesyłania rozkazu ataku do poszczególnych grup. Czy to się da zrobić, pomimo
                                  zagłuszania?
                                  Moraszczyk wyszedł z pokoju, a Jankowski skinął twierdząco głowa.
                                  -Nie da się zagłuszyć wszystkich częstotliwości na raz, wiec to nie problem.
                                  Jednak dobrze byłoby mieć stale źródło informacji z pola walki.
                                  -Wiec wyślijmy tam dziennikarzy - stwierdziłem. - Jak najwięcej ekip
                                  telewizyjnych z krajów neutralnych. I dajmy im wszelkie możliwe przepustki.
                                  - To jest myśl! - przyznał Stebnowski i wstał. - Zajmę się tym. - Teraz on
                                  wyszedł z pokoju.
                                  Cokolwiek zaskoczony popatrzyłem na Jankowskiego.
                                  -Gdzie oni poszli?
                                  -Przekazać informacje do sztabu Głównego - odparł generał. - Pan wybaczy, ale
                                  nie wpuścimy pana do centrum obrony. Paru naszych konserwatywnych kolegów
                                  mogłoby dostać zawału. Poza tym jest jeszcze kwestia profesjonalizmu. Pańskie
                                  pomysły trzeba przełożyć na dość hermetyczny język rozkazów i wolelibyśmy, by
                                  nie było przy tym cywila. Wreszcie byłoby tam po prostu ciasno.
                                  -Ciasno?
                                  -Nie jesteśmy jedyna tego typu grupa dyskusyjna - oznajmił Jankowski. - Wydział
                                  walki elektronicznej przyhołubił sobie maniaka od wirusów komputerowych, a
                                  dowództwo lotnictwa kilku wesołków z... Mniejsza o to jakiej gazety. Mam
                                  nadzieje, że nie czuje się pan obrażony.
                                  -Skądże, to całkiem interesujące.
                                  -W tym momencie wrócił Moraszczyk.
                                  -mamy już plany strategiczne Amerykanów - stwierdził krótko i od razu
                                  wyjaśnił: - Nasz człowiek w Waszyngtonie awansował w wyniku ostatnich ruchów
                                  kadrowych.
                                  -A nie Mówiłem... - mruknął Jankowski.
                                  -Nie zamierzają podbijać całej Polski, ale upokorzyć i ośmieszyć nasza armie -
                                  kontynuował Moraszczyk. - Wychodzą z założenia, że jeśli dadzą nam pokazowego
                                  luśnia, plus akcja propagandowa, plus sankcje gospodarcze, to Naczelnik Państwa
                                  złoży urząd i rozpisze wolne wybory. Ich masmedia już trąbią o "wielkiej
                                  zabawie w strzelanego" i o "polowaniu na polski reżym".
                                  • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:17
                                    -Czy to oznacza, że użyją wszystkich typów sprzętu najnowszej generacji? -
                                    spytałem.
                                    -Zgadza się - odparł Moraszczyk.
                                    -A jak my wyglądamy na tym tle?
                                    -Przeciętnie jesteśmy gorsi o jedna generacje - odpowiedział Jankowski. - Mamy
                                    torcie sprzętu na światowym poziomie. ale to Możemy użyć dopiero w decydującej
                                    chwili. Reszta nadaje się tylko do działań opóźniających, a około jednej piątej
                                    tego co mamy, to rupiecie przydatne wyłącznie jako ruchome tarcze.
                                    -Czyli podtrzymujemy stare, dobre tradycje kampanii wrześniowej - podsumowałem
                                    ponuro.
                                    Jankowski zwrócił się do Moraszczyk.
                                    -Którędy pójdą?
                                    Pułkownik rozłożył na stole mapę sztabowa północnej Polski.
                                    -Wylądują gdzieś na Wschód od Kołobrzegu, ale na pewno poniżej jeziora Jamno -
                                    pokazał. - Dokładnego miejsca jeszcze nie ustalili. Potem oficjalnie wyrusza na
                                    Warszawę, ale faktycznie nie chcą posuwać się dalej niż do Bydgoszczy. Sądzą,
                                    że do tego czasu zrealizują wszystkie cele polityczne.
                                    -Polska to spory kraj - mruknąłem. - Wbijanie w nas takiego klina to duże
                                    ryzyko z ich strony.
                                    -Dlatego Właśnie wykorzystają cala posiadana przewagę techniczna - odpowiedział
                                    Moraszczyk. - Będą się starać, by nawet mysz nie zbliżyła się do nich na
                                    odległość strzału...
                                    Urwał, bo Właśnie otworzyły się drzwi i do pokoju wparował Stebnowski, targając
                                    za sobą wózek z sześcioma telewizorami.
                                    -Panowie - wysapał od progu. - Trzeba to wszystko podłączyć i nastawić, każdy
                                    na inny serwis informacyjny.
                                    -Nie lepiej byłoby zlecić to kilku technikom? - spytałem?
                                    -Tajemnica wojskowa - odparł generał układając na stole stosik pilotów. - Im
                                    mniej osób pana zobaczy, tym lepiej.
                                    Kwadrans później telewizyjna mozaika w kacie pokoju zaczęła działać, na razie z
                                    wyłączonym głosem. Wszyscy czterej pochyliliśmy się nad mapa.
                                    -Trzon naszych wojsk pancernych zdążyliśmy już rozlokować w Puszczy Noteckiej,
                                    bydgoskiej i w Borach Tucholskich - oznajmił Stebnowski.
                                    -A wiec główna bitwa pancerna powinna rozegrać się na Pojezierzu Krajeńskim -
                                    stwierdziłem.
                                    -Mniej więcej - zgodził się Jankowski. - Do tej pory mamy zamiar prowadzić
                                    wojne minowa i działania opóźniające opierając się na małych ruchliwych
                                    oddziałach wyposażonych w samochody terenowe. Te zgromadziliśmy już w
                                    kompleksie leśnym w okolicach Białogradu.
                                    -Co właściwie Możemy zrobić? - spytałem.
                                    -Tak naprawdę? - odparł Stebnowski. - Stoczyć jedna zwycięska bitwę i
                                    maksymalnie wykorzystać ja politycznie. W walce z tak silnym przeciwnikiem
                                    nasza armia nie jest w stanie stawiać oporu dłużej niż miesiąc. Nie ma również
                                    mowy o długotrwałej wojnie ze Stanami Zjednoczonymi, mamy na to zbyt mały
                                    potencjał gospodarczy.
                                    -Jednym słowem, musimy przejść przez ucho igielne, a nawet nie wiemy, czy
                                    jesteśmy wielbłądami - skwitowałem.
                                    -Zgadza się - rzekł Jankowski - i dlatego liczymy na to, że pańska teoria nam w
                                    tym pomoże.
                                    -Co pan sadzi o tym, by rozproszone plutony pancerne rozlokować w lasach wzdłuż
                                    rzek Brda i Gwda? - spytał rzeczowo Stebnowski przerywając te dywagacje.
                                    popatrzyłem uważnie na mapę.
                                    -Zgadzam się - kimnąłem głowa. - Na pojezierzu Krajeńskim prawie nie ma lasów,
                                    wiec Amerykanie nie będą bali się tam wleźć.
                                    -Pozostaje jeszcze problem zaopatrzenia - przypomniał Jankowski.
                                    -Skoro ma to być jedna bitwa, wiec wystarczy jeśli każdy czołg wyruszy do walki
                                    z pełnym bakiem i kompletem amunicji - opowiedziałem. - Czy można uzupełniać
                                    paliwo na stanowiskach wyjściowych?
                                    -Tak, ale to za mało. Musimy znaleźć jeszcze jakiś sposób - powiedział
                                    stanowczo Stebnowski. - Pańska teoria wyklucza bierzące zaopatrywanie
                                    walczących wojsk.
                                    -Ależ skąd! O tym było w czwartym artykule, który nie zdążył się ukazać Należy
                                    rozwieźć po bańce paliwa i kilka pocisków do wszystkich gospodarstw rolnych w
                                    rejonie potencjalnych działań. Nasze czołgi będą uzupełniać paliwo
                                    przejeżdżając przez każda wieś. Chyba Możemy liczyć na patriotyzm ludności?
                                    • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:18
                                      Przez cały kolejny dzień nie nastąpił nowy atak. Stacje telewizyjne pokazywały
                                      koncentrujące się na Borholmie oddziały piechoty morskiej, załadunek sprzętu na
                                      okręty desantowe i patriotyczne manifestacje w polskich miastach. Komentarze
                                      mówiły o głębokim zmanipulowaniu naszego społeczeństwa, a od czasu do czasu
                                      pojawiał się samotny, ukryty w krzakach polski czołg. W telewizji amerykańskiej
                                      wojskowi eksperci demonstrowali najnowsze systemy broni i tłumaczyli dlaczego
                                      żadnemu amerykańskiemu żołnierzowi nie stanie się w Polsce krzywda.
                                      Jankowski i Stebnowski nie pojawili się ani razu. Siedziałem sam z
                                      Moraszczykiem, który zajęty swoimi chorągiewkami nie był najlepszym partnerem
                                      do rozmowy. okazało się, że do naszego pokoju przylega całkiem przyzwoity
                                      apartament ze wszystkimi wygodami. To był cały obszar, po którym mogłem się
                                      poruszać. Tace z jedzeniem o ustalonej porze stawiano pod drzwiami i stamtąd
                                      zabierał ja Moraszczyk. W przeciwieństwie do mnie, mój opiekun, lub raczej
                                      strażnik czuwał bez przerwy, co pewien czas łykając jakieś tabletki.
                                      Na dwanaście godzin przed upływem ultimatum Amerykanie zdmuchnęli nam nadajniki
                                      telewizyjne we wszystkich większych miastach i skasowali maszt radiowy w
                                      Gąbinie.
                                      -Do trzech razy sztuka... - westchnął ciężko Moraszczyk.
                                      Niedługo potem wrócił Jankowski.
                                      -Wszystko wskazuje na to, że będziemy gotowi na czas - oznajmił. - Zrobiliśmy
                                      co do nas należało, reszta w rękach Boga i Chaosu.
                                      Chaos zaczął się dokładnie o godzinie zapowiedzianej przez prezydenta
                                      Nancy'ego. W jednej chwili umilkła prawie cala łączność radiowa, a czynne
                                      radary zostały zniszczone. Nie wiadomo, ile amerykańskich samolotów znalazło
                                      się nad Polska, w każdym razie wystarczająco dużo, by nasza obrona
                                      przeciwlotnicza mogła zaliczyć kilkanaście pewnych zestrzeleń. Wywołało to
                                      konsternacje amerykańskich mas mediów, bo samoloty były niewykrywalne...
                                      -Jakim cudem zdołali tego dokonać? Strzelali na oślep? - spytałem Jankowskiego.
                                      Generał uśmiechnął się.
                                      -Myślę, że mogę zdradzić te tajemnice wojskowa - stwierdził. - Otóż czasami
                                      nawet zupełnie niewykrywalny dla radarowa i detektorów podczerwieni samolot,
                                      można wypatrzyć stojąc na dachu. Kilku amerykańskich dowódców planując naloty
                                      najwyraźniej o tym zapomniało.
                                      By odegrać się za te przykra niespodziankę, Amerykanie precyzyjnie odstrzelili
                                      pomnik warszawskiej Syreni, po czym zabrali się za systematyczne niszczenie
                                      obiektów wojskowych na terenie Pomorza Zachodniego. Ogromnie ucierpiały tysiące
                                      makiet z dykty i brezentu, ze wstawionymi do środka piecykami typu "koza" jako
                                      źródłem podczerwieni. W odpowiedzi przeciwnik użył inteligentniejszej amunicji,
                                      która z sobie tylko wiadomych powodów, w pierwszej kolejności, zabrała się za
                                      karczowanie przydrożnych, plączących wierzb.
                                      -Punkt dla chłopaków z wywiadu i wydziału walki elektronicznej! - oznajmił
                                      Jankowski, kiedy przestał się śmiać.
                                      -To ich robota? - spytałem.
                                      -Tak. Udało im się przemycić do komputerowego katalogu celów
                                      opis "standardowego typu maskowania polskiego czołgu..."
                                      Jeszcze śmieszniej zrobiło się, gdy po rutynowym bombardowaniu na plażach
                                      pomiędzy Kołobrzegiem a Sianozetami zaczęła lądować nieustraszona piechota
                                      morska. Greenpeace ogłosił natychmiast listę endemicznych gatunków roślin i
                                      zwierząt, zagrożonych amerykańskimi bombardowaniami i rozpoczął globalna akcje
                                      protestacyjna pod hasłem ochrony mikołajka nadmorskiego.
                                      Pierwsza przeszkoda militarna czekała na Amerykanów dopiero przy trasie
                                      Kołobrzeg - Koszalin. Szczęśliwym trafem na miejscu była akurat ekipa telewizji
                                      szwajcarskiej. Na prawym, górnym ekranie w naszym pokoju pojawił się najnowszy
                                      model czołgu z rodziny Abramsow. Wóz zgrabnie radząc sobie z przeszkodami
                                      terenowymi, Właśnie dojeżdżał do autostrady, gdy nagle z przydrożnego rowu
                                      wylazło coś jak przerośnięty pająk. Miało pól metra średnicy, tyleż wysokości i
                                      korpus przypominający garnek. Przebierając chyba dziesięcioma wielostawowymi
                                      odnóżami, z nieprawdopodobną zwinnością pobiegło w stronę czołgu. Jednym susem
                                      wskoczyło na pancerz, przywarło i eksplodowało. Ułamek sekundy później
                                      wybuchające paliwo i amunicja zamieniły Abramsa w ziejąca ogniem skorupę.
                                      Nie wierzyłem własnym oczom. Tymczasem w polu widzenia pojawiły się następne
                                      czołgi i równocześnie spod ziemi i z krzaków zaczęły wyłazić kolejne samobieżne
                                      miny. Na ekranie rozpętało się piekło. Sądząc po kilku nagłych skokach i
                                      osobliwym znieruchomieniu obrazu, szwajcarscy dziennikarze porzucili kamery i
                                      uciekli.
                                      • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:19
                                        -Pijaczki nieźle sobie radzą - stwierdził Jankowski z czułością w głosie.
                                        Przez chwile nie mogłem wydobyć z siebie głosu.
                                        -To naprawdę nasze? - wykrztusiłem wreszcie.
                                        -A co pan myślał, że we wszystkich dziedzinach musimy być trzecim światem? -
                                        odparł zirytowany generał.
                                        -Ależ skąd u nas ten poziom elektroniki?! Wiem co nieco o problemach ze
                                        sterowaniem robotami kroczącymi. żeby osiągnąć taka płynność ruchów i
                                        zwinność... zwłaszcza przy takich wymiarach całości... Nigdy nie byliśmy dobrzy
                                        w produkcji procesorów... - myślałem głośno. - To od kogo ta licencja?
                                        -Faktycznie - przyznał Jankowski. - Dłubanie w kremie nie jest nasza mocna
                                        strona. Dlatego tez "pajączkiem" nie steruje elektronika. W każdym razie nie
                                        całkowicie.
                                        -A co?
                                        -Wypreparowany system nerwowy pająka korsarza z zapasem pożywki na rok. Jeśli
                                        się nie mylę, wykorzystano także instynkt drapieżniczy tego zwierzęcia.
                                        Oniemiałem, a potem dostałem ataku narodowej dumy. To było cholernie fajne
                                        uczucie.
                                        Przestało być fajnie, kiedy wszystkie "pajączki" zużyły się, bo jak dotąd
                                        wyprodukowano tylko próbną serie, a amerykańska armia dotarła do Białogardu.
                                        Tutaj stawiły jej czoła nasze oddziały opóźniające, wyposażone w lekko
                                        opancerzone tarany. Na każdym samochodzie terenowym był kaem, uniwersalna
                                        wyrzutnia rakiet przeciwpancernych i przeciwlotniczych oraz pięciu żołnierzy.
                                        To było zbyt mało, by przyhamować potężnie kryta z powietrza kolumnę
                                        najświeższej mutacji Abramsow i transporterów opancerzonych. Nasi chłopcy dali
                                        z siebie wszystko, z czego amerykańska telewizja pokazywała głownie bebechy.
                                        Najwyraźniej po to, by odbić sobie poprzednie wpadki serwowali na maksymalnych
                                        zbliżeniach płonące i rozkawałkowane trupy polskich żołnierzy. A mieli z czego
                                        wybierać. Bez wsparcia z powietrza dwie trzecie tarpanów zostało zniszczonych,
                                        zanim pojechało na tyle blisko, by zobaczyć przeciwnika. Amerykańskie F-210 i
                                        pancerne helikoptery Patton raz po raz wyłuskiwały nasze samochody terenowe. Na
                                        szczęście Niezupełnie bezkarnie. Ktoś tam za wielka woda, na widok kolejnego
                                        walc ego się na ziemie śmigłowca, postanowił przekartkować historie Polski, bo
                                        w komentarzach telewizyjnych pojawiły się pierwsze glosy zwątpienia w
                                        błyskotliwy sukces operacji "Zew Demokracji". Na razie jednak były to opinie
                                        odosobnione. Amerykański taran skutecznie zmiażdżył nasze oddziały,
                                        oczyszczając sobie drogę do Szczecinka. Tylko jedna rzecz im nie wyszła. Jakoś
                                        dziwnym trafem nie udało się ośmieszyć polskiej armii.
                                        Nadeszła pora, by zastosować w praktyce moja teorie. był to już piąty dzień w
                                        towarzystwie pułkownika Moraszczyk i jego chorągiewek na szpilkach. Łeb mi
                                        puchł od oglądania telewizji. Amerykańskie dowództwo doskonale zdawało sobie
                                        sprawę, że pakując się na Pojezierze Krajeńskie włażą do worka utkanego z
                                        naszych czołgów, ale o to im chodziło. Chcieli przyjąć bitwę na naszych
                                        warunkach i pokazać nam, co pokazać warte Amerykańskie wartości i pociski
                                        przeciwpancerne. By wzmocnić powietrzna osłonę swoich wojsk, ściągnęli na Morze
                                        Północne jeszcze jeden lotniskowiec i więcej samolotów na Bornholm. Potem
                                        spokojnie zajęli Czarne, Debrzno i wolniutko, dwoma kolumnami ruszyli w
                                        kierunku Noteci.
                                        Nasze czołgi rozproszone w lasach nad brzegami Gwdy i Brdy nie wydawały się
                                        niebezpieczne. Amerykańskie samoloty początkowo próbowały je wyłuskiwać i
                                        niszczyć, ale siedzący na drzewach snajperzy z ręcznymi wyrzutniami
                                        przeciwlotniczymi szybko wybili im ten pomyśl z głowy. W tej sytuacji
                                        Amerykanie poprzestali na zaminowaniu z powietrza wszystkich dróg wychodzących
                                        z lasów i dali sobie spokój. Wyszli z założenia, że Polacy musza wreszcie
                                        opuścić krzaki i zacząć się koncentrować, a wtedy oni zademonstrują światu
                                        nowe, śliczne polish jokes. Nawiasem mówiąc, wszystkie amerykańskie programy
                                        rozrywkowe od kilku dni bazowały na dowcipach o "pijanych polaczkach i ich
                                        zardzewiałych tankietkach". Bardzo popularny był konkurs pod hasłem "Co robi
                                        polski dyktator w krzakach nad Notecią?" Wymawiali to "noteka".
                                  • okrutny_mariuszek Re: noteka 2015 17.09.05, 00:17
                                    Stebnowski zmarszczył brwi.
                                    -Trzeba się za to szybko zabrać - oznajmił. On i Jankowski wstali od stołu.
                                    -Czy pelengator szumu radiowego są już zamontowane na wszystkich czołgach? -
                                    spytałem.
                                    -Tego dopilnowaliśmy w pierwszej kolejności - rzekł Stebnowski.
                                    -konieczny jest również nakaz zachowywania ciszy radiowej aż do chwili
                                    bezpośredniego kontaktu z wrogiem. Nasi maja lokalizować przeciwnika i
                                    nasłuchiwać rozkazu ataku. Plutony miedzy sobą powinny zachowywać kontakt
                                    wzrokowy.
                                    -Dopilnujemy tego - zapewnił Jankowski.
                                    -I jeszcze jedno. Wsparcie lotnicze. Co z nim?
                                    -Wojska pancerne otrzymają je dopiero w chwili rozpoczęcia natarcia. Do tego
                                    czasu oddajemy Amerykanom pełna przewagę w powietrzu - odparł Stebnowski.
                                    -najlepsze samoloty ukryliśmy równie głęboko jak czołgi - dodał Jankowski.
                                    Obaj generałowie pospiesznie wyszli z pokoju. Zostałem sam z Moraszczykiem,
                                    który wyciągnął pudełko z chorągiewkami na szpilkach i zaczął ozdabiać nimi
                                    mapę.
                                    -Metoda stara, ale bardziej niezawodna od najlepszego komputera - stwierdził z
                                    uśmiechem. Potem załatwił sobie sztywne połączenie telefoniczne ze Sztabem
                                    Głównym, nasadził słuchawki na uszy i w ogóle przestał się odżywać.
                                    Czas mijał, a ja patrzyłem, jak chorągiewki na mapie stopniowo zaczynają
                                    obrysowywać coś na kształt worka otaczającego Pojezierze Krajeńskie od
                                    południa, wschodu i zachodu.
                                    Dwie godziny później zgasło światło.
                                    -Zaczęło się - rzekł w ciemności Moraszczyk. Milczał przez chwile, po czym
                                    dodał: - Właśnie rozwalili nam elektrownie Turów, Kozienice i rafinerie w
                                    Płocku. Zaraz włączy się zasilanie awaryjne.
                                    Chyba byłem przygotowany na coś takiego, lecz mimo wszystko poczułem, jak coś
                                    mnie łapie za gardło. minutę później istotnie zapaliło się światło, a
                                    telewizory zaczęły działać. Moraszczyk znieruchomiał przyciskając słuchawki do
                                    głowy.
                                    -Nancy właśnie postawił ultimatum - powiedział po chwili. - Dal nam
                                    czterdzieści osiem godzin. Atak na elektrownie był dla podkreślenia wagi
                                    orędzia...
                                    Obaj odwróciliśmy się do telewizorów. Właśnie dwie stacje zachodnie pokazywały
                                    płonący Płock, jedna rozbebeszone generatory elektrowni Turów, a na pozostałych
                                    ekranach królowała ojcowsko zatroskana twarz prezydenta Nancy'ego.
                                    -Są duże naciski na Niemców, by przyłączyli się do sankcji gospodarczych i
                                    udostępnili Amerykanom Rugi - mówił Moraszczyk. - Kanclerz Halentz gra na
                                    zwłokę i tłumaczy się zaszłościami historycznymi.
                                    -Amerykanie nadstawiają karku za Rosjan, a my za Niemców, niezły pasztet! -
                                    stwierdziłem.

                                    * * *
                                    • okrutny_mariuszek Poprzedni post źle wkleiłem 17.09.05, 00:21
                                      -Pijaczki nieźle sobie radzą - stwierdził Jankowski z czułością w głosie.
                                      Przez chwile nie mogłem wydobyć z siebie głosu.
                                      -To naprawdę nasze? - wykrztusiłem wreszcie.
                                      -A co pan myślał, że we wszystkich dziedzinach musimy być trzecim światem? -
                                      odparł zirytowany generał.
                                      -Ależ skąd u nas ten poziom elektroniki?! Wiem co nieco o problemach ze
                                      sterowaniem robotami kroczącymi. żeby osiągnąć taka płynność ruchów i
                                      zwinność... zwłaszcza przy takich wymiarach całości... Nigdy nie byliśmy dobrzy
                                      w produkcji procesorów... - myślałem głośno. - To od kogo ta licencja?
                                      -Faktycznie - przyznał Jankowski. - Dłubanie w kremie nie jest nasza mocna
                                      strona. Dlatego tez "pajączkiem" nie steruje elektronika. W każdym razie nie
                                      całkowicie.
                                      -A co?
                                      -Wypreparowany system nerwowy pająka korsarza z zapasem pożywki na rok. Jeśli
                                      się nie mylę, wykorzystano także instynkt drapieżniczy tego zwierzęcia.
                                      Oniemiałem, a potem dostałem ataku narodowej dumy. To było cholernie fajne
                                      uczucie.
                                      Przestało być fajnie, kiedy wszystkie "pajączki" zużyły się, bo jak dotąd
                                      wyprodukowano tylko próbną serie, a amerykańska armia dotarła do Białogardu.
                                      Tutaj stawiły jej czoła nasze oddziały opóźniające, wyposażone w lekko
                                      opancerzone tarany. Na każdym samochodzie terenowym był kaem, uniwersalna
                                      wyrzutnia rakiet przeciwpancernych i przeciwlotniczych oraz pięciu żołnierzy.
                                      To było zbyt mało, by przyhamować potężnie kryta z powietrza kolumnę
                                      najświeższej mutacji Abramsow i transporterów opancerzonych. Nasi chłopcy dali
                                      z siebie wszystko, z czego amerykańska telewizja pokazywała głownie bebechy.
                                      Najwyraźniej po to, by odbić sobie poprzednie wpadki serwowali na maksymalnych
                                      zbliżeniach płonące i rozkawałkowane trupy polskich żołnierzy. A mieli z czego
                                      wybierać. Bez wsparcia z powietrza dwie trzecie tarpanów zostało zniszczonych,
                                      zanim pojechało na tyle blisko, by zobaczyć przeciwnika. Amerykańskie F-210 i
                                      pancerne helikoptery Patton raz po raz wyłuskiwały nasze samochody terenowe. Na
                                      szczęście Niezupełnie bezkarnie. Ktoś tam za wielka woda, na widok kolejnego
                                      walc ego się na ziemie śmigłowca, postanowił przekartkować historie Polski, bo
                                      w komentarzach telewizyjnych pojawiły się pierwsze glosy zwątpienia w
                                      błyskotliwy sukces operacji "Zew Demokracji". Na razie jednak były to opinie
                                      odosobnione. Amerykański taran skutecznie zmiażdżył nasze oddziały,
                                      oczyszczając sobie drogę do Szczecinka. Tylko jedna rzecz im nie wyszła. Jakoś
                                      dziwnym trafem nie udało się ośmieszyć polskiej armii.
                                      Nadeszła pora, by zastosować w praktyce moja teorie. był to już piąty dzień w
                                      towarzystwie pułkownika Moraszczyk i jego chorągiewek na szpilkach. Łeb mi
                                      puchł od oglądania telewizji. Amerykańskie dowództwo doskonale zdawało sobie
                                      sprawę, że pakując się na Pojezierze Krajeńskie włażą do worka utkanego z
                                      naszych czołgów, ale o to im chodziło. Chcieli przyjąć bitwę na naszych
                                      warunkach i pokazać nam, co pokazać warte Amerykańskie wartości i pociski
                                      przeciwpancerne. By wzmocnić powietrzna osłonę swoich wojsk, ściągnęli na Morze
                                      Północne jeszcze jeden lotniskowiec i więcej samolotów na Bornholm. Potem
                                      spokojnie zajęli Czarne, Debrzno i wolniutko, dwoma kolumnami ruszyli w
                                      kierunku Noteci.
                                      Nasze czołgi rozproszone w lasach nad brzegami Gwdy i Brdy nie wydawały się
                                      niebezpieczne. Amerykańskie samoloty początkowo próbowały je wyłuskiwać i
                                      niszczyć, ale siedzący na drzewach snajperzy z ręcznymi wyrzutniami
                                      przeciwlotniczymi szybko wybili im ten pomyśl z głowy. W tej sytuacji
                                      Amerykanie poprzestali na zaminowaniu z powietrza wszystkich dróg wychodzących
                                      z lasów i dali sobie spokój. Wyszli z założenia, że Polacy musza wreszcie
                                      opuścić krzaki i zacząć się koncentrować, a wtedy oni zademonstrują światu
                                      nowe, śliczne polish jokes. Nawiasem mówiąc, wszystkie amerykańskie programy
                                      rozrywkowe od kilku dni bazowały na dowcipach o "pijanych polaczkach i ich
                                      zardzewiałych tankietkach". Bardzo popularny był konkurs pod hasłem "Co robi
                                      polski dyktator w krzakach nad Notecią?" Wymawiali to "noteka".
                                      __________________________________
                                      sorry, poprzedni źle wkleiłem
                                      ________________________________
                                      • okrutny_mariuszek Re: Poprzedni post źle wkleiłem 17.09.05, 00:21
                                        Wyglądało wiec na to, że amerykańscy sztabowy nie czytali "Obleśnych Nowinek".
                                        Bogu dzięki! Kiedy chorągiewki z białymi gwiazdami dotarły na wysokość Sepolna,
                                        wrócił Stebnowski. On i Jankowski spojrzeli na mnie wyczekująco.
                                        -Co z minami? - spytałem
                                        -Saperzy uporali się z częścią z nich - odparł Stebnowski. - Miejmy nadzieje,
                                        że większość naszych wozów nie będzie jechać po drogach.
                                        -Zaczynajmy - powiedziałem nieswoim głosem.
                                        Obaj generałowie wybiegli z pokoju.

                                        * * *
                                        • okrutny_mariuszek Re: Poprzedni post źle wkleiłem 17.09.05, 00:22
                                          Kwadrans później nad Pojezierzem Krajeńskim pojawiły się polskie myśliwce
                                          bombardujące. Zamiast bab zaczęły zrzucać setki dziwacznych pakietów wielkości
                                          tornistra. każdy taki pojemnik po upadku na ziemie nadmuchiwał się samoczynnie,
                                          przybierając postać czołgu. Niewielki, elektryczny silniczek sprawiał, że
                                          makieta natychmiast zaczynała pełznąc przed siebie, a reflektor podczerwieni i
                                          generator pola magnetycznego udawały, że ma ona silnik spalinowy i pancerz.
                                          -To pomost tych wesołków z dowództwa lotnictwa - oznajmił Moraszczyk.
                                          Trzy minuty później w powietrzu zrobiło się gęsto od amerykańskich samolotów.
                                          Nadleciały kolejne eskadry polskich. Z ziemi wyglądało to trochę na pokaz
                                          fajerwerków. I nagle, na jednym z telewizorów pojawił się film hard porno.
                                          Dopiero po chwili dotarł do mnie głos spikera tłumaczący, że z niewiadomych
                                          przyczyn taki Właśnie obraz od kilku minut odbierany jest z amerykańskiego
                                          satelity szpiegowskiego zawieszonego nad polem walki.
                                          -Druki punkt dla chłopaków z elektroniki - skwitował Moraszczyk, - Trzeba
                                          przyznać, że to największy wyczyn od czasów złamania Enigmy! Na dodatek jest na
                                          co popatrzeć...
                                          Gapiąc się na panienkę doznająca orgazmu w równych, trzydziestosekundowych
                                          odstępach pomyślałem, że teraz musi się udać!
                                          Potem przyszedł Jankowski z wiadomością, że niebawem wystartują nasze najlepsze
                                          samoloty wsparcia pola walki - Skorpiony pierwszej i drugiej generacji.
                                          -To zostały nam jeszcze jakieś lotniska? - spytałem zdumiony.
                                          -Większość - odpowiedział spokojnie generał. - Na te okazje mieliśmy
                                          przygotowane pływające pasy startowe, ukryte chwilowo pod powierzchnią
                                          niektórych jezior.
                                          Minutę później CNN doniosła, że amerykańscy informatycy rozgryźli wreszcie
                                          numer z wierzbami i usunęli szkodliwy plik z katalogu celów. Największą
                                          trudność sprawił im fakt, że plik ów miął pewne cechy wirusa komputerowego. W
                                          każdym razie było już po wszystkim i myślące pociski odzyskały skuteczność.
                                          Chorągiewki oznaczające plutony naszych czołgów przemieszczały się zupełnie
                                          chaotycznie. Moraszczyk nie spuszczał wzroku z telewizorów. Jednym uchem
                                          słuchał komentarzy, drugim wiadomości ze Sztabu Głównego. Wrócił Stebnowski.
                                          Powiedział, że wszystkie rozkazy zostały już wydane i pozostało tylko czekać.
                                          Usiedliśmy i patrzyliśmy na mapę.
                                          Wyglądało na to, że wszystko spieprzyłem. Podczas gdy chorągiewki z białymi
                                          gwiazdkami formowały równe rubieże obronne, nasze miotały się wokół nich jak
                                          pyłki pana Browna.
                                          Aż nagle w tym chaosie zaczął rysować się porządek. Bialo-czerwone chorągiewki
                                          ułożyły się w coś na kształt pierścienia otaczającego pozycje amerykańskie. A
                                          potem ten pierścień rozmazał się przechodząc w najpiękniejszy na świecie
                                          fraktal! Na tyle, na ile Moraszczyk mógł go odwzorować na mapie, był to
                                          klasyczny fraktal drzewkowy. Od innych tego typu fraktali różnił się tylko tym,
                                          że kształtował się od brzegów do środka, czyli odwrotnie niż one. A środkiem
                                          krystalizacji były tu amerykańskie kolumny pancerne!
                                          • okrutny_mariuszek Re: Poprzedni post źle wkleiłem 17.09.05, 00:23
                                            W komunikatach zaczęto mówić o "rosnącej sile i precyzji polskich ataków". Na
                                            ekranach płonęły czołgi nasze i ich. Samoloty jak szalone ścigały się nad
                                            polami i dachami domów. Moraszczyk desperacko wypatrywał tabliczek z nazwami
                                            miejscowości i terenowych punktów orientacyjnych. Polskie czołgi wchodząc w
                                            rejon walk przerywały ciszę radiowa, co zwiększało szum w eterze i tym samym
                                            przyśpieszało rozrost pancernego fraktala. pominięcie etapu koncentracji wojsk
                                            spowodowało wydłużenie czasu reakcji wykrycie-zniszczenie celu, w amerykańskim
                                            systemie dowodzenia. Satelita faszerujący komputery sztabowe binarnym pornosem
                                            wydłużał ten czas jeszcze bardziej. Tymczasem natarcie fraktalne rozwijało się
                                            lawinowo. Amerykańskie centrum dowodzenia, siła rzeczy powodujące największy
                                            hałas radiowy, zostało zaatakowane ze wszystkich stron na raz. Luźne grupy
                                            polskich czołgów, zdawało by się niegodne uwagi, jakimś cudem, tuz przed nosem
                                            Amerykanów, łączyły się w pancerne pięści. To znaczy, cud to był dla nich. W
                                            kilku komentarzach użyto słowa "magia". Potem używano go coraz częściej... W
                                            sztabie na Borholmie nie wierzono w magie.
                                            Dlatego polowa biorących udział w bitwie amerykańskich samolotów szukała
                                            rejonów koncentracji polskich sił pancernych...
                                            Trzy godziny po rozpoczęciu kontrnatarcie w trójkącie Wiechock - Wysoka - Nakło
                                            n. Notecią, wrzało jak w kotle czarownicy. Na mapie, polski fraktal
                                            systematycznie pożerał amerykańskie pozycje. Piechota morska bila się z
                                            właściwym sobie profesjonalizmem, lecz nic nie mogła na to poradzić, że ilekroć
                                            jakiś oddział zaczynał intensywnie, przez radio domagać się wsparcia, to
                                            najczęściej zamiast odsieczy nadjeżdżały polskie czołgi i to z najmniej
                                            spodziewanego kierunku.
                                            Mimo to bronili się twardo, a ich przewaga w powietrzu stawała się coraz
                                            bardziej odczuwalna. Nasze Skorpiony wykruszały się zastraszająco szybko, a my
                                            po prostu nie mieliśmy ich więcej. Swoje robiła tez różnica techniki wojskowej.
                                            Walki przeciągnęły się do zmroku i trwały w nocy. Kiedy już wydawało się, że
                                            mimo wszystko rozbijemy sobie Głowę o mur, ten nagle się zawalił. Około drugiej
                                            w nocy amerykańskie centrum dowodzenia Przestało jazgotać. Obszar bitwy zaczął
                                            przesuwać się na północ.
                                            Cofali się!
                                            O świcie weszły do walki niedobitki naszych wojsk spod Białogardu. byli zbyt
                                            słabi, by zamknąć pierścień okrążenia, ale Amerykanie ze swym zdezintegrowanym
                                            systemem dowodzenia i poszatkowana łącznością, nie byli w stanie się
                                            przegrupować. Ich rozbite oddziały, umykające z nadnoteckiego tygla,
                                            napotkawszy na opór na drodze do morza, stawały i zaczynały domagać się
                                            ewakuacji droga lotnicza. I znowu zamiast helikopterów transportowych Często
                                            pojawiały się polskie czołgi. Pod Człuchowem nasze T-85 i ich śmigłowce
                                            przybyły jednocześnie. spowodowało to cały szereg gorszących scen rodem z
                                            ewakuacji Saigonu sprzed czterdziestu laty. Miło było popatrzeć, jak porzucając
                                            cały sprzęt, wieją uczepianie helikopterów, niczym kiście winogron.
                                            Tam, gdzie pomoc nie nadchodziła na czas, amerykańscy żołnierze zaczynali się
                                            poddawać. Ich pierwsze pytanie po złożeniu broni brzmiało: Jak wyście to
                                            zrobili?" Niektórzy, w szoku powtarzali w kółko, że to niemożliwe, by
                                            amerykańska technika mogła zawieść. Dla tych trzeba było szybko zorganizować
                                            pomoc psychoterapeutów.
                                            Około dziesiątej rano ustały walki powietrzne, a Zaczęło się trzęsienie ziemi w
                                            Waszyngtonie. Przedpołudniowe serwisy informacyjne pokazywały bez przerwy
                                            płonące Abramsy i kolumny amerykańskich jeńców. Redakcje były zasypywane
                                            telefonami od widzów domagających się, by przerwano emisje filmu
                                            katastroficznego i podano wreszcie wiadomości z Polski. W kongresie obudzili
                                            się republikanie, a jeden z nich przypomniał, że Kościuszko tez miął tytuł
                                            Naczelnika Państwa. Prezydent Nancy podobno złapał ciężka grypę.
                                            W Europie Rada Starców z Brukseli uchwaliła rezolucje wskazująca iż pobicie
                                            Amerykanów było czynem głęboko niesłusznym. Brytyjski minister spraw
                                            zagranicznych, oderwany przez dziennikarzy od porannej herbaty, bredził o
                                            polsko - amerykańskiej granicy pokoju na Noteci. Zaraz potem BBC zapowiedziała
                                            sensacyjna relacje z polskiego centrum dowodzenia, w krostym zastosowano
                                            alternatywne metody kierowania wojskami...
                                          • okrutny_mariuszek Re: Poprzedni post źle wkleiłem 17.09.05, 00:24
                                            Na ekranie pojawił się pokój sztabowy z rozłożona na stole mapa Pojezierz
                                            Krajeńskiego, nad która pochylało się kilku czubków z różdżkami, wahadełkami i
                                            bardzo mądrymi minami. W kacie siedział czarno ubrany facet z oczami
                                            wybałuszonymi jak przy chronicznym zatwardzeniu i, raz za razem, wbijał długie
                                            szpilki w wojskowy model najnowszego typu Abramsa. Pod ścianą podskakiwał
                                            szaman w powłóczystych szatach i rytmicznie uderzał grzechotka o własne Głowę.
                                            wokół tego panoptikum krążyło kilku generałów, Gdy któryś z "ekspertów"
                                            zaczynał coś im tłumaczyć, przytakiwali z powaga.
                                            -Co to jest, do diabla? - nie wytrzymałem.
                                            -Chyba nie sadzie pan, że powiemy im, jak to zrobiliśmy? - odparł Stebnowski. -
                                            Nich pan pomyśli - uśmiechną się - ilu teraz specjalistów od New Age będzie
                                            musiał zatrudnić Pentagon? To lepsze od bombardowania...
                                            -A niech was! - wysapałem.
                                            -Oczywiście liczymy na pańska całkowitą dyskrecje - dodał Jankowski. - Tego nie
                                            będzie pan mógł opisać w "Obleśnych Nowinkach".
                                            -Ma się rozumieć. Czy mogę już iść do domu?
                                            -To jeszcze nie koniec - rzekł Stebnowski.

                                            * * *

                                            Rzeczywiście, to nie był koniec. O godzinie szesnastej piec Polska
                                            wypowiedziała wojnę Danii za współudział w agresji. Kwadrans później trzy nasze
                                            myśliwce bombardujące typu Halny, zaatakowały Kopenhagę. Dwa dokonały
                                            precyzyjnego bombardowania centrali sterowania światłami ulicznymi. Trzeci
                                            zdemolował browar Tuborg. Obfita piana wypływająca przez okna dymiącego
                                            browaru, sądząc z komentarzy, zrobiła na tubylcach wrażenie nie mniejsze niż
                                            grzyb atomowy.
                                            Supernowoczesna centrala sterowania światłami ulicznymi, oparta na
                                            mikroprocesorach logiki rozmyte, trafiona czterema rakietami, dostała
                                            kompletnej schizofrenii. Ruch uliczny w Kopenhadze oraz na całej Zelandii
                                            został sparaliżowany.
                                            Punktualnym i sumiennym Duńczykom świat zawalił się na głowy.
                                            Polskie samoloty, by uniknąć starcia z amerykańskimi, podczas dolotu i drogi
                                            powrotnej, kryły się w niemieckiej przestrzeni powietrznej nad Uznaniem i
                                            Rugia. Niemcy zareagowali na ten incydent nota dyplomatyczna utrzymana w tonie
                                            łagodniej perswazji.
                                            -Jo, jo, żeby mi to był przedostatni raz... - Stebnowski bardzo udatnie
                                            naśladował piwny baryton Halentza.
                                            Duńska obrona przeciwlotnicza została zaskoczona, gdyż o godzinie szesnastej
                                            obsługa radarowa skończyła prace i poszła do domów. Amerykański satelita, jakby
                                            się kto pytał, nadal emitował trzydziestosekundowego pornosa wpędzając
                                            zamorskich speców od elektroniki w myśli samobójcze.
                                            Trzeba uczciwie przyznać, że przeliczyliśmy się, jeśli idzie o duńską królową.
                                            Zacna staruszka osobiście objęła dowództwo nad armia i w ciągu kilku godzin z
                                            miasta wariatów, jakim stała się Kopenhaga, zrobiła nowy stolice Państwa.
                                            Zmobilizowała to, co było pod ręka i zwróciła się o pomoc do sojuszników z
                                            NATO. Niestety, tak się złożyło, że tym co akurat mogła dysponować królowa
                                            Małgorzata, były dwie bliźniacze, Homoseksualne Brygady Powietrzno - Desantowe,
                                            lesbijska i gejowska. Ta druga, sześć godzin po ogłoszeniu alarmu, miała już
                                            sześćdziesięcioprocentowy ubytek stanów etatowych w wyniku dezercji. Brygada
                                            lesbijska stawiła się w komplecie, ale zgodziła się wyruszyć do walki tylko pod
                                            warunkiem, że zostanie wyposażona w bomby atomowe i pierwszym celem będzie
                                            Warszawa. Tymczasem Niemcy milczeli, a Francuzi zareagowali na sytuacje
                                            masowymi demonstracjami pod hasłem: "Nie chcemy umierać za Kopenhagę". Rosyjska
                                            mafia spełniła swe groźby i sprzedała pluton do Pakistan, w wyniku czego
                                            Amerykanie natychmiast przestali zajmować się problemem demokracji w Polsce.
                                            Gdy wyszło na jaw, w czyim faktycznie interesie amerykańscy chłopcy brali w
                                            skórę nad Notecią Kongres, pod presja opinii publicznej, zabronił Nancy'emu
                                            jakichkolwiek działań zbrojnych w Europie. Wylani z kąpielą Duńczycy zostali na
                                            lodzie i zaczęli się intensywnie zastanawiać, kto właściwie i po co zapisał ich
                                            do NATO? W końcu zgodzili się na niemieckie mediacje w celu załagodzenia
                                            konfliktu z Polską.
                                            -Nieźle narozrabialiśmy - mruknąłem do Stebnowskiego. - Amerykanie dostali po
                                            łapach, NATO okazało się warte funta kłaków, a jedynym państwem mającym coś do
                                            powiedzenie w Europie stały się Niemcy. Czy o to nam chodziło?
                                            • okrutny_mariuszek Re: Poprzedni post źle wkleiłem 17.09.05, 00:24
                                              Nie warto płakać nad rozlanym mlekiem - odpowiedział generał. - Trzeba będzie
                                              przywyknąć. Chyba nie sadzi pan, panie Tomaszewski, że to, co było do tej pory,
                                              będzie trwać wiecznie? Historia nigdy nie kończy.

                                              Warszawa, styczeń 1995r.
                                              • okrutny_mariuszek Re: 17.09.05, 00:26
                                                Musiałem to wkleić, kilka lat polowałem na to opowiadanie, aż w końcu udało się!
                                                nie tam za wiele o motocyklach, ale jeśli ktoś przebrnął przez całość, tomam
                                                nadzieję, że nie będzie żałował.

                                                autor tego opowiadania jest laureatem nagrody Zajdela, więcej informacji o nim
                                                w googlach

                                                Zajdela też polecam, warto się przełamać
                                                • saracen1608 Re: 17.09.05, 09:17
                                                  dobre - dzieki okrutny
                                                  super sie czyta...
                                                • 3promile Re: 17.09.05, 10:55
                                                  okrutny, możesz mi to wrzucić na maila, bo mi się kurde nie chce przeklejać...
                                                  plz
                                                • cien1100 Re: 17.09.05, 12:54
                                                  Genialne,choć momentami trochę smutne.
                                                  • renata0 Ożeń sie ze mną 17.09.05, 21:55
                                                    jesteś the best jak zawsze i od dawna!!!!!!!!!!!!!!!!!!
                                                    Masz talent to pewne!!!!!!!!!!!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka