marcin_osikowicz
11.12.06, 20:59
Magister
W takie lipcowe południe chciałoby się skoczyć w mętne wody kryspinowskiego
zalewu. Chociażby na główkę. I niechby nawet wystawały stalowe pręty. W takie
południe ruchy muszą być wyważone, bo szybszy gest ręki wyzwala reakcję
chłodzącą organizmu i pod beżową koszulą zaczynają ściekać łaskoczące strużki
potu.
- Tu zrobił pan błąd. I tu, tu, i jeszcze, o w tym miejscu. W tej sytuacji
dopuszczenie do egzaminu naraziłoby pana na dalsze przykrości, a mnie na
wstyd. Dwója. Wrzesień. Do widzenia.
Żeby tylko nie zaczął prosić.
- Do widzenia - ostatni student przyjął wyrok skinieniem w wyszedł godnie.
Otwarte drzwi i okna tęsknie wyczekiwały przeciągu. Powoli zbierałem
złuszczone koperty, wystrzępione protokoły, przytłuszczone prace
zaliczeniowe. Zbyt kompromitujące by wyrzucić, zbyt nieważne by gromadzić.
Dwa piętra niżej mój motocykl grzał się w słońcu jak skalna jaszczurka. Nowe
opony były wciąż pokryte warstwą przeciwutleniaczy i połyskiwały
niebezpiecznie. Pół pensji.
- Byłeś na zaliczeniu u tego tam, magistra?
- Papierosa masz?
Chwila milczenia pod oknem zamieniła się w dwa obłoki rakotwórczego dymu.
Moja dłoń spotniała ma klamce.
- Powiesz wreszcie jak ci poszło?
- Zaliczenie to ch**. Ale magister na tym motorze pogina jak kamikadze.