Dodaj do ulubionych

Salome w Warszawie

10.10.04, 03:35
Opera Salome.

To się dopiero nazywa czeska opera (nawiązując do reżysera, nazwisko
litościwie przemilczę). Salome w samych stringach podskakująca po scenie, toż
to ociera się o podkasaną muzę miast operę.
Wymachiwanie głową Jana Chrzciciela jak reklamówką, też jest chybionym
zabiegiem.

Reżysersko spektakl ustawiony pod Elianę Lappalainen - położony.
Scenografia - połozona totalnie (bliższe teatrowi Wiśniewskiego, którego
cenię za własną formę, ukazującą intencje reżysera) niż operze.

Czy w takim razie warto iść? Dla odtwórczyni roli Salome, Pawła Wundera
(Herod)i Stefanii Toczyskiej (Herodiada) oraz odpowiedzialnego za dźwięk
Jacka Kasprzyka - tak. W końcu zawsze można zamknąć oczy ;)

---
Śladami kota Filemona tup... tup... tup...
Obserwuj wątek
    • Gość: Brubona Re: Salome w Warszawie IP: *.aster.pl / *.aster.pl 10.10.04, 19:38
      Od siebie chciałabym dodać, że fakt- Kasprzyk ze swoją orkiestrą zrobił kawał
      dobrej roboty.A przecież oni kiedyś grali naprawdę kiepsko- tym bardziej nalezy
      im się plus.
      Scenografia rzeczywiście awangardowa, ale zdarzały się gorsze propozycje więc
      nie przesadzajmy.Co prawda Herodiada jeżdżąca po scenie na wózku inwalidzkim
      jest dla mnie rozwiązaniem dość niezrozumiałym.Co do głównych ról -znacznie
      lepiej zaprezentowali się panowie.
      A Salome? Trudno się jej było czasem przebić przez orkiestrę, fakt, że
      rozebrała się do stringów- za to wińmy libretto Wildea (ja doliczyłam się 7
      części zrzucanej garderoby, co mam nadzieję nawiązuje do owego Tańca Siedmiu
      Zasłon), ale , MATKO BOSKA, kto jej kazał tańczyć???? Tak fatalnie ustawionej
      choreografii dawno nie widziałam. A wszak to kulminacyjny moment tej opery! A
      główna bohaterka wymachiwała nogami i rękami nie dość że anty-zmysłowo,
      chaotycznie to po prostu mało zgrabnie. Nikt jej nie każe mieć ciała super-
      modelki, wszak śpiewa a nie chodzi po wybiegu, ale tu zdecydowanie coś nawaliło.
      Jednak żeby nie odstraszać- czas trwania (1 h 50 min)idealny, wiadomo, brak
      uwertury i przeciąganych arii, akcja wartka, czasami rzeczywiście można
      przymknąć oczy, więc chyba nie jest tak źle......
      • sebpl Re: Salome w Warszawie 10.10.04, 22:09
        >Co prawda Herodiada jeżdżąca po scenie na wózku inwalidzkim
        > jest dla mnie rozwiązaniem dość niezrozumiałym.

        To akurat prosty wybieg reżyserski ukazujący chorobę zarówno dworu jak i
        niezdrową żądzę zemsty Herodiady.

        Większą zagwostkę miałem przy obserwowaniu rozsupływania sznurów Jana
        Chrzciciela. Przed partią Jochanaana myślałem, że będzie to nawiązanie do
        ezopowego jezyka, jakim wówczas posługiwali się prorocy; by w końcu zorientować
        się, że był to tylko żart kogoś z ekipy :)

        Natomiast taniec - w zasadzie oś całego zdarzenia - został położony koncertowo.
        To właśnie nim bibilijna Salome uwodziła mężczyzn. Za zmysłowe ruchy i
        umiejętność rozgrzania wyobraźni każdego mężczyzny, który na nią patrzył, miała
        na skinienie połowę królestwa, każdą zachciankę - a tu taka klapa. Stąd właśnie
        wrażenie taniego strip-teasu.

        ---
        Śladami kota Filemona tup... tup... tup...
        • Gość: Jureczek Re: Salome w Warszawie IP: *.acn.waw.pl 11.10.04, 20:03
          Ja odwrotnie, oglądałem obrazy, choć się gały czasem przymykały. Całość wypadła
          średnio (zwłaszcza taniec Salome) ale scenografia mimo że toporna, stłoczona i
          jednowymiarowa, jakoś się broni. Miał być pałac, taras i loch, jeden akt, więc
          Zavarsky nie stosował jakiś wymyślnych scenicznych mechanizmów. Trochę szkoda,
          choć element główny – abstrakcyjna przekrzywiona konstrukcja – był nawet
          ciekawy. Choć może nieco dosłowny. Scenografia nie była przestrzenią tylko
          komentarzem. Patrząc zgodnie ze wskazówkami zegara, było przejście od
          starożytnej kamiennej solidności (skalna twierdza Macheront) poprzez aluminiowy
          szkielet współczesnego biurowca (chylącego się ku upadkowi), do prawie zupełnej
          rezygnacji z formy – do ulotnego mirażu ściany luster.

          Miejsce uwięzienia i zgładzenia św. Jana – Macheront – jako Twierdzę,
          wystylizowali na współczesny bunkier, dali prostokątny, poprzeczny wziernik,
          który pełnił też rolę balkonu. Pałac Heroda upadał, ale wznosił się w
          lustrzanym odbiciu. Efekt prosty, ale dobrze zagrał. Iluzoryczność i złudzenie,
          jako zwieńczenie wędrówki oka. Poprzez starożytne i współczesne formy, do
          całkowitego ich braku: do efemerydy. Z tych odbić, złudzenia wielkości,
          wykrzywionego negatywu człowieka, ze szczeliny między taflami, wyłaniają się
          postacie – zdegenerowany dwór Heroda. Z wyjątkiem, wiadomo, Johanaana. Nie wiem
          na ile to prymitywne, na ile oryginalne rozwiązanie.

          Czy zwróciliście uwagę na kąt nachylenia konstrukcji? Był tak dobrany, aby
          odpowiednio zagrała w lustrach, więc rola odbić nie była pewnie przypadkowa.
          Tak oglądany spektakl nabierał klimatu (siedziałem dość blisko). Dla widzów
          lewostronnych Herod z całą świtą wyłaniał się z „pęknięcia” w ciemności, dla
          widzów siedzących centralnie, wyłaniał się z drgającego w pustynnym żarze
          pałacu, z mirażu. (Lustra drgały na skutek kroku aktorów.) Lustra nic nowego,
          choćby Warlik się w nich lubuje, ale nie pamiętam w scenografiach Szczęśniak
          takich „ukierunkowanych” wędrówek oka. Bo to pewnie za tanie. Nie jestem też
          specem gatunku, więc nie jestem w stanie ocenić pracy śpiewaków i orkiestry.
          Odbierałem tylko obrazy. Pałac wraz ze ścianą luster tworzył swego rodzaju klin
          wbity w piach pustyni. W odbiciach wznosił się ku niebu, choć w rzeczywistości
          piach go pochłaniał. I tak se można kombinować.

          Jak przystało na wersję współczesną, pałac był transową (choć niemą) dyskoteką
          z której wybiegła perwersyjna Salome (oraz żołnierze i dwór.) Imprę urodzinową
          sugerował nie tylko pijany tetrarcha (w koszmarnym misteryjnym wianku i
          purpurowym płaszczo/szlafroku z wymiętego pluszu) ale też urocza łysa androgyne
          z klubu techno, czepiająca się iluminowanych, chromowanych prętów. To świetnie
          zagrało w drżących odbiciach. Rozstawiała też podczas nocnej uczty błękitne
          nowoczesne lampy zwalczające owady. Zamiast cedrowych pałacowych ścian,
          drewnianych paneli i złota, były przydymione lustra, aluminium i drobne
          punktowe światła. Gdy Herod szalał na pięterku, pręty zbrojenia stawały się
          kratami. Ach, te pułapki namiętności. Chylący się ku upadkowi szkielet biurowca
          (ze starszyzną żydowską na piętrach), to była pewnie Współczesność przez
          wielkie Dabliu.

          Z zakończenia kupiłem tylko jeden detal: nad tłumem zgromadzonym na pustyni
          górują dwie istoty: wystrojona androgyne i groteskowy karzeł. Oboje obcy,
          trochę osobni, obserwujący wydarzenia jak w narkotykowym transie. Dwa milczące
          stworzenia uczepione szkieletu budynku patrzą obojętnie na śmierć. Mogą być
          wszystkim, nawet echem Heroda Wielkiego i Złotego Rzymskiego Orła na żydowskiej
          świątyni. Zresztą Androgyne ma ładne różowe piórka i wygląda ciekawiej niż
          Salome z niemieckiego hard.

          Zobaczymy jak im wyjdzie współczesna Tosca.
          • sebpl Re: Salome w Warszawie 11.10.04, 21:25
            Świetnie obroniłeś scenografię, litościwie reżyserię. Brawo!

            Piach oczywiście jest symbolem ułudy, mirażu na którym wzniesiono imperium
            Heroda. Lustra krzywym zwierciadłem rzeczywistości lub dążeniem do platońskiej
            idei, a ściślej mowiąć prawd uniwersalnych, w których przegląda się dramat.

            Widzę, że umiejętnie wychwyciłeś trwogę i liczenie się z opinią publiczną, jaką
            wtedy nośnikami byli faryzeusze i rabini oraz przez lichość ubioru słabość
            Heroda. Słabość wobec dworu i własnych namiętności/słabości...

            Dla mnie jednak lichość reżysera potwierdza nieumiejętność przedstawienia
            samobójstwa dowódcy gwardii, która w pierwszym planie była zbyt nachalna, a
            jednocześnie przy dramaturgii uwodzenia proroka niknęła w natłoku wydarzeń.

            Czy nie uważasz, że właśnie tą scenę powinno się umieścić na murach chylącego
            się ku upadkowi dworu jako tło do całych wydarzeń? Wtedy byłaby czystą
            metaforą, a nie przypadkowym, wręcz niezauważalnym ruchem na scenie?

            Pozdrawiam

            P.S. Od Tosci więcej wymagam :)
            • Gość: Fellini Re: Salome w Warszawie IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.10.04, 17:52
              Niestety dla widowie prawostronni nie mieli szansy na zobaczenie tego czego ich
              koledzy widzowie bardziej na lewo.
              Macie dużo dobrej woli wobec tej inscenizacji.
              Mnie ciekawiła ta Niewolnica w krawacie...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka