j_karolak
13.02.04, 08:53
Wiem, że w zasadzie miałem już nie publikować swych błyskotliwych tekstów na
tym forum, ale uznałem, że wnioskom przemyśleń, których dokonałem jadąc dziś
autobusem do pracy, należy nadać charakter publiczny.
Do głębokich refleksji pchnął mnie artykuł, który opublikowany został we
wczorajszym Życiu Warszawy. Dotyczył on kotów, które zamieszkują piwnice
Pałacu Kultury i Nauki (PKiN). W zasadzie nieuprawomocnionym zdaje się fakt,
że napisałem słowo artykuł. W rzeczywistości był to kolejny przykład
ordynarnej kociej propagandy. Tyleż kłamliwy, co i szkodliwy.
Tekst ten traktował o „zatrudnieniu” (!) około 30 kotów w PKiN. Oficjalnie
zadaniem kotów jest tępienie gryzoni. Na utrzymanie hordy darmozjadów
przeznacza się co miesiąc, w kraju dotkniętym ponad 20 %-owym bezrobociem,
1000 zł. Artykuł w stronniczy sposób opisywał zalety tego rozwiązania i
niedwuznacznie sugerował właścicielom innych budynków użyteczności publicznej
i nie tylko wzorowanie się na wyżej opisanym bandyctwie. Jako argument
podawano fakt, że koty ponoć cieszą się dużym zainteresowaniem dzieci i
stanowią atrakcję turystyczną. Cóż za wulgarne przekłamanie. Wiadomo, ze PKiN
odwiedza głównie młodzież spoza Warszawy, której kot, szczęśliwie, kojarzy
się tylko z jednym – podkradaniem jajek, mleka i innych dóbr z gospodarstwa
oraz zapaskudzaniem swymi śmierdzącymi odchodami całych izb. Tekst opatrzony
był zdjęciem kotów pożerających chciwie drobiową wątróbkę – podawaną na
stosownych kryształach. Aż boję się pomyśleć ile rodzin w Polsce nie jadło
jeszcze ani razu w tym tysiącleciu - bogatej w witaminy i inne służące
zdrowiu składniki – wątróbki. Nadmienię jeszcze, że o opozycji wobec kotów
wspomniano z pogardą i wyższością. Uznano paradoksalnie, że to przeciwnicy
kotów są dziwakami, choć jak jest naprawdę wiedzą wszyscy mieszkańcy
blokowisk. Któż z nas nie obserwował szczątków ludzkich ubranych w śmierdzące
łachmany, które cały swój majątek przeznaczają na opływające w luksusie koty.
Koty, które bezczelnie wykorzystują biedne, osamotnione babcie, wdowy,
rozwódki. Tak, tak – wykorzystywane są głównie kobiety. Jakżeż dramatycznego
sensu nabiera w tym znaczeniu zwrot „słaba płeć”.
Powróćmy jednak do wczorajszego Życia Warszawy.
Pytanie podstawowe – dlaczego koty? Przecież równie dobrze można by zatrudnić
psy. Zapewniam, że efekty byłyby jeszcze bardziej spektakularne. Kotów-
darmozjadów pozbyto by się w jeden dzień. Ponadto pies – najlepszy przyjaciel
człowieka – nie jest tak kosztowny w utrzymaniu, a atrakcją turystyczną byłby
z pewnością o wiele ciekawszą i – co równie ważna – bardziej pedagogiczną.
Być może powróciłoby biedne stadko zamorzonych głodem, bezbronnych myszek,
ale czy naprawdę są one w stanie wyrządzić większe straty, niż kwota
przeznaczana co miesiąc na wyżywienie kotów? Nie bądźmy śmieszni! Poza tym,
dlaczego mamy pozwalać na rzeź biednych gryzoni? Czy musimy ulegać ułudzie,
jaką w naszych mózgach zasiali scenarzyści przewrotnego w swym
przesłaniu „Toma i Jerry’ego”? Wszyscy widzieli tę bajkę. Oficjalnie tym złym
jest kot. Ale obrzydliwa kocia propaganda celowo każe być nam sercem z kotem.
Nic dziwnego – widzimy tam mysz potrafiącą bez mrugnięcia okiem zjeść
zawartość całej lodówki. Ale czemu ja się dziwię? Przecież wiadomo, jakie
środowiska sponsorowały produkcję tego filmu. Wszyscy dobrze wiemy.
Oczywiście, nie powiem wprost, o kogo chodzi, ale zrozumcie mnie – nie chcę
być posądzony o antysemityzm.
I tu przechodzimy do tematu kociej propagandy w ogóle. Bo czymże innym jest
obrazoburczy wręcz w swym zakłamaniu musical „Cats”? Arogancka, a przy tym,
niestety, skuteczna, próba przedstawienia koty jako jednostki bardziej
ludzkiej, niż sam człowiek. Ohyda! No, ale wiadomo, gdzie święciła największe
triumfy – w sercu, stolicy określonych środowisk – Nowym Jorku. Podobnych
przykładów jest wiele, o czym wielokrotnie dawałem znać na forum gazeta.pl. Z
wiadomych względów, koty są tam traktowane wyjątkowo przychylnie, a każde nie
dość miłe pogłaskanie kota traktowane jest jak zbrodnia przeciwko ludności. O
smrodzie kocich odchodów Gazeta nie wspomina. Nieświadomie?
A przecież historia kotów, to historia z gruntu antypolska! Wiadome
środowiska, by stworzyć właściwy grunt na ziemi polskiej dla swych
ulubieńców, na sam przód postanowiły zohydzić ofiary kotów – myszy.
Prowokacja z Popielem była bardzo grubymi nićmi szyta, ale się udało.
Chwyciło. Jedynie własnemu, polskiemu, rozsądkowi zawdzięczać można fakt, że
na wydarzeniu tym ród nasz piastowski skorzystał. Ale ziarno nienawiści do
myszy zostało zasiane, a koty uznane zostały za pożyteczne. A przecież po
dziś dzień w kręgach badaczy zajmujących się życiem gryzoni nie zostało
udowodnione, że to na pewno myszy, a nie koty żywią się ziarnem pszenicy,
żyta, soczewicy i innych prapolskich zbóż!!! Oczywiście media fakt ten
przemilczają. Nie chcę zamęczać drogich czytelników wyliczaniem kolejnych
działań kociej propagandy, wymienię więc tylko hasłowo, niektóre z
najbardziej widowiskowych jej przykładów – bajka o Kocie w butach, kot
filemon, czy nadanie pejoratywnego znaczenia słowu „pies” i „suka” (znowu
cierpi płeć słabsza).
Zresztą oddajmy gloś poecie, który prawdziwie poznał się na kotach:
www.gajdaw.pl/wiersze/jean_de_la_fontaine/kot_i_szczur_stary.html