Gość: al
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
14.07.03, 09:29
Przyjaźnię się z różnymi piwami, jednak do żadnego zbytnio się nie
przywiązuję (choć mam swoje ulubione). Testuję różne znane mi i nieznane
browary. Ostatnio, po przetestowaniu paru mocnych i konwencjonalnych pod
względem alkoholu piw, doszedłem do przekonania, że bez względu na moc jaka
deklarowana jest na etykiecie, jeżeli tylko znajduje się na niej słowo "do",
np. "zaw. alk. do 7,0% obj." , "alk. do 6,2% obj." , alkoholu w nich jest
dużo mniej niż 5%. Skąd taki wnioch? Ano stąd, że jak chlapnę takie piwo to
nie mam żadnych wrażeń. I co się wczoraj okazało, po dłuższej przerwie w
niekupowaniu Tyskiego "Gronie", po spożyciu go, doznałem nadspodziewanego
wrażenia alkoholowego. Spojrzałem na etykietkę z niedowierzaniem. Rzecze
ona: "alk 5,7% obj." ((!)). Bez owego zwykle podawanego "do" (!) - co
oznacza, że górna granica nigdy nie jest osiągnięta, a na etykietce cyferka
ładnie wygląda. Podejrzewam, że magiczne "do" daje duże możliwości do
zjeżdżania z ceną w dół, bo jeśli podaje się max. górną granicę, nie podaje
się dolnej i w tym kryje się ogromne pole manewru. Jeżeli już tak trudno
producentom określić dokładnie zwartość alkoholu, powinni podawać "+ - ileś
%" albo nie mniej niż ileś %, ale nigdy gołe "do".