ilona1985wola
28.04.05, 10:44
Wczoraj musieliśmy uśpić naszą kruszynkę, naszego kochanego maluszka.
Boże to był jeden wielki koszmar.
Okazałó się że piesek miał mocznicę - wymiotował już krwią.
Nerki miał zablokowane w diewiędzieśięciu procentach i nie mógł robić siuku.
Wszystko potoczyło się jednego dnia - wtedy dopiero byłó widać objawy -
biegunka i wymioty.
Boże jaki on był mądry i kochany i taki delikatny.
Zawsze wskakiwał na fotel w pokoju ipatrzył się na mnie tymi ślicznymi
ślepiami.
Byliśmy z nim u weterynarza - dali mu kroplówkę i jakby po niej ożył.
Dali mu z pięć zastrzyków.
Dla mnie był jak człowiek - umarł człowiek i to taki, który nie miał wad.
Był taki mało wymagający, taka kruszyna.
W domu jest pustka, dziś nawet obudziłam się i chyba miałam jakieś Zwidy bo
widziałam go jak leżał mi w nogach na łóżku, a ja zbliżyłam się do niego i
znikł.
Nie byłó dla niego ratunku, byłó już za późno, mam wyrzuty, że wcześniej nie
zauważyliśmy żadnych objawów, bo w przed dzień był trochę tylko osowiały.
Prawie dwa dni przepłakałam, może przesadzam.
Chwilę przed uśpieniem - wstrzyknięciem trucizny - pies zwymiotował krwią,
potem położył się na zimnym stalowym blacie i wyciągnął nóżki do tyłu,
umierał.
Nie patrzyłam na uśpienie, rozryczałam się, poszłam do innego pmeszczenia.
A jak wróciłam pies już nie żył - on nie zdechł - on umarł.
Jeszcze mu drgał ogonek.
BOżę ja już straciłam seb=ns życia.
Nic nie będzie tak jak byłó.
MAm rozszarpane serce, on mi zabrał część mojej duszy.
MOże mi to pomoże jak powiecie jak przetrwaliście okres po śmierci psa.
Dodam, że w domu trzy tygodnie temu kupiliśmy szczeniaczka - to jakiś
straszny zbieg okoliczności.
A piesek w dniu śmierci szedł do kuchni - tam nie byłó nikogo, sztywnymi
nóżkami szedł do kuchni,
szukał miejsca gdzie mógł by spokjnie odejść.
Boże nie lubie się tak obnośić ze swoim smutkiem i rozpaczą.
Ale może powiecie jak przetrwaliście ten okres - co może pomóc?
Bo ja czuję, że świat stracił sens?