maryq
15.03.10, 18:54
Witajcie
Wczoraj minęły dwa miesiące od mojego - w moim i nie tylko moim
przekonaniu - trudnego porodu, 16 dni po terminie.
Trafiłam na patologię ciąży 12 dni po terminie, miałam 3 dniową
indukcję, która niewiele dawała. Nie była też przeprowadzna na
maksa, raczej sprawdzanie jak organizm reaguje na oksytocynę - mój
bardzo średnio, tzn. skurcze były ale szyjka twarda i zamknięta na 4
spusty. Skończyło się zatem na 13 godzinach porodu od początku do
końca wywoływanego...
Podczas wieczornego obchodu stwierdzono, że mogę iść rodzić, no bo
już 2 tygodnie od terminu minęły a tu nic. Rano tego dnia miałam
zakładany żel prostaglandynowy na szyjkę, coś tam ruszyło ale żeby
znowu jakoś szczególnie, to nie.
Ale zabrano mnie na salę porodową, po godzinie przybył mój luby, a
po kolejnej przebito mi pęcherz. Bolało.
Po tym zdarzeniu przez pierwsze 9 nikt się nami nie interesował, i
gdyby nie obecność i pomoc ogromna mojego ukochanego to bym tam
zwariowała z bólu i niepewności... nic nie działało, a bóle bardzo
silne. Byliśmy pozostawieni sami sobie, położna wchodziła co godzinę
pytać czy żyję a co 2 podłączała mi KTG, podczas którego oczywiście
cierpiałam o wiele bardziej, bo nie mogłam się zbytnio ruszać.
Po przebiciu pęcherza dostałam silnych skurczy, co z tego skoro po 4
godzinach nie dość, że zaczeły być coraz rzadsze, to ja dalej byłam
zamknięta na 4 spusty.
Położna po wykonaniu potwornie bolesnego masażu szyjki macicy
(myślałam, że ją ugryzę, a ona mi jeszcze powiedziała - "jakoś się
pani tak nie wierciła, jak doktor pęcherz przebijał", nie mówiąc o
tym, że kiedy jej powiedziałam, że mi słabo i zaraz zemdleję, to
stwierdziła "no i co ja pani pomogę?") Dostałam następną kroplówkę z
oksytocyny. - i tutaj już było masakrycznie, byliśmy cały czas z
partnerem sami, on próbował mnie masować, a ja nie miałam na nic już
siły, chodziliśmy tylko do łazienki z przypiętą kroplówą, położna
wpadała co pół godziny albo i rzadziej "zerknąć", podłączała mnie
niby na 20 minut pod KTG a mój luby za każdym razem musiał domagać
się żeby mnie odpięła, bo wiadomo, że jak się nie mogłam ruszać to
bolało potwornie... Najgorszy był komunikat ze strony tej położnej -
że będą mnie trzymać na kroplówce 6 godzin (a już minęło 6 od
przebicia pęcherza) plus jeszcze 6 poza kroplówką i jak się nic nie
wydarzy, to będzie cc. Totalnie straciłam nadzieję i tak dogorywałam
po prostu trzepana skurczami, z wizją, że za 12 godzin i tak mnie
pokroją.
Na szczęście, po 8 godzinach od przebicia pęcherza stał się cud -
zmieniła się ekipa w szpitalu i zaczęła się nami zajmować
najcudowniejsza położna, jaką mogłabym sobie wyobrazić - taki
archetyp matki trochę (nie wylewna, ale mega ciepła tak spokojnie,
kompetentna, wyważona, wspaniała!) - Pani Krystyna Komosa, którą po
prostu od pierwszego wejrzenia pokochałam i która wlała w nasze
serca - uzasadnioną - nadzieję że wszystko będzie dobrze. Zgarnęła
mnie z podłogi, od razu mnie zbadała, czy w ogóle jest szansa że
urodzę naturalnie - stwierdziła, że jak najbardziej (chociaż dalej
szyjka była i rozwarcie na dwa palce) wzięła nas w obroty - tzn.
poinstruowała mnie jak pracować na rozwarcie na każdym skurczu,
partner miał mnie masować bardzo mocno na plecach (bóle krzyżowe
brrr), weszłam do wanny i tam spędziliśmy półtorej godziny na
intensywnej pracy. W między czasie przyniosła taki aparat emitujący
elektrowstrząsy TENS, które też łagodzą skurcze - i rzeczywicie
pomaga... chociaz dalej ból był bardzo duży, ale czułam że do czegoś
prowadzi i w oboje nas wstąpiło nowe życie i energia. No i po
półtorej godzinie takiej pracy i jej ogromnej pomocy (łącznie z tym,
że jak dostałam zgagi, okładała mnie raz ciepłymi, raz zimnymi
kompresami), okazało się, że rozwarcie mam już na 5 cm i można
zalożyć ZZO. Absolutnie nie planowałam wzięcia go wcześniej,
chciałam rodzić jak najbardziej naturalnie, ale po tylu godzinach
bólu dla mnie trudnego do zniesienia (a naprawdę jestem odporna na
ból!) to bylo dla mnie jedyne wyjście, żeby przetrwać.
ZZO dało mi jakąś godzinę spokoju - potem przestało działać, akurat
na skurcze parte, których siła i ból przeszly moje najśmielsze
oczekiwania... byłam tak obolała i skołowana, że właściwie bardzo
trudno było mi słuchać się naszej położnej, musiała czasami na mnie
nawet nakrzyczeć (i bardzo dobrze - potrafiła mnie przywrócić do
pionu choć trochę). Tata synka był ze mną cały czas, pomagał
niesamowicie (mimo strachu wcześniej i tego, że widziałam, że parę
razy zrobił się zielony - ani razu nie był bierny i nie ograniczał
się do trzymania za rękę...), stanowił dla mnie taką kotwicę w
rzeczywistości i ogromne wsparcie. Do tej pory myślę o jego udziale
z wielką dumą i radością, że tak wspaniale stanął na wysokości
trudnego dla nas wszystkich trojga zadania!
Nigdy bym nie przypuszczała, że potrafię tak głośno krzyczeć...
gardło bolało mnie przez 2 dni potem. Ech, pamiętam moje komentarze
z patologii, że chyba laski przesadzają z tymi wrzaskami - pewnie
wszystkie je przebiłam, bo głosik to ja mam donośny hehe.
Pani Krystyna w pewnym momencie musiala mnie położyć, bo nie
panowała nad moimi reakcjami - zachowywałam się jak osaczone zwierzę
trochę, przynajmniej tak to pamiętam. Stwierdziła, że jak mnie
natnie, urodzę natychmiast, jak nie, to 10-15 minut, oczywiście
powiedziałam TNIJ!:D mimo że byłam absolutnie przeciwna temu przed
porodem... i... nie nacięła:D a ja nie popękałam praktycznie wcale,
2 szwy miałam i to na wardze sromowej. Ale to był moment, kiedy bym
się zgodziła i na ucięcie ręki, byle szybciej się skończyło...
W końcu... po 13 godzinach, w momencie kiedy już miałam ochotę
dosłownie umrzeć, na jednym skurczu, po godzinie partych, wyskoczył
mój piękny, tak długo wyczekiwany synek!!!! Przez 1,5 godziny
leżeliśmy sobie razem, euforia totalna naszła mnie w momencie, kiedy
położna przystawiła mi go do piersi... fala miłości zalała mnie od
stóp do głów. Synek urodził się z wagą 3900 i 59 cm długi.
Pani Krystyna urodziła ze mną w 4 godziny - a kiedy przyszła, szyjka
dalej była 1.5 cm. Gdyby nie ona, ja i mój synek na pewno nie
bylibyśmy w tak dobrej kondycji, skończyłoby się CC, on po 18
godzinach bez wód płodowych byłby totanie wykończony a ja pewnie
oszalała z bólu.
Dziękuję, PANI KRYSIU!