odanao
24.11.12, 22:09
Podczas zmywania naczyń niespodziewanie poczułam napływ weny twórczej. Moje myśli kolejny raz powędrowały w kierunku wspomnień porodu w domu. I coś mi mówiło: „Tak! Koniecznie musisz to napisać.” Dlatego piszę. Ale od początku…
Minął rok po pierwszym porodzie, gdy dowiedziałam się, że znowu jestem w ciąży. Byłam przerażona. Przepłakałam kilka nocy. Było mi ciężko. Syn dawał mi w kość, a mąż nie mógł być przy mnie. Początkowo ukrywałam fakt ciąży, gdyż chciałam się oswoić z nową sytuacją, a każda próba mówienia o tym kończyła się płaczem. Na szczęście mój wspaniały mąż dawał mi wsparcie (początkowo niestety tylko telefonicznie), dzięki temu w miarę szybko się pozbierałam i zaczęłam cieszyć się ciążą. Myśl o porodzie w domu tak naprawdę pojawiła się już w pierwszej ciąży. Została jednak zepchnięta na drugi plan i sama nie wiem dlaczego. Najprawdopodobniej z niewiedzy, że „ja w ogóle mogę tak?”. Myślałam, że do porodu w domu trzeba się długo przygotowywać i nie mogę się zdecydować na to w połowie ciąży… Za drugim razem jednak gdzieś w podświadomości miałam przekonanie, że chcę urodzić w domu. Powróciłam do książki o porodzie domowym i marzyłam… Jak pięknie, że mam prawo zdecydować, gdzie i jak urodzę moje dziecko. Z racji tego, że moja „przyszywana” ciocia od lat przyjmuje porody w domu udałam się do niej z moim (nieprzekonanym do bezpieczeństwa domowych porodów) mężem. Po spotkaniu mąż wydawał się być uspokojony, ale w głębi pewnie ciągle miał nadzieję, że mi się „odwidzi”. Uprzedził mnie jednak, że uszanuje moją decyzję i będzie mnie wspierał. A ja jak nigdy czułam całkowitą pewność, że chcę urodzić w domu. Utwierdzały mnie w decyzji wspomnienia pierwszego porodu, gdy spędziłam samotną noc w szpitalu, walcząc z bólami. Później wypytująca położna i oksytocyna, po której widziałam potrójnie. Ok. – decyzja podjęta. Wydawałoby się prosta sprawa, ale musiało się pojawić ALE. Niestety nie wszyscy uważali, że to dobry pomysł. Początkowo przepytywanie męża: dlaczego? Później delikatne wypytywanie mnie: dlaczego? Czy jestem pewna, że to bezpieczne i czy wiem, że to jest niebezpieczne? Aż do kulminacji, gdy bliska osoba przez łzy prosiła mnie o to, żebym zmieniła decyzję, bo nie może w nocy spać myśląc o moim porodzie w domu… Przez cały czas byłam w kontakcie z ciocią- położną, która widząc ile mnie to kosztuje nerwów prosiła, żebym przemyślała czy dam radę unieść ten ciężar przeciwników mojego porodu w domu. Nie ukrywam, że nie była to prosta decyzja. Z jednej strony mogło się spełnić moje marzenie, a z drugiej zagrożone były relacje z bliskimi osobami. Wiedziałam, że argumenty o niebezpieczeństwie były bezpodstawne. Pomyślałam: Kurczę! Tak łatwo nie rezygnuje się z czegoś, czego się bardzo pragnie! Staram się szanować innych, ale przecież w końcu mam prawo zdecydować o tym jak urodzę. I po raz kolejny podjęłam decyzję, że nie zmieniam decyzji. I dziś tego nie żałuję, ani trochę. Najgorszy tekst jaki usłyszałam: „Poród w domu? Przecież to średniowiecze!” Zabolało mnie to, że ludzie osądzają mnie jako matkę nieodpowiedzialną, a tak naprawdę nie mają pojęcia o tym jak wygląda poród w domu i na czym polega jego fenomen. A jaki był poród? Całkiem naturalny :) Myślałam, że będę rodzić w nocy, będzie nastrój romantyczny, świeczki itd. Tymczasem urodziłam o 13. Od rana miałam skurcze. Nie przeciągały się one tak długo jak za pierwszym razem i chyba dlatego, miałam więcej siły przy samym porodzie. O 9 przyjechała ciocia, żeby mnie zbadać, ponieważ nie było tak daleko, poszła jeszcze do dentysty! Tego dnia byłam spokojna i szczęśliwa, że to już dziś zobaczę mojego drugiego syna. Było naprawdę fajnie! Mąż był ze mną cały czas, a położne w kuchni rozmawiały o tym, jakich używają przypraw w gotowaniu. Gdy czułam ból dostawałam przyspieszenia i chodziłam tam i z powrotem po pokoju. Później pomocne wskazówki położnej co do pozycji. Cudowne narodziny i ogromne szczęście! Uśmiechałam się i byłam najszczęśliwszą osobą na ziemi przytulając syna zaraz po porodzie. Radość i jeszcze raz radość! Po wszystkim nie trzeba było się nigdzie spieszyć. Mogłam zostać w swoim łóżku i swoim pokoju. Popołudniu przyszedł starszy syn zobaczyć braciszka - wzruszająca scena. Następnego dnia podobno nie wyglądałam w ogóle jakbym rodziła dzień wcześniej. Szybko doszłam do siebie i czułam się dobrze. Mam poczucie, że wszystko odbyło się właśnie tak jak powinno. Urodziłam w miejscu, które sobie sama wybrałam, a które było całkowicie moje(w mieszkaniu jednopokojowym też można urodzić!). Towarzyszyły mi osoby bliskie, w których miałam wsparcie. Synuś po porodzie był cały czas ze mną i nie musiał przeżywać stresów szpitalnych. Jak dla mnie było idealnie. No i mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością: to był mój dobry poród :)
Pozdrawiam wszystkie mamusie i Panią Ekspert :)
Dana