james-jazz
26.02.14, 22:16
Mam nadzieję, że moja historia przysłuży się trochę przyszłym mamom, szczególnie w dwóch sprawach. Po pierwsze- bywają fajne porody:) Po drugie...kobiety, pilnujcie, sprawdzajcie, drążcie, naciskajcie i wymagajcie.
Do porodu (pierwsze dziecko) przygotowywałam się teoretycznie i praktycznie przez całą ciążę.
Do szpitala pojechałam wyedukowana i wyćwiczona w rejonach wszelakich, z bardzo ambitnym planem porodu (bawi mnie to do tej pory, bo dzieło było naprawdę rozbudowane, a nawet nie zdążyłam go wyjąć:).
Od dziesiątej wieczorem miałam niby jakieś skurcze, ale po Braxtonie-Hicksie to żadna nowość, a że akurat miałam pilną pracę, a skurcze były niespecjalnie regularne, stwierdziłam, że się nie przejmuję i że poczekamy. Miałam w pamięci zalecenia ze szpitala, żeby nie przyjeżdżać za wcześnie, bo odeślą do domu, więc spokojnie skończyłam projekt i zbierałam się do spania. Koło pierwszej w nocy, kiedy odeszły mi wody, przekonałam się, że twierdzenia w stylu "kobieta wie, kiedy się zaczyna" to bullshit:)
W szpitalu pojawiłam się około drugiej, z rozwarciem 4 cm i skurczami, które powoli zaczynały utrudniać konwersację, a tu jeszcze papierologia, badanie itp.
(chociaż najbardziej ucieszył mnie dziadek, trudniący się otwieraniem drzwi w nocy- dzwoni rodząca dzwonkiem, a tu długo, długo nic, a potem powolne "kuśtyk..kuśtyk..." z drugiego końca korytarza, długie grzebanie w zasuwach i w końcu: "Co panią sprowadza?". A, tak sobie wpadłam przejazdem.)
Zaprowadzono nas (facet uparł się, ze będzie uczestniczył) na salę porodową. Co prawda bardziej mi to wyglądało na zwyczajny pokój szpitalny- malutkie było, miejsca żeby się poruszać niet, rekwizytów w stylu piłka, worek sako, stołek porodowy itp. również nie było, były za to trzy łóżka i kibelek.
Trochę się zdziwiłam, bo był to jeden z dwóch bardzo polecanych łódzkich szpitali, gdzie się rodzi po ludzku i w komforcie, och i ach, ale pomyślałam, że pewnie przyjechało dużo kobiet i mają obłożenie, w sumie był akurat czas, że rodziły się dzieci wyprodukowane w majówkę;).
Studentka podłączyła mi KTG na jakieś 20 minut (to był jedyny moment, kiedy monitorowano stan dziecka), ale marudziłam, bo absolutnie nie dałabym rady leżeć dłużej nieruchomo z tym ustrojstwem- nie mam pojęcia, jak niektóre kobiety wytrzymują tak cały poród. Potem zostawiono nas samych i zabraliśmy się do dzieła. Tu życie zweryfikowało kolejne moje wypracowane wizje, jak to będę rodzić w pozycjach wertykalnych, korzystać z rekwizytów, wspomagać akcję odpowiednim ruchem itp. Guzik. Fajnie jest sobie planować, ale nie wiadomo, czy cokolwiek z planów wyjdzie. U mnie nie wyszło- akcja potoczyła się na tyle szybko i gwałtownie, że nie dałam rady w ogóle świadomie próbować tego, czego nauczyłam się w szkole rodzenia. Być może byłoby inaczej, gdyby ktoś mnie pokierował i pomógł, ale jakoś nie złożyło się. Położna była u mnie trzy razy- raz przy KTG, drugi raz, kiedy w końcu poprosiłam o znieczulenie (uświadomiła mnie wtedy, że nie bardzo, bo już 9 cm:) i ostatni raz wpadła na sam koniec, kiedy wysłałam po nią faceta w trybie natychmiastowym, bo coś mi dziwnie, pardon my french, spomiędzy nóg wystawało. (Zresztą niewiele brakowało, a moja córka wleciałaby do kanalizacji- wszystko szło niesamowicie szybko, a jedynym dostępnym sprzętem pomocniczym był kibelek. Swoją drogą, wspaniale robił za stołek porodowy, polecam każdemu;).
Faza parcia 55 min., pozycja na boku wybrana przeze mnie, ochrona krocza na szczęście była i pojawił się dzieć. Dziewucha ważyła 4,53 kg i główkę miała niemałą. (Wydaje mi się, że dlatego nie chciałam rodzic pionowo, chyba zadziałał instynkt).
Nie było znieczulenia, nie było nacięcia (jakieś niewielkie otarcia), potem był za to porządny krwotok (od razu personel załapał szwung;), a cała zabawa od przyjazdu do szpitala trwała 4 godziny.
Było szybko, w sumie nienajgorzej, jeśli chodzi o ból (chociaż darłam się jak opętana, a biedny facet frustrował się, że nie może pomóc) i na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale...po namyśle naszła mnie refleksja, że wcale nie musiało. Nikt nie wiedział, że dziecko jest takie duże. Szpital, w którym rodziłam przejmuje opiekę na dwa tygodnie przed porodem- chodzi się na KTG, a po terminie również na badanie ginekologiczne. Pytałam lekarzy (zarówno szpitalnych, jak i mojej ginki), czy przed porodem nie jest potrzebne USG- usłyszałam, że nie. Nie upieram się, że duży dzieciak to od razu wskazanie do cesarki, ale jednak chyba dobrze by było, żeby położna była uświadomiona, że płód jest hipertroficzny, tak żeby można było zaplanować przebieg porodu i przygotować się na ewentualne komplikacje. Myślę to głównie o możliwych zagrożeniach dla dziecka, niedotlenieniu, porażeniu splotu barkowego, złamaniach, encefalopatii itp. Chociaż mnie też by nie ucieszyło na przykład rozejście spojenia łonowego lub olbrzymie pęknięcie.
Nic takiego się nie wydarzyło, ale zastanawiam się, co by było, gdyby inna kobieta miała mniej szczęścia lub gdyby dziecku jednak coś się stało. Nikt nie kontrolował tak naprawdę tego mojego porodu. Lekarza nie widziałam ani razu (to piszę "dla porządku", bo też i wcale za nim nie tęskniłam.), położna przychodziła na chwilkę wołana przez mojego faceta. Teraz wiem, że pewnie powinnam sama zrobić to USG, a potem wymagać właściwej opieki, ale zwyczajnie na to nie wpadłam, na żadnym z wcześniejszych badań młoda nie wykraczała poza normy.
Miałam poród na pewno szybki, na pewno naturalny, ale czy bezpieczny? Nie wiem.